Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

47599 miejsce

Rzeczywista niewrzeczywistość

Niedawne obchody 80. miesięcznicy katastrofy smoleńskiej odbyły się pod osłoną policji. Jarosław Kaczyński napiętnował sprawców zakłócenia „naszych uroczystości". Powiedział, że zuchwalcy działali legalnie, ale w istocie nielegalnie.

Niedawne obchody 80. miesięcznicy katastrofy smoleńskiej odbyły się pod osloną policji. Jarosław Kaczyński, oprócz zwykłych zapewnień o niezłomnej woli wykrycia prawdy „o Smoleńsku“, surowo napiętnował sprawców tej pierwszej próby zakłócenia „naszych uroczystości”, mieniących się obywatelami RP. Uznał, że zuchwalcy działali wprawdzie legalnie, ale w istocie nielegalnie, bowiem nielegalne jest przeszkadzanie innym w demonstrowaniu i modlitwie. W związku z tym zapowiedział zmianę prawa w taki sposób,”by wszyscy mieli realne prawo do demonstracji, żeby nie wolno było ich zakłócać“.

I słowo stało się ciałem. Sejm sprawnie uchwalił nowe prawo o zgromadzeniach, wprowadzające kategorię „zgromadzeń cyklicznych“, którym wolno będzie rezerwować miejsce na organizowanie demonstracji. A cóż pod słońcem jest bardziej cykliczne niż miesięcznice smoleńskie? Nowe prawo jest potrzebne, aby tradycja spotkań przed pałacem prezydenckim mogła trwać. Nie ulega bowiem wątpliwości, że mimo zapewnień prezesa Kaczyńskiego, wielokrotnie powtarzanych na poprzednich miesięcznicach, że prawda jest coraz bliżej, to aktualne pozostają także jego ostrzeżenia, że droga do niej – długa.

Tradycja „miesięcznic“ (polszczyzna wzbogaciła się o nowe słowo, a obyczajowość o nowy obrządek) opiera się na dorobku jednego człowieka – Antoniego Macierewicza – który „zaczynał od niczego, a dziś zgromadził ogromny materiał, który nas zbliżył do prawdy”. Tak mówił Jarosław Kaczyński na obchodach 42. miesięcznicy 10 października 2013 roku, intonując chóralne skandowanie tłumu „Antoni, Antoni!”. „Jesteśmy coraz bliżej prawdy“- oświadczył siedemnaście miesięcy później, z okazji 69. miesięcznicy smoleńskiej i znowu przypomniał, że już od szściu prawie lat na pierwszej linii walki o prawdę stoi Antoni Macierewicz.

Antoni Macierewicz ogłosił niedawno, że zbliża się godzina prawdy. Prawda wypłynie na wierzch dzięki badaniom nad katastrofą smoleńską, które od ośmiu miesięcy prowadzą dwa gremia – podkomisja działająca w ramach Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych i prokuratura. Wynika to z ujawnionych przez „Gazetę Polską” wstępnych informacjach o wynikach sekcji zwłok pary prezydenckiej. Mają one wskazywać, że prezydencki Tu-154M nie wykonał pełnego obrotu w powietrzu przed uderzeniem o ziemię. Powinny to potwierdzić dalsze ekshumacje ofiar zdarzenia pod Smoleńskiem, którego natura jest ciągle niejasna. Zamieszanie wokół ekshumacji wszystkich ofiar katastrofy wywołyją, wedlug Macierewicza, „obrońcy kłamstwa smoleńskiego“, przerażeni zapowiadanym odkryciem prawdy.

Według innych źródeł, wstępne wyniki sekcji zwłok pary prezydenckiej wykazały, że oboje odnieśli obrażenia „typowe dla wypadków komunikacyjnych”. Niektórzy komentatorzy– w odróżnieniu od dziennikarzy „Gazety Polskiej“ – uznali to za zapowiedź porażki Antoniego Macierewicza, walczącego o swoją prawdę o katastrofie prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem. Zdaniem Jacka Żakowskiego, wyniki sekcji „zdają się być“ (jak mówił w poranku TOK-FM 18 listopada) poważnym ciosem dla tezy Antoniego Macierewicza. Co więcej, mogą one być ciosem wymierzonym mu przez Zbigniewa Ziobrę, prokuratora generalnego, który stoi za decyzją podjęcia gigantycznej akcji wykopywania z grobów wszystkich ofiar katastrofy. Według Żakowskiego, może to nawet sygnalizować początek szerszej operacji „ostrugiwania“ Macierewicza, obrastającego w coraz to nowe atrybuty niekontrolowanej władzy, co nie wszystkim musi się podobać

Religia smoleńska

Macierewicz może jednak spać spokojnie. O ile jest możliwe dowiedzenie, że pod Smoleńskiem doszło do zwyczajnej katastrofy lotniczej, to nie jest możliwe przeprowadzenie racjonalnego dowodu, że stało się tam coś innego, o czym nic nie wiemy. Nie można więc dowieść, że nie było zamachu, inwazji jaszczurów czy czegokolwiek innego. To kwestia wiary. Nic tedy nie może zdyskredytować Antoniego Macierewicza w opinii wyznawców religii smoleńskiej. Jej żywotność zależy wyłącznie od inwencji jej twórcy w kreowaniu mitu smoleńskiego i środków, jakimi dysponuje do jego upowszechniania. Antoni Macierewicz w obu dziedzinach jest mistrzem.

Nie ma znaczenia odpowiedź na pytanie – skądinąd interesujące – czy Macierewicz sam wierzy w swoją teorię zamachu. Istotny jest fakt, że prowadzi on od ponad sześciu lat – z powodzeniem – kampanię przeczącą wynikom pracy komisji badania wypadków lotniczych, a potwierdzających to, co stało się jasne w dziesięć-piętnaście minut po tym tragicznym wydarzeniu. Samolot Tu-154M, którym podróżował prezydent Lech Kaczyński i jego liczna świta, nie zaginął przecież w tajemniczych okolicznościach, nie został porwany przez nieznanych terrorystów, nie został zestrzelony na polecenie jakiegoś wrogiego mocarstwa – po prostu (jakby to nie brzmiało w zestawieniu z tragicznymi skutkami tego zdarzenia) rozbił się o błotnisty, z rzadka porośniętymi brzozami grunt w odległości kilku kilometrów od zaniedbanego i wykorzystywanego tylko w wyjątkowych przypadkach wojskowego lotniska Siewiernyj, na którym miał lądować. Widział to co najmniej jeden naoczny świadek, potwierdzały liczne ślady na miejscu zdarzenia, w szczególności ścięta skrzydłem tupolewa brzoza (która miała później zyskać miano brzozy pancernej). Nie było więc miejsca na jakiekolwiek spekulacje co do innego przebiegu zdarzeń. Rozbił się na skutek błędów pilotów.

Tak objaśnił przyczynę katastrofy ówczesny minister spraw zagranicznych Jarosław Sikorski, powiadamiając brata prezydenta o tym co się stało. Stał się potem przedmiotem jego podejrzliwej indagacji, skąd mógł, tak szybko, dowiedzieć si o przyczynie wypadku. A w tych pierwszych minutach było to, zapewne nie tylko dla Sikorskiego, jedyne racjonalne wyjaśnienie, w jaki sposób tupolew mógł znaleźć się na fałszywym kursie w odległości kilku kilometrów od lotniska i tak nisko, że zderzenie z ziemią stało się nieuchronne. Na błędy pilotażu wskazywał raport rosyjskiej komisji badania wypadków lotniczych MAK opublikowany w styczniu 2011 roku – w Polsce powszechnie uznany za niewiarygodny (a przez zwolenników upowszechniających się teorii spiskowych – po prostu za „kłamstwa Anodiny“). Jednak główną tezę tego dokumentu potwierdził raport polskiej komisji Millera ogłoszony w końcu lipca tegoż roku. Dla tropicieli spisku nie miało to jednak żadnego znaczenia. Zbieżność wniosków obu komisji sprawiła jedynie to, że tropiciele zamachu na Tu-154M ustalenia komisji Millera uznali za równie kłamliwe, jak „kłamstwa Anodiny“.

