Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

8965 miejsce

Rozmowa z Romanem Kluską, biznesmenem i filantropem

  • Źródło: Dziennik Zachodni
  • Data dodania: 2006-12-20 15:45

Żyje z oszczędności. Pieniądze przeznacza na działalność charytatywną oraz na rozbudowę Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach. Namawiano go do kandydowania na urząd prezydenta RP, ale zrezygnował z tego. Jeździ po kraju, spotyka się z młodzieżą i opowiada o swoich przeżyciach. Romanem Kluską rozmawia Adrian Karpeta.

fot. Dominik Gajda/Dziennik ZachodniDziennik Zachodni: Mówi pan, że pieniądze szczęścia nie dają. A jednak za nimi biegamy. Dlaczego?
Roman Kluska: Pieniądze szczęścia nie dają, ale są konieczne do tego, byśmy zaspokoili swoje podstawowe potrzeby. Ten świat jest tak urządzony, że pieniądz jako pośrednik w wymianie odgrywa bardzo dużą rolę i tego nie zmienimy.

Był pan wysoko na liście najbogatszych Polaków. Później wycofał się pan z wielkiego biznesu. Dlaczego?
– Warunki prowadzenia biznesu w Polsce się zmieniają, w ciągu ostatnich piętnastu lat niemal z każdym rokiem. Prowadzenie działalności na tak dużą skalę, na jaką ja prowadziłem, zaczęło być niebezpieczne.

Dlaczego?
– Wychodzi tak wiele aktów prawnych, że człowiek nie jest w stanie się z nimi zapoznać. A jak można przestrzegać prawa jeżeli mamy kilkadziesiąt tysięcy stron ustaw? Jeśli człowiek nie jest w stanie zapoznać się z prawem, to jak może zgodnie z nim postępować? Popatrzmy, ile decyzji urzędników jest uchylanych przez sądy administracyjne. Urzędnicy to wyspecjalizowani fachowcy na małym tylko odcinku, a przedsiębiorstwo działa na bardzo szerokim froncie. Skoro urzędnik nie jest w stanie poznać prawa na tym małym odcinku, to jak można wymagać od przedsiębiorców, czy ogólnie - od obywateli - by znali cały zakres prawa, w którym się poruszają? Najwięcej zła, najwięcej niegodziwości wynika z tego, że ktoś w dobrej wierze myśli, że działa zgodnie z prawem, a nagle przychodzi ktoś i mówi, że naruszył takie czy inne prawo. Prawo odchodzi od zasad etycznych, jest poza wymiarem sumienia. Będąc pragmatycznym decydentem, uznałem, że warunki w Polsce są już niegodziwe do prowadzenia dużego biznesu.

Teraz zajmuje się pan małymi rzeczami.
– Bardzo małymi. To raczej hobby czy działalność charytatywna, a nie biznesowa. Nie prowadzę tego w celu zarobienia, tylko w celu pomocy innym czy też podzielenia się doświadczeniem. Są to rzeczy na niewielką skalę. Ale i tak napotykam na ogromną ilość barier urzędniczych.

Prowadzi pan na przykład hodowlę owiec.
– Mieszkam w górach. Trzeba znaleźć jakiś sposób na uratowanie gór przed zarastaniem krzewami. Kto chodzi po górach ten wie, że jak są krzaki i piękny las, a nie ma polanki, nie ma widoków, to nie chce się chodzić. Nagrodą za wspinanie jest piękny widok. Do tego potrzebne są polany. Bez owiec one znikną, ponieważ zarosną je krzaki albo las. A owca z jednej strony kosi, z drugiej nawozi. Swoją bytnością na halach przyczynia się do utrzymania różnorodnej roślinności na łąkach górskich.

Czy to znaczy, że na owcach się nie zarabia?
– Nie jest to sposób na dorobienie się. To szukanie sposobu na danie zajęcia ludziom w górach. To taki eksperyment, na który mogę sobie pozwolić, by szukać sposobu na uczynienie hodowli owiec opłacalnym.

