Facebook Google+ Twitter

"Rzecz o banalności miłości". Romans Żydówki i nazisty

Czy Żydówka może kochać nazistę? Na czym polega banalność zła i miłości? Te i inne niebanalne pytania zawisły nad sceną Teatru Dramatycznego.

Dwójka czołowych myślicieli XX wieku – studentka i jej profesor, spotkała się na marburskim uniwersytecie. Widmo nazizmu i ludobójstwa zaczynało już wtedy krążyć nad Niemcami i całą Europą. Hanna Arendt i Martin Heidegger – wówczas (w 1924 roku) wykładowca akademicki i o połowę od niego młodsza uczennica - nawiązali romans (można by powiedzieć - filozoficzny i uczuciowy zarazem). Spotykając się w domu przyjaciela Hanny zbudowali „związek”, który trwał do śmierci kobiety (w latach siedemdziesiątych poprzedniego wieku).

Na kanwie tej historii osnuta jest sztuka izraelskiej pisarki Savyon Liebrecht (urodzonej po wojnie, w Monachium, córki polskich Żydów ocalałych z Holocaustu), wystawiana w reżyserii Wawrzyńca Kostrzewskiego w Teatrze Dramatycznym.
Sam w sobie wątek związku niemieckiej żydówki i sympatyzującego z nazistami naukowca w przedwojennych Niemczech już rodzi nadzieję, na niebanalna opowieść. Nieco bardziej banalnie jawi się motyw fascynacji uczennicy swoim nauczycielem, ich romansu skrywanego skrzętnie w leśnym domku. Wszystko rozgrywa się w mrocznej scenerii ciemnego pokoju, „zasypanego książkami”, w oparach papierosów i filozoficznych dysput. Ściślej – pokój dzieli historię na dwie strefy – przeszłości i teraźniejszości.

Bohaterzy „przenikają” płynnie pomiędzy tymi czasoprzestrzeniami. Zabieg ten – podzielenia przestrzeni i czasu na dwa plany (spajane fizycznym i „słownym” przechodzeniem bohaterów pomiędzy tymi rzeczywistościami) - jest prawdziwym majstersztykiem. Widz może przenosić się razem ze wspominającą przeszłość Hanną z jej nowojorskiego mieszkania do miejsca młodzieńczych schadzek z Heideggerem.

Kiedy starsza Hannah (grana ujmująco przez Halinę Skoczyńską) wspomina przeszłość, „podrzuca” niejako kwestie „młodej Hannie” (przekonująca Martyna Kowalik), która przejmuje tekst i rolę. Efekt ten pogłębia gra światła, wygaszającego i oświetlającego odpowiednie plany. Niebagatelną rolę „łączników” odgrywają też rekwizyty i kostiumy.

Kropką nad „i” w realizacji tej koncepcji „przenikania się i ciągłości” teraźniejszości i przeszłości jest obsadzenie w podwójnej roli Mateusza Webera. Jako Rafael i Michael spaja oba światy przez tożsamość aktora. Jednak symbolika tego zabiegu sięga, jak się z czasem okazuje, znacznie głębiej…

Trzeba oddać inscenizacji sprawiedliwość: niby ascetyczna, a bogata w efekty. Choć temat nielekki i na dodatek osadzony w filozoficznych klimatach, to poprowadzony w sposób nieprzeintelektualizowany, ale też nie spłaszczony. Całość opowiedziana dynamicznie i sprawnie, co - przy tej ilości wydarzeń i wątków, rozciągniętych na osi czasu i osadzonych pośród zagmatwanych dziejów ludzkości – wydaje się trudne do przeprowadzenia.

Tło, jakim jest wielka historia i czasy politycznych, moralnych, narodowościowych problemów, w które uwikłane są losy jednostek, nie przytłacza historii indywidualnej – nazwijmy to umownie „miłosnej”. Bo czym tak naprawdę był związek Hanny i Martina? Zauroczeniem nastolatki dojrzałym mężczyzną? Flirtem profesora z uczennicą? Fascynacją młodej myślicielki osobowością wielkiego mistrza?

Nie dostajemy jednoznacznej odpowiedzi. Kreacja Adama Ferencego (wyjątkowo trafnie obsadzonego w roli Heideggera) może nieco skłaniać widzów do oceny jego bohatera, jako cynicznego manipulanta, nieczułego oportunisty. I na dodatek jednego z tych tzw. „zwykłych Niemców”, którzy chcieliby, aby ich niejednoznaczny romans z faszyzmem przypisać pomyłce, niewiedzy czy braku możliwości wyboru.

To, co niewątpliwie uderza w spotkaniu ze sztuką Liebrecht, to nie tylko kwestia relacji na linii Niemcy-Żydzi, z oczywistych powodów naznaczonej nieodwracalnie zbrodniami Holokaustu. To także paradoks „wewnętrznej” sytuacji Żydów niemieckich – czy może Niemców pochodzenia żydowskiego, i ich stosunku samych siebie i do kultury germańskiej, w której kulcie wyrośli, z którą nierozerwalnie zrośli się i którą mimo kataklizmu II wojny światowej – nadal kochali, podziwiali.

Wykrzyczana przez Michaela bolesna prawda o tej części społeczności Izraela – żydowsko-postniemieckiej można by powiedzieć – daje do myślenia. To jednocześnie prawda uniwersalna, adekwatna do sytuacji wielu narodowościowych i/lub kulturowych „mieszańców”, emigrantów i uchodźców z różnych zakątków świata, którzy wcześniej czy później ponoszą analogiczne konsekwencję „wędrówek i mieszania się ludów”. Wczoraj, dziś i jutro.

Niezapomniane momenty przedstawienia? Wytypowałam dwa: genialną scenę nakładających się na siebie monologów (akademickiego przemówienia Heideggera i czytanych listów Hanny do niego z okresu przynależności uczonego do NSDAP).
I piękną, żydowska pieśń Rafaela/Michaela z przejmującym stukotem pociągów w tle…

Uwierzycie, że te dwie krótkie sceny w praktyce przeprowadziły widzów przez kilka lat tej opowieści?
Choćby dla nich warto spektakl zobaczyć.

A że już w najbliższych dniach wejdzie też na ekrany kin film o Hannie Arendt, to materiału do przemyśleń na temat tytułowej „banalności miłości” i nie tylko - nie zabraknie…

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.