Do upowszechnienia i utrwalenia takiej opinii w niemałej mierze przyczynił się się sejmowy zespół Macierewicza, który zajął się poszukiwaniem „prawdy o Smoleńsku“ na długo przed publikacją obu raportów. Przedmiotem jego prac było – i jest również po ostatnich metamorfozach tego zespołu – wyszukiwanie błędów, zaniedbań i fałszerstw zawartych w raporcie komisji Millera, uzupełniane obfitą produkcją hipotez co do „prawdziwych“ przyczyn katastrofy. Mimo że dowodów na potwierdzenie zarówno błędów komisji, jak i prawdziwości własnych hipotez zwykle brakowało, karkołomne tezy drużyny Macierewicza zaskakująco łatwo skupiały uwagę szerokich kręgów opinii publicznej, nie wyłączając części mediów. Na początku września 2011 roku sondaż CBOS wykazywał, że 41 proc. Polaków było przekonanych, że raport komisji Millera nie uwzględnia wszystkich ważnych okoliczności tego, co wydarzyło się pod Smoleńskiem. Nie oznaczało to, że Polacy gremialne wierzyli we wszystkie, coraz bardziej fantastyczne, wersje przebiegu zamachu na samolot prezydencki snute przez „ekspertów“ Macierewicza. Dzikie zamieszanie wokół katastrofy smoleńskiej powodowało jednak, że ludzie tracili zaufanie do oficjalnych ustaleń na jej temat. Przeciętnemu czytelnikowi gazet czy telewidzowi trudno było przyjąć, że katastrofę apokaliptycznych rozmiarów spowodował zwykły błąd pilota. Podobne wątpliwości nawiedzały zresztą nie tylko przeciętnych telewidzów. „Chciałbym uwierzyć we mgłę“ – powiedział jeden z uczestników telewizyjnej dyskusji – profesor dwóch uniwersytetów, dziś także polityk PiS – nazajutrz po katastrofie pod Smoleńskiem. Chciałby, ale nie mógł, bo jak mógłby uwierzyć, że oto prezydent dużego kraju, lecący z ważną misją za granicę, ginie w wypadku, którego przyczyną miałaby być po prostu mgła? Trudno było w to wierzyć zwłaszcza komuś, kto, jak ów utytułowany uczony, dobrze zna „sztuczki KGB“.

Autor książki „Cults, Conspiracies and Secret Sociaties (Sekty, spiski i tajne stowarzyszenia) Arthur Goldwag, opisał przypadki upartej odmowy przyjęcia do wiadomości stwierdzonych faktów i niestrudzonego poszukiwania ukrytej (skrywanej przez siły zła!) „prawdy“ z powodu ludziej potrzeby widzenia zdarzeń we “właściwych“ proporcjach: przerażającym skutkom muszą odpowiadać równie złowrogie przyczyny. Charakterystycznym przykładem jest w Ameryce ciągle żywy ruch bojowników o prawdę o 11 września 2001 roku. W dążeniu do wykrycia prawdziwych sprawców ataku i sił, które za nimi stoją, walczący o „prawdę“ o 11 września nie cofają się przed wysuwaniem najdzikszych hipotez – że tak naprawdę nie było żadnych atakujących wieże terrorystów, ba – nie było żadnych samolotów – wieże zostały zniszczone „bronią energetyczną”. I najpewniej była to „robota swoich“ – CIA, wojskowych, albo nawet rządu USA. (W przypadku katastrofy smoleńskiej musiała to naturalnie być robota Ruskich).

„Kiedy zdarza się coś przełomowego – pisze Goldwag – przełomowym wydaje się także wszystko, co do tego przełomu prowadziło albo go odsuwało. Nawet najbardziej banalny szczegół wydaje się pełen ukrytych znaczeń. W ten sposób postrzegają świat ludzie cierpiący na schizofrenię paranoidalną albo będący pod wpływem środków halucynogennych; taką atmosferę wyostrzonej czujności wnosi detektyw wkraczający do świata przestępczego, a namiętnie kultywuje mistyk“. A dalej: ”W każdym kraju jest jakiś procent ludzi hołdujących psychologicznej regule proporcjonalności przyczyny do skutków.“ Tyle że stanowią oni zwykle niewielki procent ogółu obywateli. Zgoła inaczej problem przedstawia się w naszym kraju.

Do narastania rzeszy domagających się „prawdy“ o 10 kwietnia przyczyniła się nie tylko prowadzona z talentem i wielkim zaangażowaniem działalność Antoniego Macierewicza i jego sejmowego zespołu, którego prace od z górą sześciu lat absorbują polską opinię publiczną, wypełniają fale eteru, łamy gazet, ulice miast, znajdują oparcie w instytucjach państwa. Od osiemdziesięciu miesięcy jesteśmy świadkami misterium odprawianego ku czci ofiar 10 kwietnia – tragicznego zdarzenia okrytego (dla uczestników „miesięcznicowych“ obchodów) mgłą tajemnicy. Właśnie odkrycia prawdy o Smoleńsku domaga się, miesiąc po miesiącu, rok po roku brat zmarłego w katastrofie prezydenta, prezes rządzącej od roku partii, Jarosław Kaczyński. Jego rytualne wystąpienia wypełniają żądania wyjaśnienia tej tajemnicy, wykrycia sprawców „zbrodni“, ich surowego ukarania, wreszcie godnego – na miarę ofiary życia złożonej Ojczyźnie – uczczenia poległych. W przemówieniach Jarosław Kaczyński rzadko tylko bezpośrednio wspomina o najważniejszej ofiarze „zbrodni“, bracie-prezydencie, wszakże dla wszystkich jest jasne, że te obchody odbywają się ku jego czci. Obchody 79. miesięcznicy zostały połączone z obchodami Narodowego Święta Niepodegłości i nabrały charakteru państwowego. „Nie będzie prawdziwie wolnej Polski bez prawdy. Nie będzie bez właściwego uczczenia tych, którzy zginęli“ – oświadczył wtedy Jarosław Kaczyński.

Kult Lecha Kaczyńskiego zrodził się nazajutrz po katastrofie. Wstrząs 10 kwietnia sprawił, że obudziliśmy się w zupełnie innej rzeczywistości niż ta, którą znaliśmy przed tą datą. Oto tragicznie zmarły prezydent, którego popularność za życia niebezpiecznie malała, stawiając pod znakiem zapytania jego ponowny wybór w zbliżających się wyborach prezydenckich, wielu ludziom objawił się jako mąż opatrznościowy, którego strata pogrąża w rozpaczy cały naród. Miał on nagle odkryć zapoznane cnoty i dokonania zmarłego prezydenta – dotąd prześladowanego i poniżanego przez potwarców z wrogiego obozu. W tej mistycznej atmosferze każda próba rozumnej oceny przyczyn katastrofy stawała się niemożliwa. „Prawda“ o przyczynie śmierci prezydenta musiała być na miarę jego nowego wizerunku. Prezydent nie zginął w katastrofie lotniczej – on poległ męczeńską śmiercią w służbie Ojczyźnie.

Niepokojącym rysem atmosfery, jaka zapanowała i panuje w naszym kraju do dziś, jest to, że wśród wrzawy podnoszonej przez domagających się „prawdy” o 10 kwietnia, głos tych, dla których mgła jest zjawiskiem realnym, a jej wpływ na warunki nawigacji lotniczej niewątpliwy, jest prawie całkowicie niesłyszalny. Dotyczy to także przedstawicieli państwa i polityków wszelkiej maści, którzy wstrząśnięci rozmiarami tragedii zgodnie przyjęli przed sześciu laty opinię, że katastrofa pod Smoleńskiem była zdarzeniem bezprecedensowym, wymagającym też wyjątkowo skrupulatnego i wszechstronnego wyjaśnienia. W praktyce oznaczało to przyjęcie w podtekście tezy, że katastrofa pod Smoleńskiem nie była zwyczajną katastrofą lotniczą. Była bezprecedensowa nie tylko w skutkach (z czym trudno się nie zgodzić), lecz także przyczynach (niejasnych, zagadkowych, złowrogich?). Wstrząs 10 kwietnia sprawił, że obudziliśmy się w zupełnie innej rzeczywistości niż ta, którą znaliśmy przed tą datą.

W świetle raportu komisji powołanej do zbadania katastrofy i niekończących się dywagacji na ten temat Lech Kaczyński – bądź co bądź osoba sprawująca najwyższy urząd w państwie – jawi się jako ktoś, kto nie miał żadnego wpływu ani na organizację, ani na skład towarzyszącej mu świty, ani na przebieg lotu. Jedynymi odpowiedzialnymi okazywali się co najwyżej piloci specjalnego pułku przewożącego VIP-ów albo funkcjonariusze BOR-u. Konsekwentnie pomijano jedyne naprawdę istotne pytanie, dlaczego samolot z Lechem Kaczyńskim na pokładzie – mimo skrajnie niesprzyjających warunków – musiał lądować na lotnisku Siewiernyj.