Żyje pan z oszczędności, które pan wcześniej zgromadził?
– Tak, oczywiście ich ubywa. Ale nie jest to jakiś wielki problem, ponieważ staram się żyć w miarę skromnie i nie potrzeba mi aż tak dużo pieniędzy.

Czy wystarczy ich do końca życia?
– Myślę, że tego życia aż tak dużo mi nie zostało. Nie jest to problem, którym się przejmuję.

A zabezpieczenie rodziny, dzieci...
– Myślę, że najlepszym zabezpieczeniem jest to, co człowiek ma w sobie. Pieniądze są potrzebne do życia, ale nie są gwarantem szczęścia. Znam bardzo wielu ludzi bardzo biednych, a bardzo szczęśliwych. Znam też ludzi bardzo bogatych i bardzo nieszczęśliwych. Dlatego chcę, by moi znajomi, moja rodzina byli przede wszystkim szczęśliwi. Chyba nie ma żadnej korelacji między szczęściem a pieniędzmi.

Ale człowiek chce mieć więcej.
– Tak, i to często za wszelką cenę. Popada w długi, w dwuznaczne sytuacje. To jest droga przez mękę, przez cierpienie. Prawie zawsze te nieszczęścia związane z brakiem pieniędzy wynikają z pewnych kroków poczynionych wtedy, gdy chcieliśmy mieć więcej. Podjęliśmy nietrafne inwestycje, zaczęliśmy grać na giełdzie za pożyczone pieniądze. Nie wyszło i jest tragedia. Ale gdybyśmy pragmatycznie jedli małą łyżeczką, tylko tyle, na ile nas stać, to możemy iść przez życie i być szczęśliwym. Nie można wydawać więcej niż się ma. Trzymając się tego, można godnie iść przez życie.

Dobrze tak mówić, gdy się ma miliony.
– Ale ja przez dziesięć lat pracowałem w państwowej firmie. W tym czasie moja rodzina jadła w zasadzie tylko chleb z dżemem. Po wypłacie kupowałem dwanaście czy czternaście słoików dżemu wiśniowego, żeby starczyło do chleba na cały miesiąc. Wybierałem dżem wiśniowy, bo był najlepszy. Kosztował 4,50 zł. Mając tak niewiele, chodziliśmy na spacery, robiliśmy sobie ogniska... Myślę, że byliśmy szczęśliwi.

I nie zazdrościł pan innym?
– Owszem. Zwłaszcza, jak przejechał jakiś polonez albo duży fiat. Chciałoby się to mieć. Później jednak mogłem mieć mercedesa, a wcale nie byłem szczęśliwszy niż w czasach, kiedy miałem syrenkę. Dostałem ją od rodziców, bo na kupno nie było mnie stać.

A czy można połączyć sukces ze szczęściem?
– Jest to możliwe, ale trzeba być dobrym pracownikiem. Miałem wielu ludzi, którzy nie gubili rodziny. Jeden z informatyków powiedział mi, że ma liczną rodzinę i chce być przy dzieciach. Niech szef da mi komputer do domu i wszystko będzie zrobione - mówił. Ponieważ był dobry, to ja się zgadzałem. Dostawał zadania do domu i raz w tygodniu przynosił je odrobione. Był cały tydzień z rodziną. Inny chciał pracować tylko trzy dni w tygodniu i mniej zarabiać. Miałem wiele takich przypadków. Ci pracownicy wiedzieli, co jest w życiu ważne. I jeśli mogę coś sprzedać, to jest to przeświadczenie, że nic nie powinno się odbywać kosztem rodziny.

Jest pan osobą wierzącą. Mówi pan, że jeśli zaufa się Bogu, to wszystko się ułoży. A jeśli ktoś tylko zaufa i nic więcej nie będzie robił?
– Wołanie "Jezu ufam Tobie" nie ma nic wspólnego z nieróbstwem czy brakiem działania. Wszyscy dostaliśmy talenty. Stwórca z napiętnowaniem odnosi się do niewykorzystania talentów. Pracuję więc tyle, ile potrafię. Robię wszystko to, do czego mam predyspozycje. Wierzę, że moje talenty zostały dobrze dobrane do mojej osoby.

