Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

83265 miejsce

Rozczarowujące gwiazdy i zachwycające świeżynki. Dzień drugi Offa

Jesus and Mary Chain nie udźwignęli swojego prestiżu i postanowili skorzystać z zapasowej formuły gry do kotleta. The Notwist złamało serca wielu nieoświeconym, a Ron Morelli spalił dancefloor w namiocie.

Wokalista Deafheaven. / Fot. By Teresa Sedó [CC-BY-SA-2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0)], via Wikimedia CommonsDzień drugi rozpoczął się po polsku, kolejnym klasykiem - Variete. Słuchana z oddali polska nowa fala brzmiała świetnie, przeobrażona w rockowy minimalizm upstrzony nawiązaniami do innych gatunków. Kolejna grupa, której płyty można śmiało przesyłać znajomym z daleka.

Mister D - zagadka, którą należało rozwiązać w spotkaniu z żywym materiałem. Nie wytrzymałam - wystarczyły trzy utwory, żeby stwierdzić, że Doroty Masłowskiej nie nagłośniono dobrze zapewne celowo, bo talentu muzycznego zdecydowanie jej brakuje. Teksty utonęły w elektronicznym, surowym hałasie - który sam w sobie jest dobry, w końcu sporo utalentowanych artystów pracowało nad instrumentalną stroną tego zjawiska. Ale to mało, i nawet nie żałuję, że nie widziałam "Scyzoryka", który podobno robił robotę.

Cudownym doświadczeniem znów okazali się Deafheaven - zazdroszczę tym, którzy z bliska mogli oglądać widowiskowego George'a Clarke. Rzadko widuje się prawdziwych metalowców ubranych w hipsterskie rurki i z militarnym image dopuszczających się tak melodycznych, ekspresywnych tańców na scenie. Ale oczywiście jest to rzecz drugorzędna - clue tej godziny było spotkanie z jednym z najciekawszych młodych zespołów gitarowych, który dokonał cudownego mariażu death metalu z post-metalem / post-rockiem. Najbardziej rzeźnickie momenty, kiedy druga gitara wywołuje wśród słuchaczy palpitacje, a perkusista dochodzi do formy i tempa godnego cyborga - łagodzone są melodyjnym, repetytywnym motywem, czasami prowadzącym do refleksyjnych przerw, po których piekła rozstępują się od nowa, George wrzeszczy do mikrofonu, a gitarzysta od nieboskich riffów zabiera się do roboty. Jest w ich muzyce niezwykła konsekwencja i płynność, dzięki której koncerty ogląda się z przyjemnością, doceniając kunszt rzemieślniczy, i przede wszystkim ciekawe, dynamiczne kompozycje. Godzina mija w rozmarzeniu (tak, przy takim metalu po prostu łatwo się rozmarzyć), w którym echa rzeczywistości przebijają się przez głos wokalisty.

The Notwist, którego oczekiwałam w Polsce od dekady, wreszcie przyjechał - kilka płyt później, ale z wolą pogodzenia wszystkich, którzy śledzą ich od czasów "Neon Golden" (tych najtrudniej pocieszyć, bo "Neon Golden" to płyta legendarna i szalenie ważna dla niektórych z nas, mam więc cichą nadzieję, że jeszcze za kilka lat zobaczę specjalny, dedykowany koncert prezentujący wyłącznie ten materiał). Zostaliśmy więc uraczeni mieszanką utworów z trzech ostatnich albumów (sądzę, że wszystko, co przed "Neon Golden", owiane jest tajemnicą, bo są to dokonania bez większego odniesienia do współczesnej twarzy zespołu). Koncert pokazał mistrzostwo The Notwist w pełni. Przeszli oni od elektronicznej, psychodelicznej magmy, którą zalewali publiczność na wiedeńskim koncercie w lutym (prawie wszystko zostało przekomponowane na potrzeby tego koncertu, odsłaniając nową, odważnie eksperymentalną stronę grupy) do niezwykle złożonej kombinacji elektroniki, alternatywnego rocka i popu granych na gitarach, perkusjach, wibrafonach i mnóstwie elektronicznych zabawek. Myślę, że był to jeden z najbardziej wyrafinowanych i dopracowanych koncertów, jakie w alternatywnej muzyce można zagrać w ogóle. The Notwist dopracowali się optymalnego poziomu improwizacyjnej swobody i rygoru świetnie napisanych popowych piosenek, a z takim potencjałem nieunikniony był koncert o idealnej energii i precyzji. Nic nie zawiodło tego wieczoru - sympatyczni panowie zagrali ... najlepszy występ festiwalu.

Po takich doznaniach Noon wydawał się pasować teraz najbardziej, oferując kojące, ninjatunowe brzmienia. I dokładnie tak było - żadnej wirtuozi, zdecydowanie nie jest to najbardziej innowacyjne zjawisko we współczesnej muzyce, ale koncertowo sprawdzili się akurat. Sample połączone z perkusją na żywo to dobry pomysł (elektronika uzupełniona jakimkolwiek instrumentem działa inaczej, jest autentyczniejsza), a skoro wykonują one wciągające, dynamiczne kompozycje z hip-hopowym zadziorem w bicie i elektronicznym minimalizmem, wszystko jest na swoim miejscu.

