Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

14225 miejsce

Roznoszę ulotki, jestem cieciem. O tym, czy praca może hańbić

  • Autor usunął profil

  • Data dodania: 2013-10-18 17:42

Przeczytałem z uwagą artykuł młodego dziennikarza serwisu naTemat.pl Krzysztofa Majaka, pt. "Nie lubię "ulotkarzy". Czy naprawdę w Polsce nie ma innej pracy?". Nie wiem, co nim kierowało: głupota czy niewiedza? Naiwnie myślę, że to drugie.

 / Fot. Ld., CC 3.0Ja i autor jesteśmy w tym samym wieku. "Pokolenie Czarnobyla" - jak pisze Krzysztof Majak o urodzonych w 1986 roku w swojej zakładce na portalu. Obaj mamy jednak inne doświadczenia i zupełnie inaczej patrzymy na pracę. Pracę swoją i pracę innych.

Z tekstu Nie lubię "ulotkarzy" wyłania się bardzo negatywny obraz ludzi, którzy kolportują ulotki. Wybierają miejsca o dużym natężeniu ruchu, czyli np. w przejściach podziemnych, przy wyjściach z metra, przy centrach handlowych i "dopadają" ludzi. Ci, którzy wezmą ulotkę czynią to, zdaniem autora, "aby spełnić dobry w swoim mniemaniu uczynek", ponieważ ulotkarze "lepiej jak rozdają ulotki niż kradną lub siedzą na bezrobociu".

Skąd autor to wie? Nie wiadomo. Z artykułu nie wynika, by stał obok takiego "stanowiska", gdzie młodzież rozdaje ulotki i pytał przechodniów, odchodzących z kolorową kartką w ręku, dlaczego wyciągnęli po nią rękę. Pisze natomiast, że go to "wkurza". Ot, tak. Po prostu.

Aby udowodnić, że ulotkarze gardzą przechodniami, Majak cytuje 2 wpisy z jednego forum internetowego, na którym wylewają swoje żale. Ulotkarze to bezczelne, zarozumiałe, napadające na bezbronnych ludzi istoty, które "wkurzają" autora. Tyle, mniej więcej, można z tego tekstu wynieść. A gdzie druga strona? No właśnie - nie ma.

Codziennie przechodzę obok ulotkarzy. Biorę te karteczki, choć ich nie potrzebuję, a potem je wyrzucam. Do kosza, nie na chodnik. Nie jest to dla mnie żaden problem. Weszło mi to już w nawyk. Dlaczego? Ponieważ szanuję ich pracę. Szanuję to, że zdecydowali się na taki sposób dorobienia do pensji, dodatkowego zarobku. Bardzo często tak właśnie jest.

Pracowałem kiedyś z chłopakiem, który bardzo pilnie potrzebował pieniędzy. Nie wiem, na co. Od 8 do 16 pracował w korpo, a wieczorami rozdawał ulotki. Czy się tego wstydził? Absolutnie. Traktował to jako zajęcie dorywcze, dodatkowe, które zakończy się gdy tylko uzbiera potrzebną sumę. Oprócz kolportażu ulotek dorabiał w kilku innych miejscach. W banku odmówiono mu kredytu, nawet tak niewielkiego jak kilka tysięcy złotych. Nie miał zdolności. Musiał sobie jakoś radzić.

Byłem cieciem

Po maturze miałem bardzo dużo wolnego czasu. Zamiast "przepierdzieć" wakacje jak większość ex-maturzystów, a jeszcze nie studentów, postanowiłem pójść do pracy i zarobić pieniądze. Nie mogłem podpisać normalnej umowy o pracę, bo od października czekał mnie uniwerek. Załatwiłem sobie pracę w jednym z warszawskich centrów handlowych. Jako ochroniarz. Czyli taki, który "dopada" ludzi, kiedy brzęczą bramki. A w nocy - jest cieciem.

Praca to była strasznie męcząca. Wstawałem o 4 rano, żeby zdążyć przed 5 na autobus do Warszawy. Na stanowisku od 8 do 22, tylko na nogach. Miałem dwie przerwy, w zależności od tego, kiedy przyjdzie ten od podmiany. Jedna półgodzinna, druga maks. 15 minut. A od 22 - nocka, bo o tej porze nie było już autobusu powrotnego do domu. Nocka tam, gdzie wyznaczy kierownik. Najczęściej na "stratach" hipermarketu, ale również na parkingu lub na inwentaryzacji (wtedy można było pożartować z dziewczynami z działu kosmetycznego, czas szybciej leciał). Rano wracałem do domu. Jeden dzień przerwy i znowu.

