Facebook Google+ Twitter

Rusza Ekstraklasa po liftingu

Nareszcie rusza... Po wyjątkowo krótkim okresie przygotowawczym, z nowym logo, nowym systemem rozgrywek i starymi finansowymi problemami. Faworyci - Legia i Lech, pozostali są wielką niewiadomą.

W porównaniu z poprzednim sezonem straciła największą indywidualność (Ljuboja), najbardziej reprezentatywnego zawodnika (Żewłakow), najbardziej wygadanego trenera (Hajto), a król strzelców (Demjan) wolał belgijskiego słabeusza znanego z importu piłkarzy z Afryki od słabeusza z Bielska-Białej. Z drugiej strony, w ciągu roku wyeksportowała swoich przedstawicieli do takich klubów jak AS Roma, Aston Villa, Sampdoria, Bayer Leverkusen, Valenciennes i Fiorentina. Medialny parasol, roztoczony nad ligowym krajobrazem nieproporcjonalnie szeroko działa tak, że kreuje gwiazdy nawet na bezludnej pustyni, choć dziś trudno z przekonaniem wartym ucięcia ręki wskazać kandydatów.

Nowe logo rozgrywek. / Fot. ekstraklasa.orgZa rok o tej porze będziemy mądrzejsi o to, czy wprowadzenie podziału na grupę mistrzowską i spadkową udramatyzuje fabułę. Ekstraklasa SA dała sobie trzy lata na przetestowanie formuły, której głównym założeniem było zwiększenie liczby meczów o stawkę dzięki ponownemu otwarciu na ostatniej prostej sezonu. Więcej meczów = więcej pieniędzy z tytułu praw telewizyjnych. Do puli ponad 100 mln zł kluby dostały do podziału dodatkowe 10 mln. Można prognozować, że przez dyskusyjny podział punktów nie wszyscy równomiernie skoncentrują siły na fazie zasadniczej, bo za zwycięstwo zarobią w końcowym efekcie 1,5 punktu.

Złudzeń za to zostali pozbawieni ci, którzy liczyli, że siedem dodatkowych kolejek wymusi obszerniejszą politykę kadrową. Ta - co rzecz jasna nie stanowi precedensu - determinowana była ledwo domykanym, niekiedy w ogóle, budżetem. W bardzo wąskim kręgu rozważań pozostawali zawodnicy, którzy mogli zmienić pracodawcę za darmo. Skończyły się (krótko trwające) czasy, kiedy najzamożniejsze firmy oferowały kontrakty po 300 tys. euro, a szaraczków stać było na pensje po 30 tys. złotych. Sukcesem niektórych (Widzew) będzie już samo przetrwanie.

Gdzie dwóch się bije, tam dwóch korzysta


Nie trzeba szukać pomocy u białostockiego bukmachera w towarzystwie Huberta Siejewicza, żeby stwierdzić, że zapowiada się sezon dwóch - dwóch tytanów skrojonych na polskie realia, którzy wzajemnie się napędzają, przepychają, podpatrują i mają wszystko (kadra, trenerzy, stadiony, publiczność, akademie), żeby zdominować ligę na lata. To najlepsze co mogło się jej przytrafić, bo najnowsza historia pokazuje, że im więcej pretendentów ma szansę na tytuł na ostatnim etapie rozgrywek (2007, 2011, 2012), tym poziom widowiska gwałtownie spada.

Trener Jan Urban ustawił się w murze przy strzale z rzutu wolnego Michała Żyro. / Fot. Bartosz ZasławskiCo przemawia za Legią? Cementujące doświadczenie zostania mistrzem, większa suma indywidualnych umiejętności oraz szeroka i wyrównana kadra. Za Lechem? Duży potencjał wzrostu zawodników coraz głośniej pukających do wyjściowego składu (Linetty, Kędziora), wewnętrzna stabilizacja i przyspieszenie marketingowe - już wiosną znaleziono głównego reklamodawcę na koszulki, latem pozyskano sponsora do nazwy stadionu.

Co może przeszkodzić zespołowi Jana Urbana? Poprzedni mistrzowie wpędzali się w kłopoty: to rozgoryczeniem brakiem awansu do Ligi Mistrzów (Wisła), to nie mogąc pogodzić gry na dwóch frontach (Lech), to utratą pewności siebie po pogromach od zagranicznych rywali (Śląsk). Ich losy pokazują, jak łatwo z autostrady do rozwoju wjechać w pole minowe, którego pierwszą ofiarą we wszystkich trzech przypadkach był trener. Co do transferów - Pinto, Junior i Augusto mogą podzielić los innych obcokrajowców przyzwyczajonych do wiecznie świecącego słońca, którzy niekoniecznie adoptowali się do polskich realiów, a jeśli już, potrzebowali na to miesiące. Kiedyś polscy piłkarze wybierali się na Cypr ciesząc się tam dobrodziejstwem piłḱarskiej emerytury, dziś z Wyspy Afrodyty ściąga się posiłki na Ligę Mistrzów.

