Facebook Google+ Twitter

Sacrum Profanum, czyli różne oblicza muzyki w Krakowie

  • Źródło: Gość dnia
  • Data dodania: 2010-09-23 17:17

Śnieg i groźne, skaliste krajobrazy, ale także baśniowa magia i kolory zorzy polarnej – podczas ósmej edycji festiwalu słuchaliśmy intrygującej twórczości Skandynawów. Trzecia relacja - a w niej dwa koncerty Jónsiego.

Jonsi i wilki

 / Fot. Wiech TomaszWystęp lidera Sigur Ros różnił się od koncertu múm czym tylko mógł. O ile múm zaserwował nam wydarzenie zupełnie niepowtarzalne, chociażby ze względu na skład, o tyle Jonsi swój koncert zdublował już na drugi dzień. Örvar nieustannie utrzymywał kontakt z publicznością, Birgisson zaledwie się przedstawił. Pierwszy koncert trwał ponad dwie godziny, ostatnie były o połowę krótsze. Mimo wszystko jednak zamknięcie festiwalu również było urocze, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że twórca wydał na razie tylko jedną płytę, niewiele miał więc do zaprezentowania.

Nazywanie jego koncertów „niesamowitym, multimedialnym widowiskiem” to lekka przesada. Artysta przywiózł ze sobą piękne wizualne, imponująca była też oprawa świetlna, ale nie należy tych efektów wyolbrzymiać. Odziany w kolorowe wdzianko, z równie ciekawie ubranymi towarzyszami – Alexem Kendallem Somersem na gitarze elektrycznej, Úlfurem Hanssonem w pięknej czerwonej bluzce z frędzlami na gitarze basowej, Ólafurem Björnem Ólafssonem na klawiszach i przystrojonym w koronę perkusistą Thorvaldurem Thorem Thorvaldssonem, zaczął od utworu „Stars in Still Water”. Jest to kawałek bardzo spokojny, oświetlony punktowym  / Fot. Tomasz Wiechreflektorem Jonsi grał na gitarze akustycznej i śpiewał niemal jak standardowy singer-songwriter.

„Hengilás”, druga piosenka, zawierała motyw ze współczesnej klasyki – przesuwanie smyczkiem po bokach sztabek wibrafonu. Na scenie pojawiły się punktowe żółte reflektory, a wizualizacje – jeden duży ekran za zespołem i rozmieszczone po bokach cztery małe – pokazywały narysowane na kartkach zwierzęta, które następnie spłonęły. Na małych ekranach płomienie zmieniły się w motyle. „Iccicle Sleeves”, które nastąpiło potem, było perkusyjnie wspaniałe – mocny, huczący bębęn wstrząsnął ścianami ocynowni. Stopniowo bębnienie to zostało samo, towarzyszyły mu tylko ukośne snopy światła, idealnie zgrane z uderzeniami. I grzechot trzęsących się metalowych ścian. „Kolnidur” to utwór z wilkiem na wizualu (innym wilkiem na koncercie Jonsiego był Úlfur – takie jest znaczenie tego imienia, przynajmniej według jego posiadacza). Kawałek posiada punkt kulminacyjny, w której widownia została porażona burzą świateł, na koniec na scenie pojawiły się tajemnicze zarośla (prasa została umieszczona w ostatnich rzędach, a moja lunetka nie jest wystarczająco mocna, więc natury owego tajemniczego obiektu nie znam do końca) spoza których przebijało się w górę białe światło.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.