Facebook Google+ Twitter

Rozmyślania nad koncertem Epic45

Relację z występu Epiców zdominuje moje pytanie: czy niektóre zespoły nie powinny zostać zwolnione z powinności grywania koncertów?

 / Fot. Natalia SkoczylasTrapi mnie to pytanie od tygodnia, od momentu, kiedy w czwartkowy wieczór podryfowałam Nowym Światem, oddalając się od Centralnego Basenu Artystycznego i zastanawiając się, co tego wieczora nie wyszło tak, jak powinno? Na Epic45, ze wszystkimi ich świetnymi płytami, EPkami, splitami i pomysłami na efemeryczne granie czekałam od grubo ponad roku i teoretycznie moja ekscytacja powinna przysłonić wszelkie techniczne i emocjonalne braki.

Być może problem polegał na tym, że jeden z członków zespołu, odpowiedzialny za grę na tajemniczym białym instrumencie (sampler jak domniemywam lub rodzaj szczególnych klawiszy) skonsumował podejrzaną pizzę (pominę nazwę firmy, by nie robić antyreklamy), która pozbawiła go możliwości zagrania w Warszawie. Brakowało więc jednego z elementów, i nie wątpię, że było to utrudnieniem dla reszty zespołu.

Z drugiej strony setlista skomponowana była z kompozycji, którymi znający Epic45 słuchacze mieli prawo być zaspokojeni. Nie zabrakło momentów z mistrzowskiej płyty "May your heart be a map" ani z równie dobrej "Slides", były też bardziej piosenkowe utwory z "All the empty houses". Ba, potrafili nawet w tym okrojonym składzie zaskoczyć - kilkukrotnie, chociażby do "Their voices in the rafters" czy "Looking down a hill" w spokojnych, leniwych pierwotnie kompozycjach znalazło się miejsce dla post-rockowych gitar rodem z EITS. I były to naprawdę udane improwizacje.

Doskonałość koncertu zaburzyło kilka czynników:

 / Fot. Natalia Skoczylas1. Nieobecność członka zespołu wywołała konsultacje na bieżąco i nerwowość tych, którzy musieli się bronić na scenie. Może stąd małe potyczki ze sprzętem i kilka dość niewielkich, ale zauważalnych błędów - przesuwające się sample, etc.

2. Kameralność była ich sprzymierzeńcem i wrogiem zarazem. Z jednej strony, w tej grupie może 70 osób nie było ani jednej przypadkowej osoby (śmiem twierdzić), z drugiej strony - byliśmy tak blisko, że zespół zamiast komfortu mógł czuć presję. Na szczęście niepotrzebnie - publiczność była nad wyraz sympatyczna i wyrozumiała.

3. Pół-żywy koncert. Niestety, słychać było doskonale, że perkusja tylko z rzadka brzmiała na żywą, nie wspominając już o setkach malutkich dźwięków - glitchów i nagrań terenowych - które stanowią o sukcesie i niepowtarzalności muzyki Epic45, ale których w tak małym składzie nie dałoby się odtworzyć, chociażby częściowo, na scenie. Plus odtwarzane gitary i tym podobne. Ogromne oczekiwania wobec koncertu rozbiły się o techniczne szczegóły, niezmiernie jednak ważne, żeby było autentycznie oczyszczająco i pięknie. Mam wrażenie, że tych kilka płyt, w które się zaopatrzyłam po występie, zapewnią mi więcej pełnowymiarowych emocji niż ten średnio poradny, choć niewątpliwie urokliwy występ.

Konkluzja? Brak jednoznacznej odpowiedzi. Bezpośredni kontakt z zespołem to ogromny plus, szansa na przeżycie czegoś ponad płytę - cenna, z drugiej strony pozostaje ryzyko rozczarowania i zniechęcenia. Być może oczekiwanie na malutki angielski zespół byłoby bardziej ekscytujące niż efekt końcowy. Pozwolę sobie zostawić tę kwestię otwartą, a chętnych - zapraszam do rozmowy.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.