
Jak zapowiedział rzecznik rządu, Paweł Graś, uroczystości w Krakowie związane ze spotkaniem Grupy Wyszehradzkiej potrwają do południa, po czym premier uda się na uroczystości związane z obchodami 4 czerwca do Gdańska.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że zmiana decyzji nastąpiła z innej przyczyny niż sprzeciw opinii publicznej. Oświadczenie rzecznika rządu jakoby przy zmianie decyzji rząd kierował się odpowiedzialnością należy włożyć między bajki.
Apetyt i troska o głosy obywateli w wyborach niewątpliwie przeważyły szalę w kierunku zmiany decyzji. Tymczasem dla nich samych, dla obywateli jest tylko ignorancja i brak poszanowania. Coraz więcej ludzi żyje na granicy nędzy i ubóstwa. W tej sprawie rząd jest pasywny, nie widać działań, które mogłyby ten stan zmienić na lepsze.
Połowiczna zmiana decyzji jest nieudolną próbą stworzenia pozorów, że część uroczystości rządowego programu odbędzie się w Krakowie, a część w Gdańsku.
Tak czy tak decyzja ta, rodzi słuszny sprzeciw większości społeczeństwa. Przez wiele lat wylewaliśmy tyle gorzkich łez, że na świecie przyjęto jako symbol upadku komunizmu nie Gdańsk lecz mur berliński. I tu nagle premier Polski podejmuje decyzję historycznie brzemienną w skutkach, by na zawsze pogrzebać nie tylko stoczniowców, ale też miasto Gdańsk - kolebkę Solidarności. Nie gdzie indziej jak tylko z Gdańska powinny być wyemitowane na cały świat słowa, że tu rozpoczął się proces upadku komunizmu, że tu są korzenie demokracji, że tu podkopano mur berliński, by ten mógł runąć. Decyzja premiera jest niczym innym jak zadaniem ciosu w samo serce, w symbol wolności i niepodległości.
Należy mieć nadzieję, że rząd zechce dokonać kolejnej zmiany i złożyć hołd i szacunek mieszkańcom Gdańska i stoczniowcom w pełni.
wiadomosci.onet.pl