Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

94789 miejsce

Rosyjski syndrom - Co się kryje za propozycjami Putina?

Instrukcje prezydenta Rosji dla prezesa Gazpromu wywołały w Polsce niewyobrażalne zamieszanie. Miary konfuzji dopełniła wiadomość, że w sprawie ekshumowanej przez Putina „pieremyczki“ nic nie wiedział ani premier, ani minister skarbu

Trudno sobie wyobrazić większe zamieszanie, jakie w Polsce
wywołały instrukcje
prezydenta Rosji dla prezesa Gazpromu w sprawie budowy nowych gazociągów. Sprawił to fakt, że wśród omawianych projektów budowy nowych linii przesyłowych błękitnego paliwa wymienił, zdawałoby się dawno pogrzebany Jamał 2. Zamieszanie było tym większe, że ów Jamał 2 dał się natychmiast rozpoznać jako dobrze skądinąd
znana „pieremyczka“ – projekt budowy na terytorium Polski południowego odgałęzienia gazociągu jamalskiego, pozwalającego ominąć system przesyłowy gazu przebiegający przez terytorium Ukrainy. Projekt, lansowany przez Rosjan w 2000 roku,
został odrzucony przez Polaków jako godzący w interesy Ukrainy, naszego strategicznego, w owym czasie, partnera. Dramatyzmu sytuacji dodawał fakt, że o swoich niejasnych zamierzeniach rosyjski prezydent zechciał powiadomić opinię publiczną w swoim i nie tylko w swoim kraju za pośrednictwem telewizji, co raczej nie jest przyjęte w rozmowach handlowych.

Na wystąpienie rosyjskiego prezydenta natychmiast zareagował minister skarbu polskiego rządu Mikołaj Budzanowski, co również trzeba uznać za posunięcie niestandardowe, jako że nie było jasne, o co tym razem chodzi prezydentowi Putinowi. Nie przeszkodziło to ministrowi i tym razem odrzucić propozycje rosyjskiego prezydenta, a przy okazji udzielić reprymendy, zwracając „bardzo wyraźnie“ uwagę, że jedyną spółką, która może budować gazociągi przesyłowe na terenie naszego kraju, jest polska spółka państwowa Gaz-System, a decyzja
o budowanie drugiej nitki gazociągu jamalskiego to nie jest decyzja ani Gazpromu, ani innego rządu. Te pouczenia były chyba niepotrzebne, można bowiem domniemywać, że prezydent Putin, a z pewnością jego współpracownicy, o tym wszystkim doskonale wiedzą. Na dodatek, w pewnym momencie minister wszedł w rolę rzecznika całej UE, którym jako żywo nie jest, stwierdzając, że zwiększenie importu gazu rosyjskiego do Unii jest wątpliwe z punktu widzenia ekonomicznego. Wypowiedź o tyle ryzykowna, że poglądy rządów Polski i innych krajów Unii na temat wykorzystania rosyjskiego gazu poważnie się różniły - niekiedy okazywały się wręcz sprzeczne.

Miary konfuzji dopełniła wiadomość, która dwa dni później dotarła do Warszawy z Petersburga, że w sprawie budowy owego ekshumowanego przez Putina projektu szef koncernu Gazprom i prezes spółki EuRoPol Gaz podpisali jednak jakieś memorandum, o czym nic nie wiedział ani premier Donald Tusk, ani minister Budzanowski. Wyjaśnianie kwestii, kto naprawdę wiedział albo nie wiedział i właściwie o czym, okazało się zadaniem tak trudnym, że premier uznał za konieczne powołać w tym celu komisję. Rezultatem jej prac może być co najwyżej ścięcie kilku urzędniczych głów, natomiast raczej nie ułatwią one udzielenia sensownej odpowiedzi na pytanie, co myśleć i jak reagować na zagadkowe propozycje Putina.



Polityczny gaz

Z pierwszych reakcji strony polskiej można wnosić, że
nie jest ona zbyt skłonna
zaprzątać sobie głowę dociekaniem sensu zgłoszonej propozycji. Wskazuje na to nie tylko harde wystąpienie ministra Budzanowskiego, lecz także wypowiedź „na gorąco“ samego premiera Tuska, który uznał, że „strategicznie rzecz biorąc“ nie chcemy zwiększać puli gazu rosyjskiego i że gaz nie jest dla nas „narzędziem uprawiania polityki“. Ejże!

