Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

10181 miejsce

Samobójcy (mikroreportaż)

„Zamiaru dalszego picia nie porzuca nawet teraz, gdy stawiana jest diagnoza: załamanie nerwowe. Teraz trzeba, by szybko brał się za leczenie. Doktor jeszcze radzi: panie, nawet od ciemnego piwa z daleka. Ale Krzysiek pije dalej..."

 / Fot. www.wikihow.comPowody, dla jakich zabili się dwaj samobójcy, których Piotrek znał osobiście, były różne. Mogły to być: leki, zdrada, depresja, czy niespełnione ambicje, żeby wymienić tylko niektóre. To byli dwaj mężczyźni. Dwa różne życia, po których zostały mniej lub bardziej widoczne ślady. W pierwszej kolejności będzie o człowieku, który odszedł jako pierwszy. Zdarzenia, o których będzie mowa, miały miejsce naprawdę.

Pierwszy

Opowie Piotrek, lat 41, były DJ: - To był facet – imienia nie pamiętam - wątłej postury, nie miał włosów, jedynie ich liche strzępki po bokach, nosił okulary o okrągłych szkłach i miły uśmiech na twarzy. Rozmawialiśmy wiele razy. Przychodził ze swoją kobietą, szczupłą blondynką po czterdziestce, do restauracji, w której zajmowałem się oprawą muzyczną podczas wieczorków tanecznych, nazywanych inaczej dancingami. Ona nie tylko była wyższa od niego, ale i młodsza, różnica na oko: z dziesięć lat. Kiedy udawało mi się rozkręcić imprezę na całego, on wchodził na parkiet na pełnym luzie, żeby się poruszać, wypocić i wybawić, podczas gdy ona, ta jego „lady”, przybierała pozy co najmniej takie, jakby była śpiewaczą, taką potwornie skoncentrowaną, a restauracyjny parkiet odgrywać miał rolę sceny operowej, z której bić ma blask jej głosu, śpiewu i tańca. A gdy już zaczynali tańczyć, ona nie przestawała go strofować. Przestań robić takie wygibasy! - zdawała się mówić na widok jego szybujących w tempie samolotu myśliwskiego rąk, zupełnie jakby gibał przy techno na jakimś obskurnym berlińskim clubbingu, a ona pomyliła parkiety. Nie wywijaj tak łapami! - mogła i w taki sposób go upominać, pewności jednak nie mam, w końcu dudniła muzyka, mogłem ich jedynie obserwować zza konsolety.

Co na to wszystko on? On był pokorny. Słuchał i grzecznie wykonywał jej polecenia. Był na każde jej skinienie. Czasem, gdy robiłem przerwy, podczas których wychodziłem na zewnątrz, żeby zapalić, natrafialiśmy na siebie, a że on też był palący – staliśmy i paliliśmy wspólnie, gadając o pierdołach. Jaki był w rozmowie? Zupełnie pogodny, po prostu zwyczajny. Facet był dobrym duchem tej restauracji do momentu, kiedy go w niej zabrakło, a jego pani zaczęła przychodzić tam sama. Kiedy poszła fama o ich rozstaniu, wymieniłem kilka zdań z ich wspólną znajomą:

- To prawda, że oni już nie razem? - pytam.
- Panie, dała sobie z nim spokój.
- Długo byli?
- Parę lat.
- Ale on w porządku taki raczej.
- E, tam, ona potrzebuje kogoś zaradnego, silnego.

Po jakimś czasie zaczęto ją widywać z różnymi mężczyznami. Na przykład obok pewnego prezesa spółki węglowej. Chyba zostali na moment kochankami. Z tym że on miał żonę, rodzinę, a na dancingi zachodził, żeby się na boku zabawiać. Ale ta relacja szybko się wypaliła i przestano ich razem widywać. I kiedy po jakimś czasie pojawili się przypadkowo na tym samym dancingu, ona, gdy zobaczyła go tańczącego już z inną, dała na głos taki komentarz, że i do mnie - siedzącego za wzmacniaczami i kontrolerami dźwięku - dotarło ("patrzcie, żonaty, a tu z kolejną dziwką na parkiecie..").

A potem dotarła do restauracji smutna nowina.

Pośród stałych bywalców dancingu rozniosła się informacja, że porzucony przez blondynkę facet powiesił się na pasku od spodni, natomiast ona - co z nim zerwała - już więcej na dancingu się nie pokazała.

