Facebook Google+ Twitter

Rusza Liga Mistrzów

Najdoskonalszy futbolowy produkt znowu kusi. Spektaklami z udziałem gigantów już od pierwszej serii spotkań, rekordową kwotą 910 mln euro premii i pasjonująco zapowiadającą się konfrontacją zachodniej cywilizacji z prężniejącym Wschodem.

Chyba jeszcze nigdy tak wielu nie miało w niej do udowodnienia tak wiele:

Chelsea - że majowy triumf nie był jednorazowym wyskokiem i po letnim liftingu zachowała jakość. Na Stamford Bridge nie ma już bohatera monachijskiego finału Didiera Drogby, dotychczas absolutnego suwerena ataku i tarana pola karnego. Komfort zyskał Fernando Torres, powoli spłacający wydane na niego ponad 50 mln funtów. Widać, że Hiszpan czuje zaufanie od kolegów i odzyskał zaufanie do samego siebie. Cztery kolejki sezonu wystarczyły, żeby królem asyst obwołać Edena Hazarda, kto wie, może największe objawienie rozpoczynających się rozgrywek. W poprzednim sezonie Liga Mistrzów była skuteczną terapią dla słabszej dyspozycji w Premier League, którą Chelsea zakończyła dopiero na szóstym miejscu, najniższym w erze Romana Abramowicza. Śmiało można założyć, że grzechy zostały odpuszczone.

Bayern - że puścił w niepamięć spektakularne porażki na trzech frontach. Bawarczycy wzmocnili linię obrony Brazylijczykiem Dante i najdroższym piłkarzem w historii Bundesligi Javi Martinezem. Z przodu poszukiwania alternatywy dla równie skutecznego, co jednostajnego Mario Gomeza (w sierpniu nabawił się kontuzji wykluczającej go z gry na kilka miesięcy) doprowadziły do pozyskania bardziej wszechstronnego Mario Mandżukicia. Dwa przegrane finały w ciągu trzech lat nie zaspokajają mocarstwowych ambicji prezesa Uli Hoenessa. Chyba nie ma drugiego takiego klubu, który wygenerował w sobie tak potężne pokłady sportowej złości.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.