Czy stracił pan wiarę w państwo?
– Nie. Państwo to forma zorganizowania się nas jako społeczeństwo. Nie możemy przestać wierzyć w nasze państwo. Możemy tylko być świadomi tego, na ile trzeba to państwo poprawić. Dlatego jeżdżę po kraju, spotykam się z ludźmi i wskazuję to zło.

Idą święta. A grudzień przeradza się powoli w święto zakupów.
– Ludzie muszą odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jak mają święto zakupów, to są szczęśliwi. Jeśli nie, to chyba trzeba coś z tym zrobić.

Jest pan dzisiaj szczęśliwym człowiekiem?
– Tak, ale nie dzięki pieniądzom, bo tych mam coraz mniej. Ale dzięki trwaniu na twardej podstawie zaufania do Stwórcy, dzięki której nie muszę się obawiać o jutro.


Z giełdy na halę

Roman Kluska urodził się w 1954 w Brzesku w Małopolsce. Jest twórcą i byłym prezesem giełdowej spółki Optimus S.A. Była pierwszą, która rozpoczęła montaż w naszym kraju popularnych dzisiaj pecetów. Pierwsze urządzenia były składane niemal chałupniczą metodą. Firma, inwestując przede wszystkim w ludzi, zawojowała rynek. Kluska mówi dzisiaj, że jego najlepsi pracownicy zarabiali tyle, ile najlepsi na świecie. Firmą z Polski zainteresował się Microsoft, a Kluska zapraszany był przez największych ludzi tego świata.

Kluska zaliczany był do grona najbogatszych Polaków. Nieoczekiwanie w 2000 roku wycofał się z wielkiego biznesu, sprzedając swoje akcje w Optimusie. W 2002 roku został zatrzymany przez CBŚ pod zarzutem wyłudzenia VAT przez firmę Optimus. Wyszedł na wolność po wpłaceniu kaucji wynoszącej 8 milionów złotych. Klusce odebrano paszport, zajęto majątek (w tym samochody na potrzeby... wojska). W styczniu 2003 roku należności podatkowe zostały umorzone. Ale dopiero w 2004 r. Kluska został ostatecznie oczyszczony z zarzutów. Został laureatem Nagrody Kisiela w 2003 roku za "walkę z bezprawiem aparatu państwowego". Otrzymał 5 tysięcy złotych zadośćuczynienia za straty moralne wynikające z bezprawnego zatrzymania. Założył wydawnictwo Prodoks, które zajmuje się wydawaniem i sprzedażą wysyłkową książek, m.in. o treści religijnej. Zajmuje się również hodowlą owiec, bo uważa, że to szansa dla polskich górali.

Żyje z oszczędności. Pieniądze przeznacza na działalność charytatywną, łoży m.in. na budowę domów spokojnej starości oraz na rozbudowę Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach. Namawiano go do kandydowania na urząd prezydenta RP, ale zrezygnował z tego. Twierdzi, że i tak nie mógłby sam zrobić zbyt wiele. Jeździ po kraju i spotyka się z młodzieżą, opowiada o swoich przeżyciach. Kilka dni temu gościł w Rybniku na zaproszenie Stowarzyszenia Pomocy Chorym na Stwardnienie Rozsiane "Pro Bono".

Adrian Karpeta

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Przypadek pana Romana Kluski jest chyba najlepszym komentarzem do osiągnięć polskiej demokracji. Ciekaw jestem, kiedy Rzeczpospolita nauczy się szanować takich, jak on. Kiedy urzędnicy państwowi oraz rozmaici decydenci zaczną ponosić odpowiedzialność za niszczenie tych, którzy są solą tej ziemii. Kiedy nasz ustawodawca wyleczy się z biegunki legislacyjnej.
I czy uda nam się zrozumieć, co jest w życiu tak naprawdę ważne..

+

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.