Facebook Google+ Twitter

Rozmowa o Tybecie: "Każdy ucisk wywołuje reakcję"

Specjalnie dla W24, Piotr Cykowski i Yeshi Lhosar o polityce, sytuacji w Tybecie i działaniach na rzecz Tybetu w Polsce.

Piotr Cykowski i Yeshi Lhosar / Fot. Piotr CykowskiPiotr Cykowski, aktywista, działacz na rzecz Tybetu, koordynator Programu Tybetańskiego Fundacji Inna Przestrzeń, współtwórca Tybet.bloga.

Yeshi Lhosar, Tybetańczyk od lat mieszkający w Polsce, lekarz i prezes Stowarzyszenia Społeczności Tybetańskiej w Polsce.

Katarzyna Christop: Tybet pozostaje pod chińską okupacją od 60 lat, jednak mimo to nie słabną nastroje niepodległościowe. Tybetańczycy, mimo srogich kar więzienia, tortur, nie zaprzestają protestów. Skąd bierze się ich siła?
Yeshi Lhosar: Napędem działań Tybetańczyków jest przywiązanie do poczucia odrębności narodowej, dlatego Tybetańczycy walczą o swoje państwo, mimo nacisków i represji ze strony chińskich okupantów. Cierpienie łączy naród i skłania do wspólnego działania.

Piotr Cykowski: Nie jestem Tybetańczykiem, ale z tego, co obserwuję, działalność władz chińskich przynosi efekt odwrotny do zamierzonego. W wyniku chińskiej okupacji wśród Tybetańczyków wytworzyło się silne poczucie tożsamości narodowej. Każdy ucisk wywołuje reakcję, stąd też od szeregu lat obserwujemy kolejne wystąpienia Tybetańczyków, którzy coraz głośniej mówią o swoich prawach. Pomaga im w tym coraz większa, mimo bardzo silnej cenzury, dostępność informacji.

Największe protesty od lat, w 2008 roku, były niewątpliwie spowodowane brakiem wolności politycznych, ale też daleko idącą marginalizacją społeczną i ekonomiczną Tybetańczyków. Chińskie władze inwestują w Tybecie miliardy juanów, jednak głównie w przemysł wydobywczy i infrastrukturę służącą armii. Natomiast interesy Tybetańczyków są jawnie i świadomie spychane na margines. Nie trzeba mieć wielkiej wiedzy o Tybecie, żeby to zauważyć. Tybetańczycy żyją na marginesie we własnym kraju. To budzi oczywiste niezadowolenie i protesty.

Sytuacja Tybetu stała się bardzo popularnym tematem, szeroko nagłośnionym przez media. Wydaje mi się, że w ostatnich latach znacznie wzrosła świadomość „Zachodu” w kwestii Tybetu. Skąd ta popularność sprawy tybetańskiej? Tybet stał się w pewnym sensie „modny”?
Yeshi: Tybet i jego bogata kultura dały się poznać światu zewnętrznemu po zajęciu Tybetu przez chińskich komunistów, wraz z emigracją Tybetańczyków. W tym tego, co kultura tybetańska ma najcenniejszego - czyli buddyzmu. Ogromne znaczenie ma fakt, iż wybraliśmy pokojową drogę ku niepodległości. Niewątpliwie rozpowszechnianiu wiedzy na temat Tybetu przysłużył się Dalajlama, który jest nie tylko przywódcą duchowym, ale i autorytetem moralnym dla całego świata. Jednak przykro mi, że „moda” na Tybet, o której Pani wspomniała, nie daje widocznych efektów.

Piotr: Tybet jest sprawą bardzo złożoną, gdyż kwestia okupacji Tybetu ma daleko idące konsekwencje, nie tylko dla samych Tybetańczyków. Zagrożone jest bogate dziedzictwo kulturowe buddyzmu, jednej z głównych religii świata. Poza tym pozostaje kwestia zmian klimatycznych spowodowanych niszczeniem środowiska naturalnego Tybetu w wyniku nieracjonalnej gospodarki. Zagraża to bezpieczeństwu regionalnemu oraz ekologicznemu świata, chociażby ze względu na olbrzymią populację ludności Azji żyjącą w dorzeczach rzek wypływających z Tybetu. Tybet ma bardzo szerokie oddziaływanie, jednak popularność Tybetu nie jest wcale taka wielka, jak mogłoby się wydawać. Sukcesem jest to, że Tybet istnieje w świadomości ludzi. Natomiast de facto nie widzę realnego, politycznego przełożenia tego zainteresowania na konkretne działania.

