Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

11569 miejsce

Rozmowa z Józefem Muchą, który przez 16 lat był kierowcą kard. Karola Wojtyły

  • Źródło: Dziennik Zachodni
  • Data dodania: 2007-03-29 08:16

Józef Mucha był świadkiem najważniejszych wydarzeń związanych z biskupią posługą Karola Wojtyły. To on poinformował metropolitę krakowskiego o śmierci Jana Pawła I, towarzyszył mu w dramatycznych obchodach uroczystości milenijnych i woził na historyczne spotkania z prymasem Wyszyńskim. Był świadkiem prowokacji służb bezpieczeństwa śledzących Karola Wojtyłę.

Dziennik Zachodni: Jest pan jedynym na świecie kierowcą, który woził czterech kardynałów, w tym dwóch przyszłych papieży!

Józef Mucha. Fot. Arkadiusz GolaJózef Mucha: To prawda, woziłem trzech powojennych kardynałów krakowskich - Adama Sapiehę, Karola Wojtyłę i Franciszka Macharskiego. Byłem ich osobistym kierowcą. Jeden z nich, jak wiadomo, został papieżem.
Miałem również przyjemność wozić po Krakowie kardynała Josefa Ratzingera podczas jego wizyty w Polsce. Nawet przez chwilę nie pomyślałem wówczas, że ten przesympatyczny niemiecki biskup będzie następcą Jana Pawła II.

DZ: Jak to się stało, że młody chłopak z podtarnowskich Wierzchosławic został kierowcą kardynałów?

JM: Od dziecka miałem dryg do motoryzacji. Fascynowały mnie samochody. Kiedy przez Małopolskę przetoczył się front rozpoczęto pobór do wojska. Zgłosiłem się na ochotnika i zgodnie z moimi zainteresowaniami trafiłem do formowanego w Krakowie 22. Pułku Samochodowego. Przez przypadek zostałem ordynansem dowódcy. Mimo że miałem prawo jazdy wydane przez władze okupacyjne, musiałem jeszcze raz zdawać egzamin. Nie miałem z nim większego problemu. Moja kariera ordynansa skończyła się po trzech miesiącach. Aż do 1947 roku tułałem się po różnych jednostkach wojskowych. Tak doczekałem końca służby. Nie bardzo wiedziałem, co ze sobą zrobić, więc pojechałem do wuja do Krakowa, który odpowiadał w kurii za sprawy administracyjne. Podlegały mu lasy i majątki ziemskie należące do diecezji krakowskiej. To on polecił mnie do pracy w "Tygodniku Powszechnym", który podlegał wówczas kurii i był oczkiem w głowie kardynała Sapiehy. Przez rok woziłem dziennikarzy, wiązałem paczki z gazetami i dostarczałem papier do drukarni. Pewnego dnia dostałem wezwanie od jednego z księży pracujących w kurii. Oznajmił, że ma już dość kaprysów krakowskich kierowców i zaproponował mi pracę w samej kurii. Zgodziłem się od razu. Ale za kilka dni zacząłem żałować swojej decyzji. Kardynał Sapieha był wówczas legendą polskiego Kościoła. Pochodził z książęcego rodu, a o jego manierach krążyły dykteryjki. Omal nie zemdlałem, kiedy myjąc samochód usłyszałem za plecami jego głos. Zapytał, jak się nazywam i powiedział, że za chwilę wyruszamy w trasę. Zacząłem nieskładnie wyjaśniać, że nie mogę jechać, bo samochód jest brudny. Ale kardynał nie dał za wygraną i powiedział, że poczeka aż skończę myć karoserię. Po kilku długich minutach usiadłem za kierownicą. Ze strachu zapomniałem, jak się prowadzi samochód. Nie mogłem znaleźć jedynki i w pośpiechu ruszyłem na drugim biegu. Na szczęście rutyna wzięła górę i po kilku minutach płynnie sunąłem po Krakowie. W ten sposób zostałem kierowcą kardynała.

DZ: Wcześniejsze pana obawy dotyczące kardynała Sapiehy potwierdziły się w codziennej pracy?

JM: Kardynał Sapieha okazał się bardzo sympatycznym hierarchą. Oczywiście tytułowałem go księciem i przez cały czas starałem się przestrzegać etykiety. Znalazł dla mnie mieszkanie w kurii przy Franciszkańskiej 3. Osobiście zadbał także o meble i niezbędne wyposażenie. Szybko też skrócił dystans dzielący kierowcę od kardynała. W wolnych chwilach pytał o moje plany. Powierzył mi też nietypowe zajęcie.

Kiedy powiedziałem, że mam sporo wolnego czasu poprosił mnie o robienie kardynalskich papierosów. Tutki były herbowe, a tytoń miał żółty, szlachetny kolor. Papierosy skręcałem całymi wieczorami. Kardynał dzielił się potem nimi ze mną.

Bez problemu mogłem także wchodzić do jego prywatnego apartamentu. Zawsze witał mnie z radością. Również pensję wypłacał mi osobiście. Ubolewał, że nie mam żony. Kiedy więc przyznałem się, że mam na oku jedną pannę uśmiechnął się i zaoferował pomoc w przygotowaniach do ślubu i wesela. Polecił kurialnemu infułatowi, żeby odmierzył mi czarne sukno na garnitur i wypłacił dodatkowe wynagrodzenie. Ślub był wspaniały. Jedynym moim zmartwieniem był zbyt krótki, bo zaledwie trzydniowy urlop z tytułu ożenku. Po ślubie wraz z żoną zamieszkałem na Franciszkańskiej 3. Niestety, kardynał zmarł niedługo potem, w lipcu 1951 r.

