Facebook Google+ Twitter

Rozmyślania o dziwnym drapieżniku na Opolszczyźnie

Sprawa jest nagłośniona w mediach, więc szczegółów nie będę powtarzał. Pozostaje pytanie zasadnicze: dlaczego końca sprawy nie widać?

 / Fot. http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/c/c3/PumaNov06.jpgTo nie powód do żartów. Coś naprawdę się dzieje. Zwierzęta gospodarskie giną. Ślady i amatorski film wskazują na pumę, ale pewności nie ma. Skąd się taki drapieżnik wziął, nie wie nikt. Południowa część województwa opolskiego żyje w strachu. Czytam, słucham i oglądam relacje telewizyjne. Zaskakuje mnie skala szkód czynionych przez to jedno zwierzę.

Jak podaje serwis radia Opole, ofiarą bestii padło w ciągu blisko dwóch tygodni: „siedem cielaków oraz tucznik i trzydzieści siedem warchlaków” ( radio.opole.pl). Dodatkowo, zwierzę zagryzło kilkanaście królików z przydomowych hodowli.
Do tej pory byłem przekonywany w filmach przyrodniczych, że dzikie zwierzęta polują tylko wtedy gdy są głodne. To kwestia instynktu, który reguluje zachowania gatunków i nie pozwala na bezsensowną rzeź. Tymczasem, ilość zagryzionych i zaginionych (!) zwierząt hodowlanych wskazuje, że ów stwór łamie wszelkie reguły w tym zakresie. Pokarmu starczyłoby dla kilku słoni, a nie jednej pumy. Może więc w owych filmach nie mówiono prawdy lub teraz mamy do czynienia ze zmutowaną bestią? Albo łączy się w jedno kilka przypadków, które w rzeczywistości nie mają ze sobą związku.

Wiedza


Uczciwie mówiąc, wiemy, że nic nie wiemy. Gospodarze lasów i koła łowieckie, operujące w rejonach nawiedzanych przez zwierzę, rozkładają ręce. Wielokrotnie przekonywani jesteśmy przez myśliwych, że są oni niezbędni, że dzięki nim populacja dzikich zwierząt jest kontrolowana i chroniona. Koła myśliwskie podobno wiedzą wszystko o terenach, które mają pod swoją opieką. Aż tu nagle taki przypadek. Prawdziwe egzotyczne duże zwierze, pasujące bardziej do polowań afrykańskich lub amerykańskich. Marzenie wielu myśliwych. I wielka wpadka. Nie potrafimy go wytropić. Nie mogę zbytnio tego zrozumieć. Znajomy, który jest myśliwym, przekonywał mnie kiedyś, że zawsze jest jakiś ślad. Drapieżnik, wlokąc swoją zagryzioną ofiarę, najczęściej pozostawia ślady jej krwi. Jeszcze łatwiej jest w czasie zimy, gdy leżący śnieg ułatwia tropienie. Do pomocy są psy tropiciele. A chyba w ostatnich tygodniach śnieg padał, a w lasach i na polach śnieg leżał.

Akcja?


Może się mylę, ale relacje z zagrożonych rejonów wskazują, że nie ma tam żadnej skoordynowanej akcji, tylko
lokalne interwencje. Wiem, że jest to niecodzienny przypadek, relacje są sprzeczne. Na pewno są osoby, które poświęcają wiele czasu i pracy by rozwikłać zagadkę. Ważne jednak by ich trud został odpowiednio wykorzystany.
Przy okazji takich zdarzeń mamy okazję praktycznie zweryfikować działalność sztabów antykryzysowych, kół łowieckich, służb porządkowych i wojska. Nie zawsze jest z tym najlepiej. Pamiętamy o tragicznie zakończonej warszawskiej obławie na tygrysa, gdy zamiast drapieżnika zastrzelono weterynarza.
A przecież przebiegły wróg może nam, zamiast przysłowiowej stonki, zrzucić na spadochronach dziesiątki drapieżników.

Ciekawe więc, czy opolscy myśliwi potrafią tropić i celnie strzelać, czy mamy sprzęt ułatwiający obławę lub poszukiwanie zaginionych (np. śmigłowiec wyposażony w termokamery i noktowizory), czy istnieją schematy
działań w takich sytuacjach, współpraca z wojskiem? I co najważniejsze: czy potrafimy stosować je w praktyce? Przypuszczam, że na większość takich pytań odpowiedz będzie negatywna. Obym się mylił.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.