Drugi

Kolejny – opowiada dalej Piotrek - który ze skutkiem śmiertelnym targną się na swoje życie, miał na imię Krzysiek. I gdyby nie zgon, wkrótce fetowałby pięćdziesiątkę. Jeśli o urodę idzie, to z grubsza miał pulchny owal twarzy - w całokształcie był to jednak chłop niegruby, tylko lica duże - pogłębiające się zakola, to tu, to tam przyprószony siwizną włos, mimo wszystko nadal szatyn. A co się tyczy grzywki, to zawsze była ułożona na bok. I wyglądało to schludnie. Bo tak też musiało, w końcu pracował w restauracji. Zresztą w tej samej, gdzie odbywały się dancingi. Po pracy natomiast zachodził do domu, gdzie czekała żona z synkiem. I najczęściej witał ich na cyku, bo po drodze strzelał piwko, dwa lub ćwiartkę. Krótko mówiąc – dawał w szyję. I to coraz ostrzej. A na drugi dzień, w pracy - kac. No to fru. Klin na to najlepszy. Ale to, że jako kelner tyle pił, dziwić nie może, bo to norma w tym zawodzie, poza wyjątkami, żeby było jasne.

Praca-dom, praca-dom, tak żył. A w międzyczasie obgadywał dancingowców. Czyli setki zajętych i samotnych serc, które pięć razy w tygodniu przychodziły na wieczorki taneczne. Był złośliwy do tego stopnia, że wymyślił im zbiorową ksywę: pokemony. I to się wśród personelu przyjęło! Będą dziś pokemony? - pytał jeden pracownik, a drugi odpowiadał: mamy dziś święto? Jeśli święto, to przylezą hordy. No i te hordy się schodziły. A kiedy już się zeszły, Krzysiek zrzucał maskę błazna i przywdziewał sztuczny uśmiech, który wkrótce zniknął, ale o tym zaraz. Czemu pokemony? Wiem tylko, że do przezwisk był pierwszy. Ale już ostatni, by z dystansem podejść do przezwiska „podawacz”, którego nie znosił, a które musiał wielokrotnie usłyszeć pod swoim adresem, ponieważ kelnerował blisko dwadzieścia lat. Kelner, nie podawacz, ty pokemonie! – mógł się wkurzać w duchu. I ja mu się nie dziwiłem. Ja, dajmy na to, nie znosiłem określenia: grajek. DJ, nie grajek! - krzyknąłbym nie raz, nie dwa zza pulpitu, podczas gdy z sali mógł dobiegać wrzask klienta: - Kelner! I w takich chwilach Krzysiek zamieniał się w usłużnego pana od serwisu, latającego po sali, realizującego zamówienia - hamując wobec klientów swoje kpiarskie zapędy.

Najczęściej podawał herbaty. I kawy. Bo najtańsze. Dancingowcy tacy są. Co drugi dzień na potańcówce, pasek z renty czy emerytury wątły, a tu opłać: wejściówkę, herbatę, piweczko, piersiówkę, a złotówka goni złotówkę. I to również Krzyśka wpieniało, że już trzecią godzinę jeden z drugim siedzi przy pierwszej i ostatniej herbacie za trzy złote, herbacie dającej nietykalność, bo przecież coś się kupiło, więc ma prawo siedzieć.

Ale do rzeczy. Krzysiek nigdy nie był za granicą. A kiedy się już wybrał, to pojechał do Włoch, żeby w swoim fachu trochę przyrobić. Była pełnia sezonu. Taki jeden go namówił. Ale on miał doświadczenie. Bo biedny Krzysiek żadnego. Więc jak prędko wyjechał, tak szybko wrócił.

I tutaj zaczyna się początek końca: Zamiaru dalszego picia nie porzuca nawet teraz, gdy stawiana jest diagnoza: załamanie nerwowe. Teraz trzeba, by szybko brał się za leczenie. Doktor jeszcze radzi: panie, nawet od ciemnego piwa z daleka. Ale Krzysiek pije dalej. Psychotropy miesza z alkoholem. Następnie w stanie euforycznym wita mnie w restauracji, i choć nigdy za sobą nie przepadaliśmy, obejmuje mnie serdecznie, a że właśnie jest w trakcie obsługiwania klientów, zostawia ich na moment, tłumacząc: państwo wybaczą, ale nie widzieliśmy się z kolegą tak dawno. Czyli od euforii do apatii. Huśtawki nastrojów. Ale jeszcze chwila i przestaje huśtać. Pozostaje sama apatia. Jeszcze przez chwilę pracuje, obsługując dancingowców. Ale już nie mówi pokemony. Znika gdzieś ta jego kpina. Już się z nich nie śmieje. W ogóle mówi mało. W ogóle się nie śmieje. A tak zwane pokemony, z których szydził, teraz szydzą z niego, że ma przymulone ruchy i że nie nadąża z zamówieniami.

Krzysiek kończy ostatnią szychtę i przychodzi do domu.

Za chwilę przychodzi śmierć, zastając go wiszącego na pasku od spodni na klatce schodowej w bloku, gdzie jeszcze przed momentem mieszkał z żoną i synkiem.

Imiona bohaterów zmieniono
__
a.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.