Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

53725 miejsce

Ryszard Maćkowiak wyrwał się ze szponów śmiertelnej choroby

  • Źródło: Nasze Miasto
  • Data dodania: 2007-05-04 08:12

Ryszard Maćkowiak, 33-letni lęborczanin, poznał smak życia dopiero wtedy, gdy zawisła nad nim groza utracenia go. Gdy nagle zachorował, odczuł w pełni jak bardzo pragnie żyć. I wówczas, dzięki sile woli, chęci walki o życie i dzięki lekarzom zwyciężył chorobę.

Taką filozofię życia wypracował w ciągu roku terapii. Wydawało mu się, że to cała wieczność, ale jak pomyśli, że inni walczą latami z chorobą nowotworową, często bezskuteczne, uważa się za szczęściarza. Tym chce się podzielić z innymi. A także przestrogą, by nie być zbyt zarozumiałym, bo nigdy się nie wie, co może się zdarzyć każdemu z nas któregoś dnia.

Teczka papierów

Zaczęło się pod koniec 1999 r. od bolącego zęba i tabletki przeciwbólowej, która zadziałała tylko na krótko. Następnego dnia ból był nie do wytrzymania, dziąsło opuchło i nie pomagały płukania żadnymi środkami. Po tygodniu wizyta u stomatologa i w pracowni rtg skończyła się skierowaniem na chirurgię szczękową w Akademii Medycznej w Gdańsku. 21 dni oczekiwania na wynik badania histopatologicznego był pasmem niewyobrażalnego stresu. Niestety, wynik był jednoznaczny. Maćkowiak miał stawić się w klinice. W gabinecie lekarskim 10 stycznia 2000 r. usłyszał wyrok: nowotwór złośliwy kości, jedyna nadzieja w chemioterapii. Od tego dnia teczka medyczna Maćkowiaka zaczęła się pogrubiać. Wkrótce było to już opasłe tomisko.

Pierwsze tygodnie choroby przeżywał tym bardziej ciężko, że dwa miesiące wcześniej rozstał się z dziewczyną, z którą chodził pięć lat. Stres z tego powodu ujemnie wpłynął na jego stan, jak stwierdził lekarz. Cykle 3 i 5-dniowe chemii spowodowały wypadnięcie włosów i schudnięcie.

Po trzech miesiącach skierowano go do Centrum Onkologii w Warszawie na pięciodniowe kursy chemioterapii dwa-trzy razy w miesiącu. Wracał tak wycieńczony, iż obawiał się, że któregoś razu zakończy życie w pociągu. Po kilku kursach zadecydowano o operacji, bo guz lewej szczęki urósł do wielkości piłki tenisowej i Maćkowiak tracił chwilami wzrok od jego ucisku. W czasie 7-godzinnej operacji usunięto mu kość policzkową, jarzmową i część podniebiennej. Gdy się ocknął po narkozie, zapytał ojca, który czuwał przy nim, czy ma oko. Twarz po operacji wyglądała strasznie: wszędzie szwy.

Pan Ryszard nie mógł sam na siebie patrzeć. Do tego po pierwszej operacji ważył 38 kg.

Po dwóch miesiącach rak przerzucił się na płuca.

- Śmiertelnie się bałem, czy przetrzymam drugą operację - wyznaje. - Byłem wyczerpany po tamtej i dalszą chemią. Lecz nie mogłem się poddać. Nie teraz, kiedy tyle przeżyłem.

18 grudnia 2000 r. podczas ostatniej chemioterapii usłyszał od lekarza, że ze względu na narastającą toksyczność, zadecydował on o zakończeniu leczenia.

- Oznaczało to dla mnie koniec walki, ale już wiedziałem, że walki wygranej - mówi Maćkowiak.

Potwierdzono to po badaniach rezonansem magnetycznym, rtg płuc i komputerową tomografią. Nie stwierdza się żadnych zmian.

- Poczułem wielką ulgę, ponieważ nie każdemu udaje się wygrać z chorobą, która powszechnie uważana jest za wyrok - wspomina tamten moment pan Ryszard. - Byłem tak niewyobrażalnie szczęśliwy, że od razu chciałem się tą wiadomością podzielić z bliskimi i znajomymi, a przede wszystkim tymi, którzy chorowali tak jak ja. Koniecznie chciałem im powiedzieć, żeby nie tracili wiary w siebie. Żeby wierzyli, że z choroby nowotworowej można wyleczyć się i wieść życie na nowo.

Maćkowiak po powrocie do domu, podzielił się dobrą wiadomością z z rodzicami i braćmi, Krzysztofem i Piotrem.