Przenieśmy się w rok 2000, w czasy rokowań na temat pierwszego projektu budowy gazociągowego łącznika między Białorusią a Słowacją, który Polska ofiarnie storpedowała w imię obrony interesów (więcej – niezależności!) Ukrainy. Polscy stratedzy pracujący nad zapewnieniem bezpieczeństwa energetycznego
naszemu krajowi działali w przekonaniu, że głównym, jeśli nie jedynym celem takiej inwestycji jest właśnie podporządkowanie Ukrainy Rosji. Rychło okazało się, że miała ona jednak służyć przede wszystkim do transportu gazu z Rosji do Europy Zachodniej i że jest tym zainteresowany nie tylko Gazprom, ale też kilku najpoważniejszych zachodnioeuropejskich odbiorców tego paliwa. Sięgnięto więc do projektu budowy gazociągu położonego po dnie Bałtyku – długo traktowanego nad Wisłą jako „strachy na Lachy“. Kiedy ten zaczął się materializować, Polska
w koalicji z krajami nadbałtyckimi i Szwecją podjęła skazane - z góry na niepowodzenie - próby zablokowania tej inwestycji i jako jedyna trwała niewzruszenie na zajętej pozycji także wtedy, kiedy zaczęto ją realizować, kiedy puszczono gaz pierwszą nitką, kiedy odkręcono kurki na drugiej i kiedy na porządku dnia stoi przeciągnięcie trzeciej, z której będzie można zaopatrywać w rosyjski gaz Wielką Brytanię i Holandię.

Oskarżając Rosję o używanie swoich bogactw naturalnych, w szczególności gazu, do celów politycznych, polscy politycy zdawali się nie zauważać, że sprzeciwiając się
budowie „pieremyczki“, sami kierowali się motywami stricte politycznymi. I nie był to przypadek odosobniony. Łatwo bowiem obronić tezę, że w stosunkach gospodarczych z Rosją takie podejście jest u nas regułą. Przypomnijmy, że w czasie, kiedy Gazprom i jego zachodnioeuropejscy partnerzy zaczęli poważnie myśleć o budowie gazociągu północnego na dnie Bałtyku, który teraz poznaliśmy jaką wielką magistralę przesyłową gazu Nord Stream, rząd Jerzego Buzka lansował koncepcje importu gazu ze złóż norweskich do polskiego wybrzeża za pośrednictwem specjalnie w tym celu zbudowanego gazociągu podmorskiego. Miał on zapewnić nie tylko dywersyfikację źródeł zaopatrzenia w gaz; chodziło o stworzenie bezpośredniego, sztywnego połączenia ze złożami norweskimi, aby czerpany z nich gaz nie pomieszał się po drodze z gazem rosyjskim (na tej zasadzie odrzucono możliwość pompowania go przez Niemcy!)

Jak wiadomo, snute od 1996 roku koncepcje takiej idealnej inwestycji rozbiły się o twarde realia: w złożach norweskich, nawet z dodatkiem duńskich, nie było dość gazu na zaopatrzenie dodatkowych odbiorców w Europie Środkowej, nie było tu sieci przesyłowych umożliwiających zaopatrywanie hipotetycznych owych odbiorców, nie było więc dość chętnych do odbioru takiej ilości gazu, która uzasadniałaby budowę specjalnego gazociągu, nie było wreszcie chętnych do budowy tego gazociągu. Mimo to żywot tego księżycowego projektu podtrzymywano coraz to nowymi zapowiedziami, że finalizacja „kontraktu“ na gaz z Norwegii jest tuż tuż – i tak aż do jego naturalnej śmierci wraz z przegraną AWS w wyborach parlamentarnych w 2001 roku. Saga o norweskim gazie prześladowała jeszcze przez jakiś czas Leszka Millera, oskarżanego przez przegranych o zerwanie norweskiego kontraktu, którego nie było.

Ze sromotną przegraną partii Millera w końcu 2005 roku sprawy bezpieczeństwa energetycznego ujął w swoje ręce prezydent Lech Kaczyński, który zorganizował kilka „szczytów energetycznych“, z udziałem
prezydentów Ukrainy, Litwy, Azerbejdżanu, Gruzji i niektórych innych krajów. Strategicznym celem, wokół którego koncentrowały się wysiłki tych gremiów, było otwarcie południowych szlaków transportu ropy i gazu omijających Rosję i zbudowanie „kaspijsko-czarnomorsko-bałtyckiej przestrzeni energetyczno-tranzytowej“ w oparciu o zasoby surowców Azerbejdżanu i Kazachstanu.
Konstrukcja tak pomyślanej sieci powiązań kulała od początku z powodu bojkotu kolejnych szczytów energetycznych przez prezydenta zasobnego w ropę Kazachstanu, Nursułtana Nazarbajewa. Ostatecznie załamała się
w styczniu 2010 roku, kiedy na planowanym, piątym z kolei „szczycie“ w Batumi zamiast zaproszonych prezydentów pojawili się przedstawiciele prezydenckich kancelarii, a na stole obrad leżało studium wykonalności przedłużenia ropociągu Odessa-Brody, którym w stronę Europy miałaby popłynąć kaspijska ropa. W tym czasie rurą tą tłoczono rosyjską ropę w odwrotnym kierunku.