Zupełnie inaczej wyglądało spotkanie z The Jesus and Mary Chain, na których wiele osób musiało jechać w zatłoczonych pociągach wiele godzin - mieli prawo do żądania zwrotu pieniędzy. Nawet jeśli wiedziałam już, że Jesusi to nie są ściany przesterów, że to nie jest szczyt awangardy ani nawet element shoegaze'u został gdzieś w ich graniu zaprzepaszczony, wyobrażałam sobie jednak dobrze i z jajem zagrany koncert, składający się z dziesięciu prawie losowo wybranych utworów (poza "Just Like Honey" i "Happy When it Rains" mogli zagrać naprawdę cokolwiek). Ale nie, cały urok ich kokieteryjnej, brudnej, prowokacyjnej, energetycznej muzyki nie przeżył starcia z nonszalancją artystów, z bezcelowo szlajającym się po scenie Reidem, który zapewne w ten sposób symulował wielkie podniecenie wynikające z obecności na scenie w Polsce, gdzie przyjechał po raz pierwszy, z całym emanującym brakiem radości z grania. A kiedy pod koniec Reid powiedział, że "teraz to już byśmy chętnie zeszli ze sceny, ale przecież musimy to jeszcze zagrać", i leci kultowe dla wszystkich "Just Like Honey", zagrane ze znudzeniem na twarzy, to już naprawdę było za wiele. Panowie, jak ktoś was zechce, grajcie sobie na spotkaniach dla seniorów, ale przestańcie oszukiwać naiwną, szczerą młodzież, która chce zobaczyć swoich bohaterów na scenie, że wciąż nimi jesteście. Albo zacznijcie brać jakieś dobre narkotyki przed wejściem na scenę. A fuj.

Pional - no tak. Problematyczny koncert chłopaka, który "grał z Talabotem" - a więc sporo sobie po nim obiecujemy, tymczasem Johnów Talabotów jest niewielu. Powiedzmy więc, że był to optymalny elektroniczny chill po północy, na którym można było ukoić nerwy zszargane Jesusami i pobujać się, bez ekscentryzmu i nadmiaru, do minimalistycznej, repetytywnej, solidnej muzyki klubowej. Zabrakło mi bombastycznej wyobraźni Talabota w tym koncercie, jego ponadprzeciętnej zdolności do budowania idealnej tanecznej energii. Nawet "Destiny" zabrzmiało tak jakoś biednie w solowej wersji.

Na szczęście w namiocie Trójki był Ron Morelli, który wszystko naprawił, ba, pozwolił zapomnieć o wszystkich problemach tego dnia i oddać się prymitywnej, acz jakże przyjemnej, zabawie. Dobrzy muzycy techno mają tę charakterystyczną umiejętność przekształcania swojej publiczności w kompletnie odseparowane od rzeczywistości jednostki, które przestają zdawać sobie sprawę, że jest późno, że wstały już bardzo dawno temu, że nie biorą przecież żadnych pobudzaczy, i że pomimo wszelkiej logice wciąż muszą tańczyć. To właśnie zdarzyło się tej nocy w namiocie - z łzami w oczach tańczyliśmy aż do końca tego bardzo długiego i okrutnie intensywnego setu, w którym dostaliśmy wszystko, pokręcone IDM, minimal techno, pokrojone intensywne bity, czilujące melodie i nawiązania do dyskotekowych lat 90-tych. Wyszliśmy na czworaka, ale wystarczyło nam determinacji, by zahaczyć jeszcze o Namiot Eksperymentalny, w którym nie chcieli przestać grać muzycy Marka Ernestusa.

O Jeri-Jeri powiem niewiele, bo widziałam zaledwie trzy utwory (wyszliśmy przed końcem, okazało się bowiem, że artyści mimo odłączonego prądu - dawno po czasie, kiedy mieli skończyć grać - kontynuowali swój występ dla rozochoconej publiczności). Był to niezwykły koncert - mieszanka energetycznych, trybalnych bębnów, na których wszystko się opierało, połączona z zaskakująco mantrycznymi, zawodzącymi wokalami kobiecymi i podsycane nieprawdopodobnym, konwulsyjnym tańcem chudej jak patyk dziewczyny, który przerodził się w całkiem śmiałe gody, najpierw z udziałem głównego perkusisty, a później dwóch chłopaków z publiczności: jeden wyglądający jak Harry Potter (wszedł z plecakiem na scenę) i drugi umiarkowany hipster, z których żaden nie potrafił tańczyć ani jakoś sensownie odpowiedzieć ruchem tej zwariowanej kobiecie. Miło się więc patrzyło na te różne kulturowe implikacje i uwarunkowania, słuchając do tego solidnej senegalskiej muzyki. Petarda na koniec dnia.

Część trzecia lada moment.




Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.