Dzisiaj dwa razy dzwoniłam ze swojego telefonu komórkowego – do brata i do pracodawcy. Odebrałam też MMS-a od kolegi, który przesłał mi zdjęcie z podróży po USA. Dzwonił też do mnie ktoś z kraju o nieznanym mi kierunkowym (pomyłka). Za tydzień pewnie nie będę pamiętać, że to wszystko się wydarzyło. Służby specjalne, prokuratura i sądy mogą się jednak o tym dowiedzieć przez następne dwa lata, bez względu na to, czy będą prowadzić przeciw mnie postępowanie, czy nie. Teoria spisku? Nie, zezwala im na to polskie prawo.
Czytaj też:
Internet nadzorowany?Wszyscy jesteśmy podejrzaniObowiązek przechowywania informacji o połączeniach nazywa się retencją danych telekomunikacyjnych. Retencja, zgodnie z prawem telekomunikacyjnym, ma na celu udostępnianie tych informacji służbom, prokuraturze i sądom. Mają one dostęp do tych informacji na żądanie, którego nie muszą uzasadniać faktem prowadzenia postępowania.
Tak skonstruowane przepisy mają dwa skutki, z których mało który użytkownik telefonu i Internetu zdaje sobie sprawę. Po pierwsze, firmy telekomunikacyjne gromadzą wszystkie informacje o naszej aktywności na wszelki wypadek i przechowują je przez dwa lata. Każdy z użytkowników ma zatem „kartotekę”, w której znajdują się informacje nie tylko o tym gdzie dzwoni, ale i od kogo połączenia przyjmuje, ile czasu i jak często z kim rozmawia. To samo dotyczy komunikacji przez Internet.
Czytaj też:
Bilingi mogą pomóc w walce z nieuczciwym pracodawcąPo drugie, dostęp do tej kartoteki mają instytucje, które nie muszą wykazywać faktycznego interesu, jeśli chcą sprawdzić każdego obywatela korzystającego z usług telekomunikacyjnych. A to już szara strefa kompetencji organów, które co do zasady powinny interesować się życiem obywateli tylko wtedy, gdy są ku temu poważne powody.