DZ: Kogo woził pan po śmierci kardynała Sapiehy?

JM: Jego następcą został Eugeniusz Baziak, legendarny biskup lwowski. To on wsławił się ucieczką z Kresów wywożąc ciężarówką archiwalia lwowskiej kurii. To był wspaniały człowiek. Los sprawił, że byłem świadkiem jego śmierci. To było 15 czerwca 1962 r. Pojechaliśmy do Warszawy na konferencję biskupów. Rozmowy trwały długo. Około dwunastej w nocy usłyszałem niepokojący szum. Szybko pobiegłem sprawdzić, co się stało. Zobaczyłem arcybiskupa Baziaka z twarzą złamaną bólem. Było potworne zamieszanie. Ktoś próbował mu podać nitroglicerynę. Nie czekałem na żadne polecenia. Co sił w nogach pobiegłem do pobliskiego pogotowia. Ale było za późno. Lekarze byli bezradni. Do tej pory słyszę ich ciężkie słowa - "koniec, umarł".

DZ: Kto powiadomił krakowską kurię o tych dramatycznych wydarzeniach?

JM: Zrobiłem to osobiście. Twarda rzeczywistość tamtych lat dała znać o sobie. Na miejscu nie było telefonu. Żeby przekazać te smutne informacje musiałem iść na pocztę główną. Mimo późnej nocy i wielokrotnych prób pracownik poczty nie mógł uzyskać połączenia z Krakowem. Byłem wściekły. Tutaj taka ważna wiadomość, a linie telefoniczne zablokowane. Kiedy byłem bliski rezygnacji w słuchawce usłyszałem głos biskupa Wojtyły. Natychmiast krzyknąłem: "Ekscelencjo, arcybiskup zmarł". Po głębokim, pełnym bólu westchnieniu biskup Wojtyła zmówił modlitwę w intencji zmarłego i poprosił, abym pomógł mu dotrzeć do Warszawy. Wiedział, że od tej chwili na jego barkach spoczęły losy archidiecezji krakowskiej.

DZ: To był początek pana szesnastoletniej pracy u boku Karola Wojtyły?

JM: Stałym kierowcą biskupa Wojtyły zostałem kilka miesięcy później. Jego wcześniejszy szofer zachorował i ja przejąłem obowiązki osobistego kierowcy.

DZ: Jakim samochodem woził pan przyszłego papieża?

JM: Po kardynale Sapiesze został wytworny chevrolet. Miał w środku ładną tapicerkę i czerwone sukno. I właśnie takim samochodem przyjechałem po biskupa Wojtyłę. Ale duża limuzyna nie przypadła do gustu mojemu nowemu pasażerowi. Bez kokieterii powiedział, że nie potrzebuje tak eleganckiego i dużego samochodu. Poprosił, żebym przesiadł się do warszawy, z której korzystał wcześniej. Kiedy usiadłem za kierownicą tego wysłużonego samochodu z przerażenia omal nie osiwiałem. Warszawa była kompletnie zdezelowana. Nie miała sprawnych hamulców, układ kierowniczy nadawał się do remontu, a silnik ryczał, jak traktor. Po paru kursach odważyłem się na otwarty protest. Powiedziałem biskupowi, że nie będę jeździł takim gratem, bo się boje o życie ekscelencji. Ani przez chwilę nie przesadzałem i widać moja argumentacja odniosła skutek, bo niebawem przesiedliśmy się do opla admirała. To był dobry samochód. Znakomicie znosił kiepskie, polskie drogi. Przez pewien czas korzystaliśmy także z opla kapitana, którego biskup Macharski przywiózł z zagranicznych studiów. Ale ten całkiem udany model miał pecha. Oddano go do seminarium i tam klerycy dołożyli starań, żeby szybko trafił na szmelc. Wiele kilometrów przejechaliśmy poczciwą wołgą. Oczywiście w kolorze czarnym.

DZ: Po Krakowie do tej pory krążą opowieści, że Karol Wojtyła miał prywatnego forda LTD, którym wyjeżdżał na samotne wycieczki do sanktuariów małopolskich. Wiele osób twierdzi, że widziało przyszłego papieża za kierownicą tego pojazdu. Niektórzy dodają także, że po konklawe Karol Wojtyła zabrał forda do Watykanu.

JM: To są historie wyssane z palca.

Kardynał Wojtyła nigdy nie miał prywatnego samochodu. Poza tym nie miał prawa jazdy i nigdy samodzielnie nie prowadził żadnego samochodu.

Natomiast domyślam się, skąd się wzięły te opowieści. Otóż, podczas swojego pobytu w Stanach Zjednoczonych kardynał Wojtyła dostał od Polonii amerykańskiej nowego forda LTD. Ale zaraz po powrocie samochód został sprzedany, a uzyskane w ten sposób pieniądze wsparły budowę kościoła w Nowej Hucie. Kardynał Wojtyła w ogóle nie interesował się nowinkami motoryzacyjnymi. Jedyną jego troską było sprawne i punktualne dotarcie do celu podróży. Ale tutaj darzył mnie absolutnym zaufaniem, którego przez 16 lat nie zawiodłem.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.