Yeshi: Można powiedzieć, że jest to „moda” na Tybet wśród zwykłych obywateli, na pewno nie wśród polityków świata.

Mural na Rondzie Tybetu w Warszawie / Fot. Anna KozikPiotr: Poza tym w wielu pismach, gazetach, szczególnie ekonomicznych, dużą popularnością cieszą się Chiny. I pytanie jak zdobyć popularność - można mieć albo pieniądze, albo charyzmatycznego lidera, jakim jest Dalajlama i wyjątkową kulturę.

Yeshi: Wracając do pytania. Wydaje mi się, że gdy widzimy działania wojska chińskiego na mnichach tybetańskich, ludziach kochających pokój, naturalnie stajemy w ich obronie. To na pewno sprawia, że ludzie utożsamiają się z losem Tybetańczyków.

Piotr: To ważne, o czym wspomniał Yeshi. Kwestia pokoju zrobiła się trochę passe - dla wielu to zapewne wzniosłe, acz puste hasło. To paradoks, że obecnie o pokoju rozmawia się głównie w kontekście działań militarnych, mimo iż propagowanie pokoju jest elementem wszystkich najważniejszych dokumentów, na których został zbudowany obecny porządek międzynarodowy (Karty Narodów Zjednoczonych, Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka). Ponadto dziś rozwiązania pokojowe przeważnie polegają na wysyłaniu gdzieś wojska, dlatego działania Dalajlamy i Tybetańczyków próbujących rozwiązań pokojowych w praktyce są niezwykle interesujących eksperymentem. Z tego powodu Tybet zasługuje na uwagę, szacunek. Jeśli nie uda się wesprzeć tego, co proponują Tybetańczycy, to tak naprawdę wszelkie inne rozmowy o pokojowym rozwiązaniu konfliktów można włożyć między bajki.

Czytaj więcej -->

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Ryszard Kosacz
  • Ryszard Kosacz
  • 01.10.2011 10:13

Tu bym sie nie zgodzil, buddyzm tybetanski nalezaloby raczej widziec jako zakony, na podobienstwo europejskich, ktore w sredniowieczu toczyly otwarte zazarte walki o "rzad dusz", ale np Wikipedia nazywa je sects a nie orders. Inne zrodla zachodnie rowniez mowia o sektach. Nakrycia glowy Gelupa przypominaja raczej kaptury anizeli czapki ,ale to tak naprawde nie ma wiekszego znaczenia. Dalai Lama osiadl na tronie dzieki buddystom mongolskim w 1641 roku, jezeli mnie pamiec nie myli i od tamtej pory Gelupa byla scisle zwiazana z dworem cesarskim dynastii Qing. Niezaleznosc Tybet osiagnal w 1911 po obaleniu ostatniego cesarza i powstaniu republiki. Wczesniej Brytyjczycy z Indii probowali zajac Tybet ale im sie to nie powiodlo. Po drugiej wojnie swiatowej i wycofaniu sie Anglikow z Indii , te wlasnie przymierzaly sie do tego samego, argumentujac faktem ze buddyzm przyszedl do Tybetu wlasnie od nich. Dalai Lama zwrocil sie o protekcje do Wielkiej Brytanii ale ci sie na Tybet wypieli. Chiny byly pod reka i to z nimi Dalei Lama zawarl pakt, zupelnie jak kiedys jego poprzednicy z cesarzami Qing. Sprawy sie mocno skomplikowaly kiedy Dalai Lama odsunal i wyrzucil Panchi Lame, drugiego w hierarhii a ten uciekl do Pekinu i namowil Mao do wyslania wojska do Tybetu. Mao to bylo to oczywiscie jak najbardziej na reke, bowiem umacnialo to jego pozycje jako liberatora. I tak inwazja na Tybet dotad nosi w Chinach oficjalna nazwe "pokojowe wyzwolenie" ludu tybetanskiego z pod tyranii kleru i magnaterii. Sytuacje zdecydowanie popsula tzw "rewolucja kulturalna" w czasie ktorej zaczeto burzyc klasztory i inne zabytki tybetanskiej kultury jak rowniez przesladowac mnichow. Ale to sie dzialo w calych Chinach i najbardziej na tym ucierpieli sami Chinczycy. W Tybecie wybuchlo powstanie, oczywiscie krwawo stlumione przez Ludowa Armie Wyzwolencza a Dalai Lama z swa swita uciekl do Indii.
Wynika z tego, ze obojetnie czy z cesarzami czy tez z komuna buddyzm jak nie taki to siaki idzie reka w reke z wladza., oczywiscie w wiadomym celu. Moje osobiste doswiadczenia z wizyt w Tybecie absolutnie nie potwierdzaja gloszonej na zachodzie propagandzie antychinskiej o rzekomym przesladowaniu buddyzmu i buddystow w Tybecie. Odwiedzalem wiele klasztorow nie tylko buddyjskich ale rowniez Bon, najstarszej animistycznej religii regionu od ktorej zreszta buddyzm tybetanski zapozyczyl wiele obrzedow i raczej obserwuje ze one kwitna z roku na rok. Buddyzm jest rowniez praktykowany w innych prowincjach Chin.
Juz na marginesie nalezaloby dodac ze w 33 prowincjach Chinskich zamieszkuje 56 grup etnicznych, ktore zachowuja swoje wierzenia, kulture i jezyk za nie tylko pozwoleniem ale rowniez poparciem lokalnych i federalnych rzadow.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Tybet kiedy był państwem owszem nie był demokratyczny, tylko był państwem kościelnym, czymś w rodzaju królestwa z wybieranym królem.