Najwyższy przedstawiciel

Smoleńska wyprawa prezydenta Lecha Kaczyńskiego była jedynie kolejnym posunięciem w rywalizacji z premierem Donaldem Tuskiem o prymat w państwie, trwającej od utworzenia rządu PO-PSL w połowie listopada 2007 roku. Rząd ten był skazany na kohabitację z pozostającym na urzędzie, wiernym swojej formacji, prezydentem. Swoje uprawnienia głowy państwa Lech Kaczyński wywodził z art. 126 Konstytucji, mianującego prezydenta najwyższym przedstawicielem Rzeczpospolitej. Według wykładni tego artykułu prezentowanej przez prezydenckich ministrów „najwyższy przedstawiciel“ mógł właściwie wszystko. Podejmował inicjatywy nie tylko w dziedzinie polityki zagranicznej, lecz także polityki wewnętrznej dającej się powiązać z kwestiami bezpieczeństwa państwa. Wokół tego starał się także budować własną pozycję regionalnego przywódcy na wschodzie Europy pod hasłem „Polska jest dużym krajem europejskim, któremu należy się ważne miejsce w Europie i na świecie, a czterdziestomilionowy naród polski jest wielkim narodem, któremu należy się szacunek“. Uprzywilejowanymi partnerami Polski pod jego rządami stały się Litwa, Ukraina i Gruzja. W praktyce prowadziło to do psucia stosunków z zachodnimi sąsiadami i stopniowej degradacji polityki wschodniej opierającej się na idei Giedroycia.

Spektakularnym wydarzeniem w ofensywie politycznej Lecha Kaczyńskiego na Wschodzie, była jego wyprawa do Tbilisi, podjęta 12 sierpnia 2008 roku. Prezydent Polski wystąpił wtedy na wieczornym wiecu, zwołanym w proteście przeciw atakowi wojsk rosyjskich na zbuntowane prowincje Gruzji. W wojowniczym przemówieniu powiedział m. in.: „Jesteśmy tutaj, przywódcy pięciu państw…(gromkie brawa), jesteśmy po to, aby podjąć walkę. Po raz pierwszy nasi sąsiedzi pokazali twarz którą znamy od setek lat. To Rosja, to kraj, który chce podporządkować sobie sąsiednie kraje. My mówimy nie!“. Znaczenie wsparcia prezydenta Polski i towarzyszących mu kolegów z Europy Wschodniej dla reżimu Saakaszwilego miało wzmacniać iluzoryczne przekonanie, że działa on, choćby tylko nieformalnie, w imieniu Unii Europejskiej. Jak się okazało, dla przerwania marszu armii rosyjskiej na Tbilisiani nie miało znaczenia ani ostre wystąpienie prezydenta Kaczyńskiego, ani odwołanie się do autorytetu KE. Rozejm wynegocjował w Moskwie prezydent Francji Sarkozy.

Wewnętrzny konflikt na szczycie władzy zaostrzyło jeszcze zamieszanie towarzyszące przelotowi prezydenta Kaczyńskiego do Gruzji. Na początku kancelaria premiera nie chciała mu, pod różnymi pretekstami, udostępnić samolotu; później prezydent Kaczyński zażądał niebezpiecznej zmiany zaplanowanej trasy przelotu, czego odmówiła załoga Tu-154. Był to moment, w którym ujawniła się konieczność jednoznacznego rozstrzygnięcia kwestii, kto ostatecznie prowadzi politykę zagraniczną Polski – prezydent, jak sądził i zgodnie z tym przekonaniem działał sam zainteresowany, czy rząd. Tusk takiej próby nie podjął, zamiast tego stosował wobec inicjatyw prezydenta taktykę obstrukcji.

Spór premiera z prezydentem osiągnął apogeum w związku z wyjazdem delegacji polskiej na spotkanie Rady Europejskiej w Brukseli zaplanowane na 15-16 października 2008 roku. Było poświęcone głównie problemom ekonomicznym oraz sprawom imigracji. Na tydzień przed spotkaniem zamiar wzięcia udziału w brukselskim szczycie zgłosił prezydent. W odpowiedzi na to 9 października Rada Ministrów przyjęła uchwałę potwierdzającą, że skład delegacji na posiedzenie Rady Europejskiej wyznacza premier. Rząd zamówił nawet w tej sprawie ekspertyzy prawne, które potwierdziły, że prezydent nie może wejść w skład delegacji wbrew woli premiera. Szef kancelarii prezydenta oświadczył na to, że rząd nie może wyznaczać zadań prezydentowi i że prezydent do Brukseli pojedzie, bo „podjął już taką decyzję”. Nabrzmiewający konflikt konstytucyjny premier usiłował sprowadzić ponownie do problemu dostępności samolotu. Na dwa dni przed wyjazdem do Brukseli doszło do spotkania obu polityków, ale zakończyło się niczym – w rezultacie premier udał się tam samolotem rządowym, zaś prezydent wyczarterowanym Boeingiem 737. Przedłużeniem sporu stały się żenujące przepychanki o krzesła przy stole obrad w Brukseli.

Jak mało sobie robił z zastrzeżeń rządu do jego inicjatyw, Lech Kaczyński dał dobitnie wyraz 3 listopada, kiedy bez wiedzy MSZ podpisał z prezydentem Litwy Valdasem Adamkusem deklarację, wzywającą społeczność międzynarodową i rządy państw UE, by zażądały „pełnego i bezwarunkowego wycofania wojsk rosyjskich z terytorium gruzińskiego, zgodnie z porozumieniem o zawieszeniu broni z 12 sierpnia” (wynegocjowanym przez prezydenta Sarkoziego w Moskwie). Tylko pod tym warunkiem miałyby być wznowione negocjacje na temat porozumienia UE-Rosja. Polski prezydent znalazł okazję, żeby o swoim proteście przypomnieć w Brukseli, gdzie pojawił się 19 listopada jako specjalny wysłannik rządu, by zaaprobować nominacje na nowe funkcje w Unii utworzone zgodnie z Traktatem Lizbońskim. Tym razem rząd odważył się zakomunikować partnerom z Unii, że jest innego zdania, wystawiając się na zarzut, że nie konsultował swego stanowiska z prezydentem i może zostać oskarżony o łamanie konstytucji.

Okazją dla prezydenta Kaczyńskiego do publicznego skrytykowania szefa rządu stał się jego udział w nadzwyczajnym szczycie przywódców państw i rządów Unii Europejskiej poświęconym konsultacjom przed spotkaniem grupy G20, wyznaczonym na 15 listopada w Waszyngtonie. Lech Kaczyński, który tym razem przewodniczył polskiej delegacji, był zadowolony z rezultatów spotkania, z jednym zastrzeżeniem: że w G20 nie ma Polski. „W Waszyngtonie Polska powinna być” – oświadczył, a nie ma jej dlatego, że rząd Donalda Tuska o to nie zabiegał – wyjaśnił.

Tymczasem zbliżał się termin poddania nowej próbie wzajemnych relacji obu protagonistów tego sporu: spotkania na szczycie Unii Europejskiej, wyznaczonego na 11 i 12 grudnia 2008 roku. O zamiarze wzięcia udziału w szczycie prezydent poinformował rząd za pośrednictwem swego biura prasowego; wyraził przy tym nadzieję, że w spotkaniu tym weźmie udział także premier. Dosyć dziwne życzenie, zważywszy że wyjazd szefa rządu był zaplanowany wcześniej. Tym niemniej obie strony starały się nie zaogniać sporu. Tusk obiecywał, że zrobi wszystko, by uniknąć gorszących scen, jakie towarzyszyły wyjazdowi polskiej delegacji na szczyt październikowy. Rzecznik MSZ informował, że resort przekazał Kancelarii Prezydenta materiały dotyczące szczytu UE.

Mimo oznak zdecydowanie „szorstkiej“ współpracy przed wyjazdem na szczyt wypowiedzi prezydenta i premiera na temat rezultatów dwudniowego spotkania w Brukseli brzmiały zaskakująco zgodnie. „Odnieśliśmy wielki sukces“ – oświadczyli obaj na wspólnej konferencji prasowej. Mieli na myśli uzyskanie zwolnienia z wypełniania części zobowiązań do redukcji emisji CO2 w okresie od 2013 do końca 2019 roku, podjętych przez prezydenta Kaczyńskiego w marcu 2007 roku, które mogłyby kosztować Polskę nawet 60 mld zł. „Każdy z nas miał tutaj swoje zadanie do wykonania” – chwalił współpracę z prezydentem premier Tusk. Prezydent niejasno wypowiadał się na temat Traktatu z Lizbony, który rok wcześniej podpisał, potem zaś uparcie odmawiał podpisu pod jego ratyfikacją. Po szczycie deklarował, że „jeżeli Irlandia powie „tak”, to Traktat zostanie natychmiast podpisany”. Protestował jednak przeciwko wywieraniu na ten kraj presji. Czyli sytuacja pozostawała bez zmian – decyzja o przyjęciu przez Polskę Traktatu Lizbońskiego miała zapaść …w Irlandii.