Za godzinę pracy płacili niewiele więcej niż teraz płacą ulotkarzom. Ale po 4 miesiącach intensywnej pracy wystarczyło mi na kupienie lustrzanki, którą mam do dzisiaj, supernowoczesnego (jak na tamte czasy) dyktafonu z wyprzedaży, którego potem używałem ukradkiem na wykładach, i kilku innych potrzebnych mi rzeczy.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ wkurza mnie (używając języka Krzysztofa Majaka), kiedy młodzi ludzie nie szanują pracy - swojej i czyjejś. Bardzo nie lubię obiboków i leserów, z którymi, niestety, zdarza mi się pracować. Ale najbardziej irytują mnie takie wydumane teksty jak ten, który przeczytałem dzisiaj z ogromną uwagą. To wyżyny filozofii życia.

Epilog

I na koniec - autor pisze, że "sprzedawca w sklepie pomaga innym osobom, a nie zachodzi im drogę wciskając ulotkę". Dodaje, że pracował w sklepie. Jeśli tak to zapewne zna pojęcia "plan" i "premia". "Promocja", która "dopada" klienta już od wejścia do sklepu również jest mu znana. Powinien wiedzieć, że sprzedawca obsługuje klienta, nie pomaga. Sieciówki odchodzą od słowa "pomoc", bo pomoc trwa dłużej niż obsługa. Priorytetem w sklepach i sieciach handlowych jest wykonanie założonego planu sprzedaży i sprzedaż towaru, za co pracownicy nagradzani są otrzymaniem premii. Im większy zrealizowany plan tym większa premia.

Jak to osiągnąć? Na przykład poprzez zaproponowanie klientowi dodatkowego kubka, tańszego o 50 proc. Czy klient potrzebuje tego kubka? Oczywiście, że nie. Ale to zawsze 10 zł mniej do realizacji planu. Sprzedawca obsłużył klienta - doradził ładny album, przy okazji podsunął pod nos kubek. Czy pomógł? Tak - swojemu działowi w dostępie do premii. A klientowi w niepotrzebnym wydaniu pieniędzy. Czy naprawdę jest lepsze niż rozdawanie ulotek? Praca jak każda inna.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (32):

Sortuj komentarze:

Praca jak każda inna. Osobiście, rzadko biorę ulotki. Najczęściej na targach, gdyż wtedy jestem zorientowany na poszukiwanie konkretnego produktu bądź usługi.
Nie biorę ulotek od każdego na ulicy, bo to nie ma sensu. Grzecznie jednak dziękuję. Ludziom wykonującym taką pracę należy się taki sam szacunek jak każdemu innemu człowiekowi. Praca jest łatwa, ale nie jest lekka. Poza tym jak wiadomo, praca rzeźbi charakter. Cenię młodych ludzi (gdyż oni stanowią główną "siłę"), którzy podejmują trud ciężkiej i mało wdzięcznej pracy, by uczciwie zarobić pieniądze.
A dlaczego ulotki? Bo jest to nadal najtańszy i najpewniejszy sposób dotarcia z informacją do potencjalnego klienta.

Komentarz został ukrytyrozwiń

A komu dzieje się krzywda? Przecież nikt nikogo nie zmusza do pracy, ale lepiej pracować w ten sposób niż wcale.

Komentarz został ukrytyrozwiń

A więc wspiera pan istnienie ciężkich i mało wdzięcznych zawodów, które w przeciwnym razie wcale nie musiałyby istnieć i nikomu krzywda by sie z tego nie działa... Nonsens.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Panie Karolu święta racja. Osobiście nie rozdawałem ulotek na ulicy, uważam jednak że jest to ciężka i mało wdzięczna praca. Gdy przechodzę obok ulotkarza zawsze biorę zadrukowany papier.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Od listopada 2003 roku do kwietnia 2004 roku rozdawanie ulotek było moją pracą. Jeśli się stoi w jednym miejscu to płaconą 5 zł za godzinę. A jeśli rozdawało się po blokach to za sztukę parę groszy. Nigdy nie zostałem oszukany . W innych miejscach np: w supermarkiecie na Abramowskiego w Warszawie przyjmowaną na próbę bez umowy i niepłaconą. I komuś wydaje się ma prace w sklepie a to niewolnik. W kiosku na dworcu centralnym. Na Dworcu Śródmieście przy sprzedawanych książkach nigdy nie dostałem umowy. Jeszcze właściciel nasyłał złodzieja , kradł, przenosił na inne stoisko a wartość książki odpisywał od wypłaty. W ochronie kiedy pracowałem w sumie 2 lata w Warszawie i Zambrowie zawsze traktowaną pracowników uczciwie . Bardzo często wydaje się , że praca ośmieszana to gorsza. Myślę, że ochrona i ulotki to chyba ostatnie miejsca pracy które można dostać w sposób uczciwy bo bez znajomości i nikt Cie nie oszuka. Ale praca jest cięższa tylko dlatego , że większość już podświadomie źle myśli jak widzi ochroniarza i ulotkarza.

Komentarz został ukrytyrozwiń

O doświadczeniu napisałem tylko dlatego, że sam o to zapytałeś (dokładnie o informacje z pierwszej ręki). Tylko dlatego.

