Facebook Google+ Twitter

Rozmowa z reżyserem Janem Jakubem Kolskim

  • Źródło: Polska
  • Data dodania: 2006-09-19 16:38

Jak już czuję, że się duszę jakimś kolejnym Macierewiczem, Cymańskim czy Lepperem, to szybko wracam pooddychać normalnym powietrzem do żony, dziecka i do zwierząt. Do mamy też. Bo ja jestem maminsynek.

Reżyser Jan Jakub Kolski/APPMiałam wrażenie, że taki film jak „Jasminum” mogłaby raczej zrobić kobieta. Tymczasem stworzył go mężczyzna. Ile jest w panu kobiecej duszy?
Bardzo dużo.

Mimo tych mocnych bicepsów, które widzimy?
Są takie żaby w Afryce, które po to, żeby im nie zrobić krzywdy, tak się nadymają, że pięciokrotnie są większe, niż je na to stać, że tak powiem.
To wszystko ze strachu. A Krzysztof Majchrzak powiadał za Lecem, że żółw jest dlatego taki twardy, że jest taki miękki. To cała tajemnica moich bicepsów i ćwiczenia mięśni.

Wspomniał pan o Krzysztofie Majchrzaku, pana ulubionym aktorze. Ale w „Jasminum” nie znalazło się dla niego miejsce.
Bo nie było dla niego roli. To niezwykle mądry facet. I wie, że raz rola jest, a raz jej nie ma. I gdybym mu nawet coś zadedykował, napisał jakąś rolę szczególnie dla niego, a rola by mu się nie spodobała, to on by podziękował za dedykację i nie przyjął jej. Takie są prawa w tej robocie.

Jak taki wrażliwiec jak pan czuje się w IV RP? A może się panu dobrze żyje?
Już byłem kiedyś o to pytany. I powiedziałem, że w Polsce nie czuję się już tak, jak u siebie w domu. Ale za to w filmach czuję się jak u siebie w domu. I mam nadzieję, że tę polską głupotę uda mi się przetrwać w filmie.
A jak się czuje taki wrażliwiec? Taki wrażliwiec ma, na szczęście, dużo trawy do skoszenia. I ja koszę tę trawę. Mam rodzinę, dwa koty i psa. I jak już czuję, że się duszę jakimś kolejnym Macierewiczem, Cymańskim czy Lepperem, to szybko wracam pooddychać normalnym powietrzem do żony, dziecka i do zwierząt. Do mamy też. Bo ja jestem maminsynek.

Z jednej strony wrażliwiec, a z drugiej strony ma pan twardą rękę na planie. To mówią wszyscy aktorzy, którzy u pana grają. Czy trzeba trzymać tych ludzi za twarz?
Ja nie trzymam za twarz.

Więc na czym ta twarda ręka polega?
Chodzi o to, żeby doprowadzić do takiego kształtu tego zdarzenia przed kamerą, które zachwyca i jego i ją i mnie. I żeby, kiedy razem nie jesteśmy zadowoleni z tego kształ tu, dobijać się o ten kształt wszystkimi dostępnymi środkami. Prawie wszystkimi, bo ja nigdy nie nadepnąłem czyjejś godności. Ale bywam szorstki. Pewnie, że tak. Jeżeli szorstkość może być narzędziem sprawczym. Bywam też ujmujący, jeśli to ma spowodować, że aktor się otworzy. Ale nie jestem tyranem na planie, naprawdę. To jest rzemieślnicza, ciężka robota.

Dlaczego zostaje się reżyserem? Co jest takiego pociągającego w tej pracy?

Nie wiem, dlaczego zostaje się reżyserem. Mogę tylko mówić o sobie. 13 stycznia 2007 roku minie dokładnie sto lat obecności mojej rodziny w kinie. To już pięć pokoleń, począwszy od mojego pradziadka do mojego siostrzeńca. Pradziadek był właścicielem jednego z pierwszych kin w Polsce, na Piotrkowskiej 15 w Łodzi. Dziadek był producentem filmowym i dystrybutorem, ojciec montażystą, siostra montażystką, ja jestem reżyserem, a mój siostrzeniec, syn zmarłej siostry montażystki, jest operatorem filmowym. Zadebiutował w mojej noweli „Solidarność, Solidarność” jako operator. I nikt z mojej rodziny nie umiałby pewnie odpowiedzieć na pytanie - dlaczego jest w filmie, skoro dookoła jest tyle fantastycznych zajęć. To jakiś rodzaj przymusu, któremu się ulega czasem wbrew zdrowemu rozsądkowi. Bo zdrowy rozsądek, po tym, co niektórzy napisali o „Jasminum”, kazałby odwrócić się od filmu i iść ku innym zawodom na r, jak choćby rymarz czy reporter.

Teraz przymierza się pan do sfilmowania „Wojny polsko-ruskiej”. Co pana uwiodło w książce Doroty Masłowskiej?
To niezwykle piękna, uniwersalna historia. Opowiedziana, co prawda, takim językiem, który nie wszystkich czyni wrażliwymi czytelnikami tej powieści. Nie wszystkim daje siłę, żeby próbować wbić się w te szczeliny, które są między zdaniami. Niektórzy powodowani pierwszym odruchem rezygnują z czytania „Wojny...”. Słyszałem od jednej z polskich pisarek, że wyrzuciła książkę Doroty przez okno. Tak bardzo ją paliła w ręce. Ja w pierwszym odruchu też miałem taki zamiar. Ale nie wyrzuciłem i zacząłem czytać. Gdybym w niej nie znalazł niczego, co by mnie uwiodło, to bym powiedział Dorocie Masłowskiej - bardzo cię przepraszam Dorotko, ale w twojej książce nic mnie nie kusi. Nie pociąga.

Co pan w niej znalazł?
Ja jeszcze też do końca nie wiem. W moim odbiorze ta powieść krzyczy tęsknotą za miłością. O taki kształt świata, żeby się chciało żyć.
D.P.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.