
Doszłam do wniosku, że jest pewien temat, który ekscytuje bez mała wszystkie. Bez względu na poglądy polityczne, wiek, gusta muzyczne i orientację seksualną. Ten temat to – jak zapewne się już domyślacie – desery.
Przypominam sobie nasze piątkowe spotkanie u Marysi. W większości wypadków spotykamy się u niej, bo nie ma udomowionego współmałżonka, czarujących i niestrawnych dzieci, odwiedzającej teściowej pełnej najlepszych intencji, dyszącego psa, czy choćby potrzebującej wody paprotki - słowem, ma kapitalne warunki do spokojnych spotkań. A mniej spokojnych tym bardziej.
A więc niedawno umówiłyśmy się, że tym razem darujemy sobie zdrowe zupy, ryby i sałatki... i od razu przejdziemy do finału, czyli naturalnie słodkości. Każda z nas musiała nie tylko zrobić i przynieść swój najdroższy
deser], ale też przebrać się za niego i wyjaśnić pozostałym, czemu akurat ten posiadł jej serce. Ale było chichotu.. i słodyczy!
Już samo szykowanie się do spotkania było przede wszystkim przyjemne. Faktycznie jest duża mądrość w powiedzeniu, że warto poświęcać czas na to, co się kocha. Cały tydzień szykowałam kreację i przemowę na rzecz mojej największej (niezawodnej!) miłości.
Magda jako gospodyni zapewniała alkohole (słodkie naturalnie), które pomogły nam poradzić sobie z tremą związaną z dzieleniem się tak intymnymi sekretami. Pamiętam, jak weszłam do pokoju i zobaczyłam te wszystkie dziewczyny. Wydawało mi się, że się popłaczę ze śmiechu, jak zobaczyłam ich przebrania i zastawiony stół!
W odpowiednim momencie zaczęłyśmy dzielić się swoimi sekretami i miałam okazję ujrzeć moje ukochane dziewczyny w na wskroś nowym świetle. A zarazem miałam poczucie, że dopiero teraz rozumiem je w gruncie rzeczy. Co za przyjemne, grupowe doświadczenie!
Ziuta cała na czarno grubym głosem oświadczyła, że nie ma na Ziemi nic bardziej zmysłowego od gorzkiej czekolady. Że w tej goryczy jest przyrzeczenie wysublimowanego świata i nieoczywistych wyborów. Aneta w jasnej, bombkowej kiecce ułożyła piosenkę ku chwale bezy, która bez pamięci jest cukrowa. A już szczególnie w stosunku do... (hej, zgadnijcie sami wobec kogo!). Kasia z tekturową przykrywką na głowie obiecywała, że – jak mawiał Forest Gump – bombonierki są cudowne, bo pełne niespodzianek. A ja – ubrana na beżowo i z lampkami na głowie – tłumaczyłam, że nie ma na Ziemi bardziej uwodzącego zapachu niż aromat mojego najdroższego deseru, czyli
krem brulee. I że sekunda, kiedy cukier na nim zaczyna się palić naprawdę wzbudza żar w moim sercu.I nie tylko tam. Ach, co to była za impreza!
I pomyśleć, że mężczyźni uważają, że są nam potrzebni do rozkoszy!