Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

17138 miejsce

Sambor Czarnota: „Pracę trzeba polubić albo…rzucić“

11 grudnia w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie moim gościem był aktor, Pan Sambor Czarnota. Poruszamy m.in temat tego, dlaczego do każdego spektaklu podchodzi z taką samą radością i rozmawiamy o pokornym podejściu do życia.

„Najgorsze jest bycie nieszczęśliwym w tym, co robimy na co dzień“ – powiedział Pan w jednym z wywiadów. Czy aktorstwo jest takim zawodem, o którym od zawsze wiedział Pan, że Pana uszczęśliwi?
"Kiedy widz zadaje ciekawe pytania, znaczy to, że podczas spektaklu był skupiony i uważny. Nie siadział bez zainteresowania i „nie dłubał w nosie“. (Śmiech.)" - mówi o spotkaniach z publicznością. -Fot. Piotr Dłubak- / Fot. Fot. Piotr Dłubak
-Kompletnie nie. To był zupełny przypadek. Jak bardzo wiele rzeczy w moim życiu. W trzeciej klasie liceum kolega, który akurat się rozchorował, poprosił mnie o zastępstwo. Zrobiłem je, mimo, że kompletnie się na tym nie znałem i nie miałem czasu, uprawiałem sport i to najbardziej mnie interesowało. Kiedy jednak wystąpiłem, coś podpowiadało mi, że może warto pójść w tę stronę i…gram już 20 lat.

W aktorstwie najbardziej lubi Pan to, że wchodząc w różne postaci, zgłębiając ich charaktery, może się więcej o sobie dowiedzieć. Jakie role dają Panu do tego większe możliwości, komediowe, czy dramatyczne?

-Jedne i drugie. Największą radość czerpię z tego, kiedy zauważam radość widza. Najważniejszym pytaniem w tym zawodzie jest to, dla kogo to robimy. Wszystko robimy dla widza i to on jest tu najważniejszy. Nie rozróżniałbym tutaj gatunków, ale skupiłbym się na tym, aby przedstawić sztukę na najwyższym możliwym poziomie.

Które role są dla Pana trudniejsze, bardziej wymagające i pracochłonne, komediowe, czy dramatyczne? Mam wrażenie, że to indywidualne…

-Zgadzam się. To zależy oczywiście również od materiału. Kiedy dostaje się do zagrania rolę w trudnym dramacie psychologicznym, trzeba skupić się na poszukaniu w sobie odpowiedzi na niektóre pytania. Kiedy przypadnie zagrać dobrze napisaną rolę komediową, trzeba złapać pewną lekkość, dystans. To również nie jest łatwe.

W ramach przygotowania do naszej rozmowy przeczytałam kilka materiałów na Pana temat, a w jednym z nich znalazłam ciekawą myśl. Otóż, podobno – gdyby nawet w Teatrze grał Pan kilka razy w tygodniu ten sam spektakl, to na każdy cieszy się Pan jak dziecko. Z czego to wynika?

-Lubię swoją pracę, lubię grać. To sprawia mi radość. Pracę trzeba polubić albo…rzucić. W przeciwnym razie można dostać zawału (Śmiech).

Są dwa spektakle Teatru Kamienica, w których w chwili obecnej można Pana oglądać, pierwszy to „Hiszpańska Mucha“, z którym zagościł Pan w Cieszynie, a drugi – „ZUS, czyli zalotny uśmiech słonia“. Który z tych spektakli lubi Pan bardziej?

-Bardzo lubię jeden i drugi spektakl. Ponieważ, to dwa inne rodzaje bohaterów. Wszystkim swoim postaciom staram się zaszczepić poczucie humoru i temperament nawet, jeśli jest ściągnięty. To wspólny mianownik moich bohaterów.

„Hiszpańska Mucha“ jak i spektakl „ZUS“ pełna jest zabawnych dialogów, zwrotów akcji i żartów. Czy komedia jest najtrudniejszym gatunkiem do zagrania dla aktora?

-Wydaje mi się, że dobra komedia jest trudna do grania, ale ja nie lubię jak jest łatwo. Lubię kiedy trzeba popracować, trzeba zadać sobie pytania. Krótko mówiąc, trzeba odrobić pewną lekcję. Kiedy się udaje, jest wielka radość.

Teatr to także okazja do spotkań z publicznością. Czy lubi Pan rozmawiać z widownią, brać udział w spotkaniach z widzami?

-Lubię. Kiedy widz zadaje ciekawe pytania, znaczy to, że podczas spektaklu był skupiony i uważny. Nie siedział bez zainteresowania i „nie dłubał w nosie“. (Śmiech.) Jeśli ktoś wybiera się na spotkanie znaczy to, że coś go zaintrygowało. To jest super.