Wrażenie ocieplenia stosunków prezydenta z premierem wyniesione z grudniowego szczytu UE rozwiał ich wspólny udział w posiedzeniu Rady Europejskiej w dniach 29-30 października 2009 roku. Mało optymistyczną zapowiedzią było już zamieszanie wokół kwestii składu polskiej delegacji. Na trzy dni przed otwarciem obrad pałac prezydencki informował, że prezydent do Brukseli się nie wybiera. Dzień później podsekretarz stanu w kancelarii prezydenta Mariusz Handzlik informował, że właśnie się wybiera, ponieważ przedmiotem obrad ma być sprawa wejścia w życie traktatu z Lizbony, sposoby przezwyciężenia kryzysu ekonomicznego, a także dyskusja o obsadzie najwyższych stanowisk w Unii. (chodziło m. in. o zapewnienie nominacji Janusza Lewandowskiego na komisarza Komisji Europejskiej). Innymi kwestiami istotnymi dla prezydenta miały być bezpieczeństwo energetyczne i sprawy klimatyczne. Handzlik dodawał, że prezydent „jest otwarty“ na spotkanie z premierem Tuskiem i ministrem spraw zagranicznych Sikorskim i jest gotów zaoferować premierowi miejsce w swoim samolocie. Rząd odpowiedział na to uchwałą stwierdzającą, że o składzie delegacji na unijne szczyty decyduje premier. Odnosząc się do kwestii wyjazdu prezydenta do Brukseli premier oświadczył, że „w tych sprawach zawsze jest do dyspozycji i pan prezydent […] uzyska komplet informacji, które mogą pomóc w skutecznym reprezentowaniu polskich interesów w Brukseli”.

Po tak minorowo brzmiących oświadczeniach po obie strony ogłosiły zakończeniu szczytu – podobnie jak w grudniu poprzedniego roku – sukces, podkreślając, że było to możliwe dzięki działaniu „ręka w rękę” prezydenta i premiera. Sukces Polski polegał na odrzuceniu przez Radę Europejską propozycji bogatych krajów UE, aby wielkość pomocy udzielanej krajom rozwijającym się na walkę ze zmianami klimatycznymi zależała od emisji CO2 w poszczególnych państwach członkowskich.

Narastanie sporu na szczytach władzy skłoniło w końcu rząd do zgłoszenia wniosku do Trybunału Konstytucyjnego „o rozstrzygnięcie sporu kompetencyjnego między Prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej a Prezesem Rady Ministrów, dotyczącego określenia centralnego konstytucyjnego organu państwa, który uprawniony jest do reprezentowania Rzeczypospolitej Polskiej w posiedzeniach Rady Europejskiej w celu prezentowania stanowiska pastwa“. Na wyrok trzeba było czekać do 20 maja 2009 roku. TK orzekał, że. prezydent oraz rada ministrów i jej prezes w wykonywaniu swych konstytucyjnych zadań i kompetencji „kierują się zasadą współdziałania władz, wyrażoną w Preambule oraz w art. 133 ust. 3 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej“. Prezydent jako najwyższy przedstawiciel Rzeczypospolitej może podjąć decyzję o udziale w konkretnym posiedzeniu Rady Europejskiej, o ile uzna to za celowe dla realizacji zadań określonych w art. 126 ust. 2 Konstytucji. Udział prezydenta w konkretnym posiedzeniu Rady Europejskiej wymaga współdziałania z prezesem Rady Ministrów i właściwym ministrem. Celem współdziałania jest zapewnienie jednolitości działań podejmowanych w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej w stosunkach z Unią Europejską i jej instytucjami. Stanowisko Rzeczypospolitej Polskiej na posiedzenie Rady Europejskiej ustala rząd na podstawie art. 146 ust. 1, 2 i 4 pkt 9 Konstytucji, a Prezes Rady Ministrów reprezentuje Rzeczpospolitą Polską na posiedzeniu Rady Europejskiej i przedstawia ustalone stanowisko.

Ja widać, Trybunał Konstytucyjny nie przedstawił rządowi nic ponad to, co na temat kompetencji obu organów władzy dość jasno zapisano w konstytucji. Była to dobra odpowiedź na źle postawione pytanie. Ciągnący się od utworzenia rządu PO-PSL konflikt na szczycie władzy nie był banalnym sporem kompetencyjnym. Był konfliktem politycznym, wywoływanym dążeniem prezydenta do poszerzenia kompetencji głowy państwa wyraźnie wykraczającego poza funkcje określone w konstytucji. Prezydent Kaczyński starał się nie tylko przejąć kontrolę nad polityką zagraniczną, ale także obronną, energetyczną i wszelkimi zagadnieniami dającymi się połączyć z kwestią bezpieczeństwa państwa, a stanowiącymi prerogatywy rządu.

Nikt nie może przywoływać do porządku prezydenta państwa, w dodatku wybranego w głosowaniu powszechnym. Jego poczynaniom mógłby się przeciwstawić jedynie Sejm pozywając głowę państwa przed Trybunał Stanu. W istniejącym w tym okresie układzie sił nie było ani takiej woli, ani możliwości zgromadzenie potrzebnych 2/3 głosów. Spór na szczytach władzy budził wprawdzie żywe zainteresowanie kół politycznych i opinii publicznej, ale nikogo zbytnio nie niepokoił. Premier ciągle liczył, że jego koncyliacyjna postawa sprawi, że protagoniści sporu w końcu jakoś się „dogadają”. W tym sporze niewiele miała do powiedzenia także „czwarta władza“. Media wprawdzie żywo interesowały się wszelkimi echami konfliktu „między pałacami”, ale na ogół unikały wyrażania niezależnych opinii o postawach ich lokatorów. Dziwnie niezdecydowane wypowiadali się na ten temat nawet konstytucjonaliści, którzy okazali się niezdolni do jasnego zdefiniowania problemu, z jakim borykała się Polska.

Sen o potędze

W rezultacie przez cały okres kohabitacji prezydenta z rządem premiera Tuska, zarówno przed, jak i po kompetencyjnym wyroku trybunału, Polska miała dwie różne, jeśli nie wręcz przeciwstawne polityki zagraniczne. Politykę zmarłego prezydenta można najkrócej określić jako amalgamat rusofobii i mitomanii. Snuł on szerokie koncepcje geopolityczne, mające na celu tworzenie sojuszu państw otaczających Rosję z zachodu i południa, którego podstawą miała się stać skoordynowana polityka energetyczna; jej deklarowanym celem było uniezależnienie członków tego sojuszu od rosyjskich surowców energetycznych; miałoby to pozbawić Rosję głównej dźwigni imperialistycznej ekspansji. Lech Kaczyński widział siebie także w roli przewodnika Unii europejskiej po arkabach oilityki wschodniej.

Prezydent Kaczyński chętnie występował także w roli promotora demokratycznych przemian u wschodnich, bliższych i dalszych sąsiadów. Na przykład, składając 1 lutego 2008 roku wizytę roboczą w Wilnie, uzgadniał z prezydentem Adamkusem „działania wspierające rozwój demokracji w Europie Wschodniej i zwiększające efektywność wschodniej polityki Unii Europejskiej”. Nieoficjalnie przeciekło, że prezydenci rozmawiali także o zbliżającym się szczycie NATO w Bukareszcie, na którym Polska i Litwa miały wystąpić w roli orędowników przyjęcia do sojuszu Ukrainy i Gruzji, a także projektami energetycznymi, m.in. projektem budowy gazociągu Amber przebiegającego z Rosji przez kraje bałtyckie i Polskę do Europy Zachodniej.

W drugiej połowie maja 2008 roku prezydent złożył wizyty w Wilnie i Rydze, a następnie w Kijowie, gdzie uczestniczył w szczycie energetycznym z udziałem prezydentów Polski, Ukrainy, Łotwy, Litwy, Estonii, Gruzji i Azerbejdżanu. Na to spotkanie przybyli również reprezentanci Unii Europejskiej, Słowacji, Kazachstanu, Bułgarii oraz Stanów Zjednoczonych. Głównym celem tego szczytu było stworzenie „wspólnej przestrzeni energetycznej“ uniezależnionej od dostaw surowców z Rosji. Prezydenci podpisali „Deklarację o zasadach globalnego bezpieczeństwa”, „Koncepcję Bałtycko-Czarnomorsko-Kaspijskiego Stowarzyszenia Energetycznego”, a także dokument dotyczący przedłużenia ropociągu Odessa-Brody do Płocka i Gdańska. Ten ostatni dokument zapowiadał kontynuację projektu forsowanego przez prezydenta Kaczyńskiego od spotkania w podobnym składzie w Krakowie w maju 2007 roku. W obu przypadkach szanse realizacji tego ambitnego projektu umniejszała nieobecność prezydenta zasobnego w ropę Kazachstanu, Nursułtana Nazarbajewa (akurat w czasie, kiedy miał pojawić się w Krakowie, spotykał się z prezydentem Rosji Władimirem Putinem, zabrakło go też w Kijowie).