Co może stanąć na drodze Lecha? Nadal brak konkurencji na wielu pozycjach (środek pomocy, skrzydła), nadal niepewni napastnicy. Na kolejną rundę zaufano Vojo Ubiparipowi, Łukasz Teodorczyk nie może strzelać mniej niż ostatnio, a trudno oczekiwać po 32-letnim Bartoszu Ślusarskim znaczącej poprawy efektywności w równaniu sytuacje/strzelone bramki.

Oba kluby sięgnęły po wzmocnienia ze Szkocji. Futbolowe perspektywy i niewątpliwie argumenty finansowe przekonały Henrika Ojaamę i Barry'ego Douglasa, że lepiej przenieść się do Polski niż liczyć liczyć straty do Celticu z perspektywy Motherwell i Dundee. Są jeszcze kierunki, z których ekstraklasa wydaje się atrakcyjna.

Bez bohaterów drugiego planu?


Śląsk pozbył się balastu w postaci Łukasza Gikiewicza, Johana Voskampa i Cristiana Diaza - brawo, tylko dlaczego tak późno? Niezrażony fiaskiem kosmopolityzmu sięgnął po Portugalczyka Marco Paixão i Albańczyka Sebino Plaku. Cieniem na funkcjonowaniu klubu wciąż kładą się roszczenia Zygmunta Solorza (domaga się zwrotu pieniędzy za galerię handlową, która nie powstała) wobec władz miasta, dziś głównego żywiciela Sebastiana Mili, Waldemara Soboty i reszty, bo chyba tak pozostało mówić o Śląsku.

Introwertyk Marcin Brosz i jego Piast zyskali wiele sympatii, ale nadal nie są traktowani poważnie. Urok tej ligi polega na tym, że można być wicemistrzem a dwanaście miesięcy później do przedostatniej kolejki walczyć o utrzymanie.

Jedynym letnim sukcesem Wisły jest oddanie do użytku centrum treningowego w Myślenicach. Jak można było oczekiwać, średnia wieku drużyny gwałtownie spadła. Najstarszy z bramkarzy, Michał Miśkiewicz, ma 24 lata, z zawodników z pola tylko Arkadiusz Głowacki i Łukasz Garguła są po trzydziestce. Młodość jest zawsze modnym, ale nigdy samowystarczalnym argumentem, jeśli nie jest poparta umiejętnościami. Franciszek Smuda co wywiad powtarza, że na zbudowanie drużyny umówił się z Bogusławem Cupiałem na trzy okna transferowe. Na razie polski "król kabli", którego majątek wg "Forbes'a" skurczył się w ciągu pięciu lat o około 80 proc., zatamował strumień pieniędzy na wzmocnienia. Na niespełna półtora miesiąca przed zakończeniem okna transferowego nie udało się sprowadzić żadnego napastnika.

Beniaminkowie nie mają zwyczaju spadać, ale dumnie ogłoszony przez kowbojów z Cracovii powrót na "saloony" może skończyć się ponownym wywleczeniem na ulicę - w kadrze pozostało kilkunastu spadkowiczów sprzed roku. Przyjemnie chociaż będzie ponownie zobaczyć w akcji równie przebojowego, co nierozgarniętego Saidiego Ntibazonkizę.

Z ciekawostek: dwóch najbardziej doświadczonych ligowców spotka się w jednym klubie (Ruch) - Marcin Malinowski i Łukasz Surma mają na koncie w sumie ponad 800 meczów. Nadal poprawia się stadionowa infrastruktura - jeszcze tej jesieni zostaną oddane do użytku nowe trybuny w Białymstoku i Zabrzu. Właścicielem Zawiszy, który jako jedyny ze stawki wystąpi na lekkoatletycznym obiekcie, jest Radosław Osuch, prawdziwy człowiek renesansu w XXI w. - pełni kilka eksponowanych funkcji (dyrektor sportowy, menedżer i tylko on wie jakie jeszcze) jednocześnie, a na stanowisku prezesa zainstalował swoją żonę.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.