- Byli tak samo szczęśliwi, jak ja - wspomina. - Ale skończyło się na krótkim powitaniu. Ta radosna euforia i podróż zmęczyły mnie. Dopiero następnego dnia rodzice przygotowali na moją cześć kolację z toastami.

Spojrzenia bolały

- Wstydziłem się swojego wyglądu - opowiada. - Przez cały czas leczenia rzadko wychodziłem z domu, więc znajomi pytali, co się stało. Wtedy jeszcze nie umiałem mówić o tym. Sprawiało mi to przykrość i przywoływało w pamięci przebieg choroby.

Presja psychiczna, spowodowana cudzymi, świdrującymi czasem spojrzeniami, zachęciła pana Ryszarda do zainteresowania się tematem plastycznych operacji. Zapytał lekarzy, czy mógłby się takiej poddać. Niestety, uzyskał jednoznaczną odpowiedź, że nie, że jest szereg przeciwwskazań.

- Nie wygląd, a zdrowie jest najważniejsze - stwierdzili i pan Ryszard dał sobie spokój z przymiarkami do poprawiania chorobowych zmian. Nawet nie przejął się zbytnio odmową lekarzy, bo już przeżył cudowny moment ofiarowania mu życia, gdy myślał, że nie ma na nie nadziei. Otarł się o śmierć, a odratowany - dopiero w pełni poznał smak życia. Na nowo zaczął się go uczyć, co nie było łatwe. W tak młodym wieku został nagle rencistą. Po miesiącu siedzenia w domu zaczął szukać kontaktu z innymi ludźmi, mimo że czuł się skrępowany wyglądem swojej twarzy. Sam ciągle nie mógł się do niej przyzwyczaić. I nadal irytuje się, gdy ludzie wpatrują się w niego z zaciekawieniem.

- Nie każdemu z ciekawskich mogę od razu wyjaśnić przyczynę tego zniekształcenia - mówi.

Dojrzał jednak do decyzji opowiedzenia o sobie całemu światu, czyli przed kamerami telewizji. Zadzwonił do programu „Rozmowy w toku” i umówił się na telefoniczną rozmowę z Ewą Drzyzgą. Po dwóch miesiącach zaprosiła go do udziału w programie. Ma taką oglądalność, że widziało go 16 stycznia 2003 r. sporo lęborczan.

Patrzcie inaczej

Odkąd wystąpił w telewizji, wielu ludzi rozpoznaje go, wie, kim jest i dlaczego jego twarz jest nieco zdeformowana. Spacery po mieście stały się całkiem znośne.

- Ludzie patrzą teraz z innej perspektywy: niektórzy z podziwem, inni ze współczuciem - stwierdza pan Ryszard. - Ale już nie z natrętnym i irytującym mnie wpatrywaniem się we mnie.

W 2005 r. Maćkowiak zdecydował się podjąć pracę. Przez kilka dni zastanawiał się, jaką wybrać, żeby sobie nie zaszkodzić, nie pogorszyć stanu zdrowia.

- Zdecydowałem, że będzie to praca ekspedienta i 1 lipca stanąłem na hali sprzedażnej - mówi. - Liczyłem się z tym, że nie wszyscy klienci będą tak zajęci swoimi zakupami, żeby się we mnie nie wpatrywać. Ten pierwszy dzień był dla mnie bardzo emocjonujący. Sprawił, że byłem nieco podenerwowany, ale kolejne już zniosłem znacznie lepiej. Nie tylko przestałem się krępować, ale chciałem innym pokazać, że najważniejsze jest otwarcie się na ludzi. Swoją postawą chciałem dać każdemu do zrozumienia, że po tak ciężkiej chorobie chcę być postrzegany jak zwykły przechodzień, normalny człowiek, a nie zauważany w jakimś negatywnym świetle.

Pan Ryszard zaczął przełamywać stereotypowe ocenianie człowieka po zewnętrznym wyglądzie, zwracanie na siebie uwagi, gdy się jest trochę innym. Pragnie, by każdy, kto koło niego przechodzi, myślał podobnie.

Od dwóch lat Maćkowiak jeździ co 3-6 miesięcy na badania kontrolne. Jego leczenie z zastosowaniem innowacyjnych metod okazało się sukcesem medycznym. Dzięki udanej kuracji cytostatykami, wypróbowanymi na Maćkowiaku, lekarze mogli zacząć stosować je powszechnie.

Iwona Ptasińska
-
NaszeMiasto.pl













Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Irek Labuda
  • Irek Labuda
  • 27.08.2011 22:41

Rysiu jesteś wielki!! Szacuneczek za wytrzymałość. Pozdro od całej familjady Labudów

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.