Pierwszego lipca 2008 roku Lech Kaczyński pojawił się w Batumi na szczycie GUAM – regionalnej organizacja czterech państw Wspólnoty Niepodległych Państw: Gruzji, Ukrainy, Azerbejdżanu i Mołdawii. Udział w szczycie GUAM prezydent RP uzasadnił tym, że relacje z państwami GUAM są istotne nie tylko ze względu na projekty energetyczne. „Myślę, że […] to będzie związek, w ramach którego Polska będzie w dalszym ciągu w sposób energiczny wspierać ambicje europejskie Ukrainy, Gruzji, Azerbejdżanu, ponieważ leży to w interesie waszym i leży to także w interesie naszym.“ Prezydent podkreślił, że rozbudowa powiązań energetycznych stworzy bazę materialną sojuszu politycznego. Energicznie opowiedział się przeciw oderwaniu Abchazji od Gruzji i Górnego Karabachu od Azerbejdżanu i dał wyraz wierze, że stan ten da się zmienićw ciągu najbliższych lat. „Jestem też przekonany dodał – że nasza współpraca na tym odcinku z prezydentem Adamkusem od dwóch lat, współpraca Polski i Litwy – dwóch historycznych partnerów – dała znakomite rezultaty i chciałbym być przekonany, że nikt tego nie zepsuje.”

Lech Kaczyński zdradził, że w stosunku do państw GUAM ma również bardziej dalekosiężne plany. Deklarował, że Polska jest gotowa rozmawiać o współpracy tych państw z Grupą Wyszehradzką, a także – w porozumieniu z Litwą – z państwami bałtyckimi. Wyjątkowe znaczenie przypisywał stosunkom Polski z Gruzją. „Popieramy Gruzję – mówił w Batumi – ponieważ uważamy, iż wyłącznie silny związek między Azerbejdżanem, Gruzją, Ukrainą, Polską, Litwą – zawsze jesteśmy otwarci dla Mołdawii – może stworzyć nową jakość w tej części świata”.

W połowie listopada 2008 roku prezydent Kaczyński wziął udział w kolejnym szczycie energetycznym, w Baku, na którym podpisano deklarację, popierającą koncepcję eksportu ropy naftowej i gazu ze złóż nad Morzem Kaspijskim do Europy. Dokument ten podpisały Ukraina, Polska, Litwa, Azerbejdżan i Gruzja, a poparły Bułgaria, Grecja, Estonia, Łotwa, Rumunia, Węgry, Turcja, a nawet Szwajcaria i Włochy oraz Komisja Europejska i USA. Z poparciem wstrzymały się Mołdawia, Kazachstan i Turkmenistan. W tej koncepcji głównymi dostawcami ropy miałby być Azerbejdżan i Kazachstan, o którego względy walczyła – z powodzeniem – również Rosja. W deklaracji kończącej szczyt w Baku podkreślono znaczenie ukraińskiego ropociągu Odessa – Brody. Jednakże plany wykorzystania tego ropociągu zburzyła wojna w Gruzji. Deklaracja z Baku przewidywała także intensyfikację prac nad budową gazociągu Nabucco, który nigdy nie doczekał się realizacji.

W ostatnim roku sprawowania funkcji prezydenta przedmiotem rosnącej troski lecha Kaczyńskiego stały się stosunki polsko-litewskie, ulegające widocznemu pogorszeniu (czy nie to miał na myśli, bojąc się, że ktoś zepsuje jego energetyczne projekty?). Przyczyniły się do tego – z jednej strony – usztywnienie postawy rządu Tuska wobec polityki Wilna wymierzonej w polską mniejszość, a z drugiej – z narastanie nastrojów nacjonalistycznych z objęciem rządów przez konserwatywny rząd Kubiliusa na Litwie. Atmosferę psuł brak zapowiadanych wcześniej porozumień w istotnych sprawach gospodarczych, wejście w końcu marca w życie ustawy o Karcie Polaka zwalczanej przez litewskich nacjonalistów, pogłoski o możliwości sprzedaży Mažeikiu Nafta przez PKN Orlen.

Stosunków polsko-litewskich nie poprawiło spotkanie Donalda Tuska z nowym premierem Litwy 14 stycznia 2009 roku. Obok współpracy inwestycyjnej rozmowy dotyczyły ewentualnego kupna przez PKN Orlen firmy Klaipedos Nafta dla ułatwienia eksportu produktów rafinerii w Możejkach, czemu stanowczo sprzeciwiał się premier Kubilius. Wyjeżdżającemu 16 kwietnia 2009 roku na Litwę prezydentowi swoje stanowisko w spornych sprawach rząd zapisał w instrukcji (w formie uchwały rządowej), w której poza sprawą wspólnych inwestycji główny nacisk położył na rozwiązanie problemów mniejszości polskiej, w szczególności ma zezwolenie pisania nazwisk w oryginalnej pisowni.
Wizyta w Wilnie zaczęła się pod znakiem wysiłków prezydenta zmierzających do rozwiania gęstniejącej atmosfery w stosunkach między obu krajami. „Jesteśmy sobie nawzajem bardzo potrzebni” – oświadczył po rozmowie w cztery oczy w prezydentem Valdasem Adamkusem. „To spotkanie […] pokazuje, jak dwa państwa potrafią rozstrzygać ważne dla obu stron problemy. Może to posłużyć swoistym przykładem dla innych” – wtórował mu prezydent Litwy. Podczas wspólnej konferencji prasowej prezydent Kaczyński stwierdził, że interesy Polski i Litwy w olbrzymiej większości są „te same“ i trzeba wspólnie o nie walczyć. Zapewniał, że Polska popiera projekty budowy elektrowni w Ignalinie oraz łączy energetycznych z Polską i Szwecją. Zaprzeczył jakoby PKN Orlen zamierzał sprzedać swoje udziały w rafinerii w Możejkach rosyjskiemu koncernowi.
W przemówieniu wygłoszonym w litewskim sejmie Lech Kaczyński podkreślił, że Polskę i Litwę poza historią i współczesnością łączy też to, że „lepiej wiemy o tym, co jest na wschód od nas”. Według mówcy, Polska i Litwa nie tylko wiedziały lepiej, ale miały realniejszą ocenę sytuacji w tym regionie, zaś ich wspólny głos był też znacznie lepiej słyszalny, czego dowodem miały być „wspólne sukcesy na Ukrainie i w Gruzji“. Na zakończenie wizyty prezydent Kaczyński spotkał się w Wilnie z przedstawicielami organizacji polskich. Według relacji przewodniczącego Związku Polaków na Litwie Michała Mackiewicza, „prezydent zaznaczył, że problemy zarówno nasze, jak i Litwinów mieszkających w Polsce, należy rozstrzygnąć, bo przeszkadzają w zbliżaniu dwóch narodów i zapewnił, że dołoży wszelkich starań, by wkrótce znikły z porządku dziennego“.

Ósmego kwietnia 2010 roku prezydent Lech Kaczyński składał swoją szesnastą wizytę na Litwie, głośną nie z powodu ogólnikowych relacji środków przekazu o tematyce rozmów z nową prezydent Dalią Grybauskaitė (partnerstwo strategiczne, europejska polityka energetyczna) , lecz z powodu afrontu, jakiego doznał ze strony litewskiego sejmu, który właśnie tego dnia odrzucił rządowy projekt ustawy mającej umożliwić zapisywanie nazwisk nie-Litwinów w oryginalnej pisowni. Lech Kaczyński był tym wyraźnie zaskoczony i nie krył rozczarowania. Swoje oświadczenie dla prasy rozpoczął właśnie od tej sprawy: „Uważam, że pomiędzy państwami, które chcą być dobrze odbierane na całym świecie i którym zależy na dobrych stosunkach politycznych i dyplomatycznych, takie rzeczy nie powinny mieć miejsca“. Ironicznym komentarzem do bilansu strategicznego partnerstwa z Litwą, tak gorliwie promowanego przez zmarłego prezydenta, może być los inicjatywy nadania jego imienia jednej z ulic w Wilnie. Natychmiast wyłoniła się kwestia zapisu jego nazwiska – po polsku czy litewsku. O formie zapisu miała zadecydować specjalna komisja, chociaż na gruncie litewskiej konstytucji jest to dylemat nierozwiązywalny.

„I ja tam będę“

Największe trudności we współpracy na linii rząd – prezydent wyłoniły się – i zakończyły tragicznym finałem – na tle stosunków z Rosją, praktycznie „zamrożonych“ w okresie rządów PiS. Z inicjatywą ich „odmrożenia“, zaraz po utworzeniu rządu PO-PSL w połowie listopada 2007 roku, wyszła Moskwa. Zaproszenie do złożenia wizyty w w Rosji premier Tusk otrzymał już na początku grudnia , a do wizyty doszło 8 lutego 2008 roku. Poprzedziło ją zniesienie rosyjskiego embarga na polskie mięso, co było niewątpliwym sygnałem woli ocieplenia stosunków. W rozmowach z Putinem, wówczas premierem, miano poruszać problem tarczy antyrakietowej, Gazociągu Północnego i zbrodni katyńskiej. W oficjalnych relacjach nie było wzmianki o Ukrainie, chociaż tematu tego na pewno nie pominięto w rozmowach. Według Donalda Tuska najważniejszym osiągnięciem wizyty było odzyskanie „elementarnego zaufania“ na szczeblu państwowym i osobistym.