Jak reaguje Pan, kiedy ktoś prosi o wspólne zdjęcie lub autograf? Przejawy sympatii są zawsze na pewno bardzo miłe. Czy przypomina Pan sobie może jakieś jedno, konkretne spotkanie z którymś z sympatyków, który czymś Pana zaskoczył?

-Czasami widzowie zaskakują mnie bardzo pozytywnie, ale nie przytoczę konkretnego spotkania.

Jakie są najczęstsze pytania, które przekazuje ktoś Panu od widzów albo które sam Pan dostaje?

-Najczęściej widzowie pytają mnie o to, jak mogę się nauczyć tyle tekstu. (Śmiech.) Wtedy odpowiadam, że to jest akurat najprostsze.

Co jest zatem najtrudniejsze?

-Najtrudniejsze jest zgłębianie psychologii postaci. Żeby kogoś zagrać, trzeba go najpierw poznać. To cały klucz.
"Jestem ambitnym człowiekiem. Robię wszystko, co mogę, by dalej iść swoją drogą i zachować w tym wszystkim siebie." - dodaje -Fot. Piotr Dłubak- / Fot. Fot. Piotr Dłubak
Bycie aktorem, to nie tylko i wyłącznie Teatr, ale także telewizja, a co za tym idzie – seriale. Od 2013 roku w serialu „Barwy szczęścia“ wciela się Pan w postać dr. Adriana Świderskiego. To postać trudna, z problemami. Co najbardziej lubi Pan w jego postaci?

-Scenarzyści napisali moją postać jednotonalnie. Jest dobrym lekarzem, przystojnym, w życiu mu się powodzi… Pomysł, żeby został seksoholikiem był mój. Kiedy pojawia się uzależnienie, wtedy postać nabiera ciekawych rysów. Przez uzależnienie wiemy, że nie możemy czegoś robić, a i tak to robimy. Tak samo jest z postacią Adriana. Miota się, nie wie, co zrobić. To bardzo ciekawe do zagrania.

Można więc powiedzieć, że Pan utrudnił sobie tę postać na własne życzenie?

-Tylko i wyłącznie. (Śmiech.)

Czy tak, jak trudna jest z charakteru, trudna jest również do zagrania?

-Absolutnie. W serialu ważne jest, żeby zaintrygować widza i wciągnąć go do swojej historii. Dwa przeciwieństwa stoją na jednej szali. Albo widzowie kupią naszą historię, albo nie. Z aktorami jest podobnie. Aktorzy boją się kontrowersyjnych postaci. Widzowie przyzwyczajeni są do sielskich obrazków, ciepła rodzinnego. Takie „ciepłe kluchy“. (Śmiech.) Kiedy jednak w serialu pojawia się zdrada, ale która ma podłoże choroby tak, jak w przypadku mojego bohatera, serial nabiera kolorów. I nawet widzowie, przyzwyczajeni do stabilizacji są bardziej zaciekawieni.

Nie będę pytać o dalsze losy Adriana w „Barwach…“ . I tak ich Pan nie zdradzi, bo pewnie nie może. Zapytam, w czym tkwi (według Pana uznania) sukces tego serialu, że jest tak lubiany wśród widzów, czy również w tym, że jest odbiciem codzienności?

-Z tego, co wiem, „Barwy szczęścia“ w rankingu seriali codziennych są na miejscu pierwszym z widownią sięgającą pięciu milionów widzów. Gigantyczna siła. A czynniki? Jest optymistycznie, scenarzyści bacznie obserwują, jakie problemy są tzw. „na tapecie“ i te problemy poruszamy w serialu.

Czy częścią sukcesu można nazwać również to, że wiele osób może się z postaciami utożsamiać?

-Jak najbardziej. Nie wiem, czy z moją postacią można się do końca utożsamić (Śmiech.), ale z niektórymi cechami na pewno tak.

Gdzie, oprócz „Barw…“ będzie można zobaczyć Pana po Nowym Roku? Jakieś nowe spektakle?

-Spektakl Teatru Telewizji, który nagrałem czeka na swoją emisję. Bardzo dużo gram spektakli, ale z braku czasu na próby świeżych tytułów nie wchodzę w żaden nowy projekt teatralny.

Czy miniony rok 2016 z punktu widzenia zawodowego był dla Pana dobrym rokiem?

-Tak. Staram się z pokorą podchodzić do życia. Jestem „głodny“ i „zachłanny“. Ciągle chciałbym więcej. Jestem ambitnym człowiekiem. Robię wszystko, co mogę, by dalej iść swoją drogą i zachować w tym wszystkim siebie.

(Rozmawiała Mariola Morcinková)









Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.