Nie można mówić o "sektach buddyjskich", bo jest to całkowite niezrozumienie tematu. Buddyzm składa się ze szkół, a nie sekt i jest to bliższe raczej podziałowi chrześcijaństwa na prawosławie, katolicyzm i protestantyzm. Nie mówi się też "kaptury" tylko czapki", ale tak w ogóle jest to określenie potoczne.
Faktem jest, że Gelugpa starała się przejąć wszystkie pozostałe szkoły buddyzmu aby mieć wyłączną władzę nad Tybetańczykami do tego stopnia że Dalaj Lama poszedł na współpracę z rządem Chin tylko po to żeby zmienić szefa jednej ze szkół na takiego chcącego wykonywać jego polecenia.
Natomiast nieprawdą jest żeby w ogóle jakakolwiek ze szkół miała coś do powiedzenia w Tybecie. Po prostu rząd chiński zauważając, że dotychczasowe metody nie działają na Tybetańczyków postanowił przejąć buddyzm.
Komunistyczna partia wyznaczyła "buddyjskich przywódców" i ci ludzie mają za zadanie wychowywać Tybetańczyków na posłusznych obywateli Chin. Oficjalnie działają tam klasztory, ale się w nich niczego nie naucza o buddyzmie tylko zwyczajnie indoktrynuje ludzi.

Do niedawna owszem rząd tybetański na emigracji miał nadzieję, że Tybet zostanie przywrócony w swojej feudalnej formie, ale na szczęście jak widać na obrazku również tam coś już do ludzi dotarło. :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

A mnie nurtuje pytanie: Jak mozna mowic o demokratycznym Tybecie jezeli wladza religijna i polityczna jest skupiona w jednym reku, nawet jezeli ono ma boskie pochodzenie?
Poza tym "znawcy" tematu tybetanskiego zapominaja o fakcie, ze tytul Dalej Lama (Ocean Madrosci) nie pochodzi z niebios ale zostal nadany przywodcy sekty buddyjskiej tzw Gelugpa (Zolty Kaptur) przez Mongolow (dynastia Qing) w siedemnastym wieku, kiedy to z ich pomoca Gelupa rozprawila sie krwawo z Sakyapa czyli inna rywalizujaca sekta buddyjska. Karta historii sie odwrocila jak to zwykle bywa i teraz Czerwone Kaptury dominuja ale juz tylko w sferze religijnej, ich klasztory sa subsydiowane przez Chinczykow a ichniejszy lama urzeduje w Pekinie.
Mnichem buddyjskim w Tybecie jak rowniez np w Mongoli nie zostawalo sie z powolania, tylko kazda rodzina chciala umiescic w klasztorze swojego chociazby jednego syna, na ogol juz jako chlopca, zapewniajac sobie nieco lepszy byt w tym feudalno poddanczym spoleczenstwie. W konsekwencji 2/3 meskiej populacji zyla w klasztorach a zeby ich wyzywic w polach pracowaly kobiety i dzieci. Czy do takiego Tybetu nawoluja jego "zbawcy"?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.