Prezydent Kaczyński nie komentował wyników wizyty premiera w Moskwie. Jego opinię z pewnością wyrażała jednak wypowiedź prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, według którego wizyta ta była „całkowicie nieudana”, bo „nic nie załatwiono”. Co wiecej – zdaniem brata prezydenta – wizyta w Rosji zaszkodziła stosunkom Polski z Ukrainą, Gruzją i Litwą.

Kolejnym krokiem ku poparwie stosunków z Rosją miał się stać udział premiera Putina w obchodach 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Zważywszy że Rosjanie dotychczas nie zauważali rocznicy 1 września, zapowiedź pojawienia się premiera Rosji na uroczystościach na Westerplatte w gronie dwudziestu innych przywódców europejskich mogła sugerować, że stanęliśmy wtedy w obliczu przełomu nie tylko w stosunkach rosyjsko-polskich.

Prezydent Lech Kaczyński swój dystans do imprezy na Westerplatte zaznaczył w ten sposób, że wcześnie rano 1 września zorganizował własne obchody rocznicy wybuchu wojny – w Wieluniu, gdzie spadły pierwsze bomby Luftwaffe. Także w Rosji ocieplenie w stosunkach polsko-rosyjskich nie wszyscy chętnie widzieli. Kilka dni przed przyjazdem Putina na Westerplatte na stronie internetowej Służby Wywiadu Zagranicznego ukazała się informacja, że minister spraw zagranicznych przedwojennej Polski Józef Beck był agentem niemieckiego wywiadu i zapowiedź prezentacji książki pt. „Sekrety polskiej polityki zagranicznej 1935-45″. Te wyraźnie prowokacyjne wystąpienia zaalarmowały prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który według niepotwierdzonych informacji miał żądać od premiera wręcz odwołania wizyty Putina w Polsce.

Te tezy rosyjskiej historiozofii stały się głównymi wątkami polemicznego systąpienia polskiego prezydenta na Westerplatte. Lech Kaczyński przeciwstawił się w szczególności upowszechnianiu lansowanych przez rosyjską propagandę poglądów, że polski pakt o nieagresji z Niemcami z 1934 roku był aktem porównywalnym z paktem Ribbentrop-Mołotow, albo stawianiem na równi mordu w Katyniu ze śmiercią w obozach jenieckich krasnoarmiejców wziętych do niewoli w 1920 roku. Nie uniknął też kontrowersyjnego porównania modu katyńskiego z holokaustem.

Polemik na historyczne tematy unikał premier Tusk. Głównym przesłaniem jego wystąpienia na Westerplatte było wezwanie do wyciągnięcia wniosku z okrutnych doświadczeń wojennych i budowania pokojowego ładu bez dominacji silniejszych nad słabszymi.

Premier Putin powiedział na Westerplatte, że wszystkie narody mają moralny obowiązek oddania hołdu ofiarom wojny; w tym kontekście wspomniał o żołnierzach Armii Czerwonej poległych na polskiej ziemi; według Putina, korzenie II wojny światowej ktwiły w „niedoskonałościach Traktatu Wersalskiego“, a porozumienia i pakty zawierane od 1934 do 1939 r. „były niebezpieczne i złe”. Niebezpiecznym i złym był też pakt Ribbentrop-Mołotow (ale także nie wymieniony z nazwy polsko-niemiecki pakt o nieagresji z 1934 roku) .

Więcej gestów dobrej woli obaj przywódcy wykonali podczas rozmów dwustronnych po zakończeniu uroczystości na Westerplatte. Do rangi symbolu urósł słynny spacer na sopockim molo, który według Donalda Tuska służył tworzeniu korzystnej atmosfery przed rozmowami politycznymi, a pisowska opozycja uznała za moment zawiązania spisku przeciw „prawdziwej“ Polsce. Po spacerze premierzy odbyli trwającą ponad godzinę rozmowę; równolegle toczyły się rozmowy kilku ministrów obu rządów. Podpisano porozumienia o żegludze przez Cieśninę Pilawską.

Przełomowa (z historiozoficznego punktu widzenia) wizyta premiera Rosji na Westerplatte w rocznicę wybuchu II wojny światowej zaowocowała dalszym postępem w „odmrażaniu“ wzajemnych stosunków. Trzeciego lutego 2010 roku Władimir Putin zaprosił w rozmowie telefonicznej szefa polskiego rządu „do wspólnego uczczenia pamięci ofiar Katynia” w pierwszej połowie kwietnia. Poinformował o tym tego samego dnia rzecznik szefa rosyjskiego rządu Dmitrij Pieskow. Po tej wypowiedzi komunikat o zaproszeniu ukazał się też na stronach kancelarii polskiego premiera.

Następnego dnia przebywający w Katowicach prezydent Lech Kaczyński powiedział dziennikarzom, że wybiera się na uroczystości rocznicowe do Katynia. Na nieoczekiwane przez szerszą opinię publiczną rewelacje o spotkaniu premierów zareagował enigmatycznym oświadczeniem: „Ja się cieszę, że premier będzie [w Katyniu], ale najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej jest prezydent i ja też tam będę.“ Wystąpienie prezydenta tłumaczył i uzasadniał sekretarz stanu w kancelarii Prezydenta Paweł Wypych w radiu TOK-FM, przekonując, że w prezydenckiej wizycie w Katyniu nie ma nic dziwnego. Do tej pory organizatorem uroczystości katyńskich była strona polska i pojawiał się na nich pan prezydent. „Dlatego nie wyobrażam sobie, by teraz miało być inaczej“ – powiedział.
Z pomocą Wypychowi pospieszył szef prezydenckiej kancelarii Władysław Stasiak na późniejszej konferencji prasowej, na której powiedział, że intencją prezydenta jest „po prostu być tam w Katyniu“, gdyż obchody katyńskie służą budowaniu pamięci „o tym jak było“. Pytany, czy Lech Kaczyński będzie czekał na zaproszenie ze strony prezydenta Rosji, Stasiak odpowiedział, że dobrze by było, gdyby się prezydenci rzeczywiście spotkali”, ale zaznaczał, że „to nie jest żadna forma presji ani żadna forma oczekiwania”.

Jednak strona rosyjska właśnie tak to rozumiała. Dwudziestego lutego ambasador Rosji w Polsce Władimir Grinin twierdził, że w sprawie wizyty prezydenta Polski nie otrzymał żadnego pisma. Następnego dnia, kiedy okazało się, że list w tej sprawie został wysłany jeszcze 27 stycznia, ambasada oświadczyła, że „w swojej odpowiedzi Ambasador Rosji powiedział, że Ambasada nie otrzymała żadnych konkretnych propozycji w sprawie udziału Prezydenta Polski w uroczystościach w Katyniu”. Czyli oświadczenie ambasadora z 20 lutego błędnie zinterpretowali dziennikarze!

W imieniu rządu w sprawie wyjazdu prezydenta do Katynia wystąpił wiceminister spraw zagranicznych Andrzej Kremer, który w piśmie z 23 lutego do szefa kancelarii rezydenta Władysława Stasiaka napisał: „Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa organizuje 10 kwietnia 2010 r. wyjazd oficjalnej delegacji polskiej na coroczne uroczystości w Katyniu z okazji przypadającej w tym roku 70 rocznicy zbrodni katyńskiej. Mając powyższe na uwadze, zwracam się do Pana Ministra z uprzejmą prośbą o ostateczne potwierdzenie gotowości Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej do uczestniczenia w tych uroczystościach i przewodniczenia delegacji polskiej“. Władysław Stasiak potwierdził ze swej strony, że prezydent został oficjalnie poproszony przez MSZ o przewodniczenie głównym uroczystościom państwowym, które będą organizowane 10 kwietnia, iże kancelaria prezydenta współpracuje z MSZ, kancelarią premiera i Radą Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa w sprawie organizacji wyjazdu do Katynia. Później dodał, że Lech Kaczyński uda się tam samolotem rządowym, do którego zaprasza przedstawicieli Rodzin Katyńskich i organizacji weteranów. Kancelaria prezydenta przygotowuje listę osób, które udadzą się z nim do Katynia.

Czwartego marca szef kancelarii premiera Tomasz Arabski poinformował, że wizyta bilateralna z udziałem polskiego premiera na zaproszenie premiera Rosji Władimira Putina odbędzie 7 kwietnia, nie ma ona jednak związku z uroczystościami rocznicowymi organizowanymi przez Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Wynikało stąd niedwuznacznie, że obie wizyty są organizowane oddzielnie i ta z udziałem Lecha Kaczyńskiego ma być głównym punktem obchodów rocznicowych w Katyniu. Znaczenie prezydenckiej delegacji podkreśliło to, że na liście kancelarii prezydenta znaleźli się nie tylko przedstawiciele Rodzin Katyńskich i organizacji weteranów, o których dotychczas była mowa w korespondencji, lecz także najwyżsi dowódcy wszystkich rodzajów wojsk.