Takich wyliczeń się nie prowadzi. Można obliczać ile firma zyskała klientów, ale nie można być pewnym, że wzrost jest zapewniony tylko i wyłącznie przez ulotki. To jest marketing... już nie mam sił tłumaczyć tego, bo każdy kto miałby tłumaczyć dlaczego 2+2=4 załamywałby ręce... chociaż w marketingu 2+2 niekoniecznie równa się 4:)

Tak jak nie da się wyliczyć, jak opłacalne z marketingowego i wizerunkowego punktu było dla Polski Euro 2012. To są względne rzeczy.

Jeśli już liczyć, to do konkretnego przypadku. To nie jest matematyka i nie podkłada się wzorów. To jest jednak nauka humanistyczna, nie trzeba chyba tego tłumaczyć. A tutaj nie masz konkretnego przypadku.

Żądasz ode mnie abstrakcyjnych wyliczeń. Równie dobrze możesz zażądać wzór na wygranie meczu...

Są pewne mechanizmy i tyle. Jak w piłce nożnej w obronie zawodnicy grają blisko siebie, a atakując ustawiają się szeroko i każdy to przyjmuje i wkalkulowuje w to pewne mankamenty, tak tutaj jest podobnie z z ulotkami. Z góry przyjmujesz, że wiele ulotek trafi do kosza (bardziej naukowo mówiąc trafi do odbiorców spoza grupy docelowej).

Komentarz został ukrytyrozwiń

Łukaszu, ja szkoły już pokończyłem, prowadziłem własną firmę dosyć sporą , ponad stuosobową. Uwierz mi mam doświadczenie i dokładnie wiem ile kosztują ulotki.
Spróbuj przeczytać moje posty ze zrozumieniem. Naprawdę tam jest sedno, nie tylko poboczne pytania, które miały być śmieszne ale nie determinujące mojej dyskusji z autorem.
Moje pytania były przekorne. Zachowałem się jak ty. Dowody! Ciągle to powtarzasz jak mantrę i nie trafia do ciebie tłumaczenie, że ktoś ma doświadczenie, na które (sic!) teraz sam się powołujesz i to ma mi wystarczyć.
Nadal nie mam podanych na tacy faktów, czyli jaka jest opłacalność ulotek ( nie interesuje mnie dowód w postaci - bo rozdają to się opłaca) .
Prosty przykład, dwa lata temu do mojego studia przyszedł człowiek, który przekonał mnie do reklamy w kalendarzu rozprowadzanym po urzędach w Warszawie. Przedstawił wizję, pokazał z poprzedniego roku, pokazując, jakie to firmy korzystają z ich usług.
Przekonało mnie to i zapłaciłem za ta ''super ''promocję. W nowej odsłonie nie było firm z przed roku, wiem już dlaczego bo ta reklama dała praktycznie zerowy ''uzysk'' klientów. Kalendarze istniały i wisiały gdzieś tam, podobnie jest z ulotkami, że są wszędzie, bo może ktoś się dał w tą akcję wciągnąć ( choć przyznaję, ze przy bardzo dużych nakładach koszt jednostkowy jest niewielki- ale nakład nadal kosztuje).
Więc dopóki nie dostanę rzetelnej kalkulacji ze zwrotami do śmietnika i analizą, będę uważał, że nie udowodniłeś mi znikomej szkodliwości finansowej wyrzucania w geście solidarności z roznoszącym.
Tylko w TYM kontekście zabrałem tutaj głos, nie wyczytałeś tego z moich postów?
To nie moja wina, że fiksujesz się na to co chcesz mi powiedzieć, a nie to czego oczekuję.

Rozumiem, że zachłystujesz się wiedzą, którą zdobywasz, to akurat bardzo cenię, ale nie mierz wszystkich swoją miarą. Nie każdy musi coś dzisiaj odkrywać, choć przyznaję, że całe życie się uczę.

Nie pojmuje, że jeszcze tu piszę, no normalnie sam się dziwię, że niosę ten kaganek tyle postów :).

Komentarz został ukrytyrozwiń

To do pani Jadwigi to pytanie, ona zaczęła ten wątek. Pomyliłeś adresatów (wiem, nie ośmielisz się zwrócić w tej sprawie do swojego guru).

Przyznam też, że bardzo merytorycznie odpowiadasz. Argumentów zabrakło? W sumie, to minęło za mało czasu byś chociaż "liznął" Kotlera :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Kurcze, to ten artykuł napisała Jadzia nie Łukasz ? Hm...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dokładnie Bartku, prawda w oczy kole. Na żaden zarzut nawet nie odpowiedziała. Bo i tak nie ma się czym bronić (jak widać). Marność... ale pisać każdy może.

Tomku, jednak nie da się z Tobą rozmawiać konkretnie na temat marketingu. W tej kwestii nie użyłeś żadnego argumentu, mimo, że ja posługiwałem się tylko podstawowymi pojęciami (żeby w ogóle dać Ci szansę na odpowiedź). To i tak dla Ciebie zbyt wysokie progi.

Tak już bywa.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.