
Pożar, powódź, wypadek drogowy, napad, gniazdo szerszeni, kot nie może zejść z drzewa - wzywamy pomoc. Strażacy, policjanci, ratownicy - to oni spieszą nam na ratunek. Żyją w ciągłym stresie. Można wyprać ubranie po pożarze, ale psychiki nie da się tak łatwo „wyczyścić”.
Krzysztof Maliński, ratownik-wolontariusz, 35 lat, warszawiak, wysoki blondyn o miłym uśmiechu. Studiował w łódzkiej szkole filmowej, na co dzień pracuje przy produkcjach filmowych. Zodiakalny Wodnik, lubi niebieski kolor i różną muzykę, ale najchętniej słucha rocka i metalu. W Tatrach Wysokich zdobył już wszystkie szczyty, w Alpach szczyty - Allalinhorn, Mont Blanc i Monch prawie zdobył. Niestety blisko celu nastąpiło nagłe pogorszenie pogody, zbliżała się noc i trzeba było zawrócić. Jest płetwonurkiem, skoczkiem spadochronowym. Marzy o prawdziwej miłości, zdobyciu Mont Everestu i ratownictwie w TOPR.
Co spowodowało, że jako wolontariusz pracujesz w ratownictwie?- Już w liceum, w klasie maturalnej, o tym myślałem i nawet trafiłem kiedyś do lekarza, który organizował kursy dla ratowników, ale wtedy nie udało się. Dopiero dużo później, kiedy miałem już prawo jazdy, swój samochód, jechałem i zastanawiałem się co by było gdybym na trasie spotkał wypadek. Jak zareagowałbym, czy umiałbym pomóc, coś zrobić poza wezwaniem pogotowia? Odpowiedź była kiepska - niewiele potrafiłbym pomóc, podobnie jak większość ludzi.
Wtedy zrodziło się postanowienie, że musisz to zmienić?- Tak. Wróciłem do domu i w internecie znalazłem odpowiednie kursy - to było szkolenie w Ośrodku Polskiego Czerwonego Krzyża. Zapisałem się na kurs podstawowy, a potem zrobiłem wszystkie możliwe stopnie kursów, także kurs pediatryczny, obsługi defibrylatora zewnętrznego, kurs odbioru porodu w warunkach ulicznych, kwalifikowanej pierwszej pomocy oraz kurs instruktorów ratownictwa. Wyjeżdżałem na obozy kondycyjne, na ogół to były tylko weekendy, ale bardzo dużo mi to dało. Nauczyłem się udzielać pierwszej pomocy w różnych warunkach, trudniejszych niż w mieście na ulicy. Przeszedłem także pewien „chrzest bojowy” jeździłem jako wolontariusz karetką z ratownikami do różnych wypadków.