Ze względu na tragiczne następstwa tego zaproszenia warto przypomnieć, jak do niego doszło i kto za to odpowiada. O zamiarze zaproszenia na obchody w Katyniu całego dowództwa Wojska Polskiego kancelaria prezydenta powiadomiła MON 17 marca . Minister Bogdan Klich wyraził zgodę i 23 marca MON rozesłał generałom pismo „z uprzejmą prośbą o realizację”. Dla generałów zaproszenie zwierzchnika Sił Zbrojnycv było oczywiście zaproszeniem nie do odrzucenia. Także Bogdan Klich uważał – jak tłumaczył się w Radiu TOK FM po katastrofie – że nie powinien w to zaproszenie „ingerować“, choć zdaniem niektórych prawników szef MON mógłby z ważnych powodów odmówić zgody na opuszczenie kraju przez całe dowództwo armii, albo przynajmniej przedstawić swoje zastrzeżenia prezydentowi.

Zamęt towarzyszący przygotowaniom do obu wizyt w Katyniu był w dyżej mierze grą pozorów. Zaskakujące zaproszenie premiera Putina na spotkanie w Katyniu tak naprawdę nie mogło zaskoczyć żadnej z zainteresowanych stron. O możliwości spotkania premierów Polski i Rosji w Katyniu z okazji uroczystości 70. rocznicy zbrodni na polskich oficerach informowała „Polityka” już w końcu września 2009 roku, niedługo po uroczystościach na Westerplatte. Takie same informacje podała w listopadzie 2009 roku „Niezawisimaja Gazieta”, a w grudniu potwierdziła rosyjska ambasada w Warszawie. O toczących się w tej sprawie poufnych konsultacjach informowały „Fakty” TVN.

Wbrew dążeniu strony polskiej do stworzenie wrażenia, że inicjatywa spotkania wyszła od premiera Putina, starania o poprawę stosunków z Rosją podjął rząd Donalda Tuska, a sam pomysł wspólnego uczczenia ofiar zbrodni katyńskiej mógł zrodzić się czasie osławionego spaceru obu premierów po sopockim molo. Nie znaczy to, że dla Rosji poprawa stosunków w Polską była sprawą obojętną. Widziała ona w niej także ważny kraj Unii Europejskiej, jeden z protagonistów europejskiej polityki wschodniej zainaugurowanej w maju 2009 roku.

Planowana wizyta w Katyniu w 2010 roku też nie miała być zwykłą centralną uroczystością, na której „pojawia się prezydent“, jak przedstawiał to Paweł Wypych. W rzeczywistości Lech Kaczyński jako prezydent „pojawił się“ w Katyniu raz – 17 września 2007 roku, tuż przed przedterminowymi wyborami do Sejmu. Ani data, ani okoliczności jej towarzyszące nie były przypadkowe. Także 10 kwietnia 2010 roku nie wybierał się do Katynia, żeby po prostu „tam być“ . Po wizycie Tuska w Moskwie, uroczystościach na Westerplatte i zapowiedzianym spotkaniu z Putinem w Katyniu prezydent musiał przypomnieć, kto jest najwyższym przedstawicielem Rzeczpospolitej i Zwierzchnikiem Sił Zbrojnych.

Badający katastrofę kierowali drobiazgowe zarzuty pod adresem władz i organizatorów lotu, wytykali braki w szkoleniu pilotów, w wyposażeniu nawigacyjnym samolotu, niedostateczne rozeznanie lotniska, wreszcie zaniedbania ochrony, ale te ustalenia – z pewnością ważne – nie mogły wyjaśnić podstawowego faktu, w jaki sposób prezydencki samolot znalazł się w podsmoleńskim brzeźniaku, tuż nad ziemią, zamiast na podejściu do lądowania na lotnisku Śiewiernyj. A przecież po starcie samolotu jedynymi, którzy mieli wpływ na jego przebieg, byli już tylko jego piloci i pasażerowie i tylko oni mogliby udzielić na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi. Ale nie mogą przemówić, w ich imieniu mówili i mówią inni. I tak bez odpowiedzi pozostaje jedynie istotne pytanie: Dlaczego o poranku 10 kwietnia 2010 roku wyprawa do Smoleńska w ogóle została – musiała zostać! – podjęta? Może dlatego, że odpowiedź byłaby banalnie prosta: dlatego że trzy dni wcześniej wylądował tam Donald Tusk.

Siedzący za sterami Tu-154M kapitan Arkadiusz Protasiuk był z pewnością świadom własnej odpowiedzialności za powodzenie prezydenckiej wyprawy – terminowe lądowanie na lotnisku Siewiernyj. Nie mógł też zapomnieć o tarapatach pilota Grzegorza Pietruczuka związanych z wyprawą Lecha Kaczyńskiego do ogarniętej wojną Gruzji w 2008 roku (był wtedy drugim pilotem), kiedy to prezydent Lech Kaczyński, obawiając się, że do stolicy Gruzji dotrze z Moskwy jako pierwszy prezydent Sarkozy, nakazał pilotom bezpośredni lot do Tbilisi, chociaż samolot miał lądować w Gandżi w Azerbejdżanie. Kapitan Grzegorz Pietruczuk odmówił wykonania lotu, na który nie było zgody dyplomatycznej, nie było informacji o sytuacji pogodowej na lotnisku w Tbilisi, o jego stanie i systemach nawigacyjnych, a w powietrzu groziło co najmniej zderzenie z samolotami bojowymi operującymi nad Gruzją. Zwierzchnik Sił Zbrojnych nazwał go za to tchórzem i żądał ukarania.

Jeżeli przy lądowaniu w Smoleńsku kapitan Protasiuk popełnił jakieś błędy, to nie wynikały one bezpośrednio z braków w wyszkoleniu albo niedoskonałości wyposażenia nawigacyjnego samolotu czy lotniska. W końcu fakt, że w gęstej mgle nic nie widzi, Protasiuk mógł stwierdzić gołym okiem. Najwidoczniej zabrakło mu jednak wyobraźni, by uświadomić sobie, że próbując w tych warunkach lądować, sprowadza śmiertelne zagrożenie dla wszystkich obecnych na pokładzie, albo też siły woli, żeby się przeciwstawić presji sytuacji nakazującej podjecie próby lądowania. Tej presji ulegli także chyba wszyscy pasażerowie. Żaden z nich nie próbował przerwać tego feralnego lotu. Mógł to zrobić sam prezydent, jednak ambicje polityczne wzięły w nim górę nad instynktem samozachowawczym.

Wina Tuska

Tragiczna śmierć prezydenta Kaczyńskiego położyła kres polityce oceplania stosunków z Moskwą. Parlamentarny zespół Macierewicza rozpoczął niemal natychmiast kampanię oskarżeń o zaniedbania i ukrywanie prawdy o wypadku, kierowanych zarówno pod adresem Rosji, jak i własnego rządu. Odkrycia ekspertów tego zespołu, nigdy nie poparte żadnymi dowodami, stały się podstawą spekulacji na temat ich udziału w zamachu na życie prezydenta. Spacer Tuska z Putinem na sopockim molo i ich rozmowę w cztery oczy pisowska opozycja zaczęła traktować jako dowód zawiązania przeciw niemu spisku.
Tragedia smoleńska stała się siłą napędową życia politycznego także wewnątrz kraju. Comiesięczne zgromadzenia pod krzyżem ustawianym przed pałacem prezydenckim, marsze uliczne w obronie Polski, zagrożonej nieudolnymi, skorumpowanymi, sprzedajnymi rządami koalicji PO-PSL stały się wydarzeniami skupiającymi uwagę mediów i opinii publicznej.

Donald Tusk, główny obiekt tej kampanii, który doczekał się oskarżeń o zdradę kraju, wykazywał podziwu godną powściągliwość w odpieraniu kierowanych przeciw niemu zarzutów. Dopiero w drugiej połowie kwietnia 2012 roku, po dwóch latach nieustającej propagandowej kanonady, zauważył mimochodem (na konferencji prasowej po posiedzeniu rządu), że katastrofa smoleńska „obrasta kłamstwami“ i przyznał, że „być może wykazywaliśmy nadmierną delikatność w opisywaniu współpracy z prezydentem Kaczyńskim, dlatego kłamstwa w sprawie Smoleńska mają taką żywotność.“ Nie była to jednak zapowiedź jakiejkolwiek zorganizowanej próby przeciwstawienia się fałszowaniu rzeczywistości i pomówieniom agresywnych wyznawców religii smoleńskiej. To zadanie pozostawiono Grzegorzowi Laskowi i niektórym aktywniejszym czonkom jego komisji. Ich sporadyczne wystąpienia mające w zamierzeniach służyć rozpraszaniu smoleńskiego mitu z pomocą racjonalnej argumentacji, naturalnym porządkiem rzeczy nie docierały do umysłów mitomanów. Kolejne miesiące 2012 roku przyniosły nasilenie fali ataków.