Iluzje niezależności

Po śmierci prezydenta Kaczyńskiego rząd Donalda Tuska politykę bezpieczeństwa energetycznego oparł głównie na
oprotestowywaniu projektów obsługujących import gazu z Rosji do innych krajów Unii. Tymczasem dojrzewał projekt budowy bliźniaka North Streamu, którym gaz z Rosji i Azji Środkowej ma być tłoczony do Europy. South Stream będzie przebiegać po dnie Morza Czarnego do okolic Warny, a dalej przez Serbię, Węgry i Słowenię do Tarvisio na północy Włoch. Realizacja tego projektu pozwoliłaby ominąć nie tylko Ukrainę, lecz także Słowację. Wystąpienie prezydenta Putina z propozycją budowy zdawałoby się konkurencyjnego połączenia gazowego przez terytorium Polski jest tym bardziej intrygujące, że budowę South Streamu już rozpoczęto 7 grudnia ubiegłego roku. Prezydentowi Rosji może więc chodzić jedynie o wzmocnienie nacisku na Ukrainę w celu wymuszenia jakichś koncesji, ale za jego propozycją może się też kryć zamysł rezygnacji z budowy nieporównanie bardziej kosztownego gazociągu południowego w celu skierowania strumienia gazu południowym odgałęzieniem Jamału. Odmowa zgody na nową wersję „pieremyczki“ byłaby w każdym razie silnym argumentem za kontynuacją budowy South Streamu.

Z dużym prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością można przewidywać, że tak się właśnie stanie. W Warszawie przeważa bowiem opinia, że nasza zgoda na realizację tego projektu byłaby nie tylko zdradą interesów Ukrainy, ale także ciosem w politykę wschodnią Polski i UE. Niezawodnie zadziała też imperatyw: Dawać odpór Moskwie przy każdej okazji! Jest bowiem oczywiste, że za wszelkimi projektami, propozycjami, inicjatywami płynącymi z tamtej strony kryją się imperialne dążenia Rosji do uzależnienia, podporządkowania, wreszcie ujarzmiania sąsiednich narodów. Wszystko co szkodzi Rosji, działa na naszą korzyść i odwrotnie: wszystko co jej służy zagraża nam. Takie nastawienie było siłą napędową
tzw. polityki bezpieczeństwa energetycznego uprawianej przez wszystkie polskie rządy ostatniego dwudziestolecia. Przy tym niemal synonimem owego bezpieczeństwa stało się zaopatrzenie w gaz, mający w polskim bilansie energetycznym zaledwie 12- procentowy udział. Ale przedmiotem troski było duże uzależnienie od importu tego paliwa, tym większej, że był to gaz rosyjski.
W 2012 roku pokrywał on 82 procent całości importowego zapotrzebowania Polski na ten produkt. Ilustruje to, z jednej strony, istotnie nadmierne uzależnienie od jednego źródła zaopatrzenia, a z drugiej - żałosną nieskuteczność wieloletniej polityki „uniezależniania się“ od importu rosyjskiego gazu, w której było mało gazu a bardzo dużo polityki. Marnej polityki.

Prawdopodobna realizacja projektu budowy południowej magistrali przesyłu gazu ze Wschodu do Europy postawi Polskę w dziwnym położeniu. Stanie się ona wyspą omijaną przez główne szlaki tranzytowe błękitnego paliwa, wyspą uwiedzioną iluzją niezależności opartej na łupkach i gazoporcie w Świnoujściu. Nasze łupki leżą głęboko w ziemi, gazoport w budowie, nadto wszelkie dotychczasowe kalkulacje wykazywały, że zaopatrywanie się tą drogą musi kosztować o ok. 30% drożej. Czy będzie nas stać na opłacenie tak drogiej niezależności? I czy opłaca się nam taka niezależność?

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.