Rozpalaniu namiętności wokół katastrofy smoleńskiej sprzyjały przypadki zamiany ciał i mylne identyfikacje zwłok ofiar katastrofy, ujawnione w tym roku. We wrześniu poinformowano, że doszło do zamiany ciała Anny Walentynowicz z ciałem wiceprzewodniczącej fundacji Golgota Wschodu Teresy Walewskiej-Przyjałkowskiej. W drugiej połowie października dokonano ekshumacji ostatniego prezydenta na uchodźstwie Ryszarda Kaczorowskiego oraz innej anonimowej ofiary. I w tym przypadku miało dojść do błędnej identyfikacji ich ciał i złożenia ich w niewłaściwych grobach. Po ujawnieniu tych pomyłek do litanii powtarzanych od z górą dwu lat zarzutów o „rozdzieleniu wizyt“, „oddaniu śledztwa” Rosjanom, potakiwaniu „kłamstwom Anodiny”, opieszałości w egzekwowaniu zwrotu wraku samolotu – relikwii i równocześnie dowodu moskiewskich matactw itp.- doszły oskarżenia o niedbale przeprowadzoną identyfikację zwłok, skandaliczny brak poszanowania szczątków ofiar i kłamliwe ukrywanie własnych i rosyjskich uchybień wobec należnej im czci.

Na żądanie opozycji 27 września odbyła się w Sejmie burzliwa debata na temat katastrofy smoleńskiej. PiS domagało się, by marszałek sejmu Ewa Kopacz zrezygnowała z prowadzenia obrad, gdyż „nikt nie może być sędzią we własnej sprawie“. W ten sposób partia wskazała główną oskarżoną w tej „debacie“ (drugim typowanym winowajcą był Tomasz Arabski) i zamiar przekształcenia jej w akt oskarżenia. Wniosek upadł, ale obrady potoczyły się po myśli opozycji.

Przemawiający jako pierwszy premier Donald Tusk usiłował ułagodzić szykujących się do ataku przeciwników; przeprosił wszystkie rodziny smoleńskie za udrękę i cierpienie wywołane katastrofą i związane z pomyłkami w identyfikacji zwłok ofiar. Równocześnie apelował o niewykorzystywanie katastrofy jako oręża w walce politycznej. „Przez te dwa lata byłem osobą najostrzej atakowaną w tej kwestii“ – poskarżył się; równocześnie zwracał uwagę, że i on sam, i jego współpracownicy szanowali cierpienie i „poczucie większej straty“ [w domyśle – obozu prezydenckiego]; przekonywał, że „nikt z nas“nie próbował wykorzystać pracy komisji czy innych ustaleń, „aby odpowiedzieć polityczną tezą na polityczną tezę“, podkreślał, że nie zadawał pytań, kto zapraszał ludzi na samolot i kto był organizatorem wyprawy. „Ja tych pytań nie będę powtarzał“ – obiecał. Donald Tusk pozwolił sobie jednak na kilka aluzyjnych uwag o unikaniu stawiania pytań o prawdziwe przyczyny katastrofy smoleńskiej przez bojowników o “prawdę o Smoleńsku“, czym tylko rozjątrzył przeciwników politycznych, zwłaszcza kiedy wspomniał o „tych, którzy nie pojawili się w Moskwie”, a kilka dni po katastrofie najgłośniej krytykowali zachowania urzędników państwowych i całego państwa.

Swoje przeprosiny Donald Tusk wygłosił w niefortunnym momencie – w środku kampanii, niedwuznacznie zmierzającej do wysadzenia go z siodła jeszcze przed upływem drugiej kadencji. Powodzeniu kampanii sprzyjały afery – taśmowa i Amber Gold. Z przeprosin premiera prawicowi oponenci i niektórzy ich lewicowi sekundanci wyciągnęli logiczny dla nich wniosek: skoro sam poczuwa się do jakiejś winy wobec rodzin ofiar, to jest to tylko jeszcze jeden powód do żądania jego natychmiastowej dymisji. W ten sposób Donald Tusk nieprzezornie zajął miejsce na ławie winnych katastrofy smoleńskiej – obok typowanych na głównych oskarżonych Ewy Kopacz i Tomasza Arabskiego.

„Jak mogło się stać – grzmiał z trybuny sejmowej poseł PiS Andrzej Duda – że ciała zostały złożone do trumien w czarnych workach, że na nich położono ubrania, które rodziny przywiozły po to, żeby zostały w nie ubrane? Nie uszanowano zwłok naszych przyjaciół, patriotów, polskich obywateli“ – biadał. A za te „realne błędy, które się zdarzyły“ odpowiada marszałek Kopacz i minister Arabski. Wskazując winnych nie omieszkał zastrzec się, że wprawdzie tuż po tragedii również był w Smoleńsku, ale w odróżnieniu od minister konstytucyjnej Ewy Kopacz – jako urzędnik niższego szczebla, podsekretarz stanu w kancelarii prezydenta. Swoje działania na miejscu katastrofy drobiazgowo opisał: to w jaki sposób dopilnował, by ciało prezydentowej Marii Kaczyńskiej zostało złożone do trumny we właściwy sposób; jak tuż po przylocie postawił trzy warunki – aby ciało prezydentowej Marii Kaczyńskiej zostało złożone w trumnie przywiezionej przez niego z Polski, było przewiezione natychmiast do kostnicy, „a nie do wygodnego hotelu, co proponowali pracownicy MSZ”. Trzecim warunkiem była obecność brata prezydenta przy zamknięciu trumny i jej zaspawanie przez polskich żołnierzy. Ówczesny poseł PiS, a dzisiejszy prezydent nie omieszkał zaznaczyć, że wymuszenie spełnienia tych warunków nie było łatwe, ale „okazało się, że jeśli ktoś był stanowczy, zdecydowanie mówił, jakie są jego oczekiwania, wszystko dało się zrealizować“. Uwagi te kierował pod adresem Tomasza Arabskiego. którego obwinił o to, że przy sekcjach zwłok „poległych“ w tragedii smoleńskiej nie było polskich prokuratorów, a Ewę Kopacz, że nie było przy nich polskich lekarzy.

Andrzej Duda gniewnie odrzucił przeprosiny premiera za ewentualne omyłki i uchybienia, jakie mogły zdarzyć się po katastrofie: „Niestety po przeprosinach po raz kolejny padły słowa, które z pewnością jeszcze głębiej zraniły wiele osób, których bliscy polegli w tragedii smoleńskiej. To sugerowanie odpowiedzialności, winy między zdaniami, jest po prostu dla mnie, jako człowieka, który pracował w Kancelarii Prezydenta przez ponad dwa lata, także niezwykle bolesne. Sugerowanie winy, na którą nie ma absolutnie żadnych dowodów a wszelkie dotychczasowe sugestie zostały zwyczajnie obalone“. Za popełnione błędy odpowiada rząd – stwierdził kategorycznie na zakończenie.

Ówczesny minister sprawiedliwości w rządzie PO-PSL Jarosław Gowin i prokurator generalny Andrzej Seremet poprzestali na informacjach o działaniach podejmowanych przez ich podwładnych po katastrofie. Ludwik Dorn, zabłąkany „trzeci bliźniak“ (w tym czasie członek klubu Solidarna Polska) wytknął premierowi, że w swoim przemówieniu zaprezentował koncepcję polityczną, którą można streścić w jednym zdaniu „Cisza nad tymi trumnami”. Ostrzegł czy też pogroził, że „póki nie dowiemy się prawdy i póki Rzeczpospolita nie odda hołdu poprzez pamięć, przez pomnik, to ciszy nad tymi trumnami nie będzie“. Według innego prominentnego polityka prawicy, Donald Tusk – poza przeprosinami za pomylenie trumien, oddanie śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej Rosjanom i dopuszczenie do profanacji szczątków ofiar, jest jeszcze winien przeprosiny za spacer z Putinem. Tkwiła za tym sugestia, że Tusk dopuścił się wtedy czegoś strasznego, najpewniej zdrady, co zrestą niedwuznacznie wynikało z dalszego ciągu wypowiedzi: „Można odnieść wrażenie, że tuż po katastrofie Donald Tusk i jego ministrowie, zamiast pilnować polskich interesów, zajmowali się dyplomacją, ocieplaniem swoich relacji z Moskwą“.

Wielka debata smoleńska zakończyła się wyraźną porażką premiera Tuska. Padł on (jak padał w wielu innych przypadkach) ofiarą zabobonnego lęku przed urażeniem duchow „poległych“. Ośmiela to, żeby nie powiedzieć rozzuchwala, szermierzy walki o „prawdę o Smoleńsku“ – nieuchwytną ale niezastąpioną w walce politycznej – do ponawiania i mnożenia ataków. Cennymi sojusznikami w tych starciach są rodziny ofiar, nie chcące, albo nie mogące się się pogodzić z okrutnym faktem, że nie ma szczęśliwych katastrof, tak jak nie ma udanych pogrzebów.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.