Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

26982 miejsce

Sandra Borowiecka o wyzysku młodych Polaków. Przeczytaj reportaż "Wyzysk Polski"!

  • Źródło: Gość dnia
  • Data dodania: 2013-05-20 12:30

Po rozmowie "Wysokich Obcasów" z Sandrą Borowiecką, autorką reportażu "Wyzysk Polski", w polskim internecie zawrzało. Czy młodzi Polacy rzeczywiście są wyzyskiwani? A może, jak twierdzą niektórzy komentatorzy, po prostu mają roszczeniową postawę? Przeczytajcie reportaż "Wyzysk Polski" i wyraźcie swoje zdanie w komentarzach (także przez Facebooka)!

Sandra Borowiecka / Fot. Wysokie Obcasy/screen

"Wyzysk Polski" - reportaż Sandry Borowieckiej

Wygląda na to, że jestem zainteresowana tą pracą. Nie mam przecież innego wyjścia, muszę z czegoś żyć, nawet jeśli wolałabym lepsze stanowisko w innej firmie, bardziej odpowiadające moim kwalifikacjom. Dobrze mogę zacząć od jutra, ale zapomniałam zapytać, jaka stawka za godzinę. Ile? Może Pani powtórzyć? 7 złotych brutto, czyli około 6 złotych na rękę, umowa zlecenie, a po miesiącu umowa o pracę. A z umowy o pracę to ile? 1200 zł do ręki, ale ma Pani składki i ubezpieczenie, przecież to już coś, gdzie indziej wcale nie dostanie Pani więcej.

Zasada 1 - nigdy nie jeść przystawek, i lepiej o nic nie pytać

Grudzień 2011. Wchodzę do dużej restauracji w centrum Warszawy. Jedna z wielu w stolicy, należąca do znanej firmy mającej ogromne udziały w rynku gastronomicznym. Postrach partnerów, urzędników sanepidu i dostawców. Boją się ich wszyscy, ale oni nikogo. Dlaczego? To chyba jasne, a jeśli nie, to lepiej nie pytać, chyba że ktoś szuka guza. Wracając do tematu, wchodzę do lokalu przez zimowy ogródek od strony ruchliwego skrzyżowania, i pytam o managera. Czekam kilka koszmarnie samotnych minut. Wychodzi do mnie młody mężczyzna około trzydziestki w białym, nieco spranym fartuchu jak z prosektorium. Nawet dzień dobry nie odpowiada, tylko oschle pyta o co chodzi. Staram się wytłumaczyć co i jak, wyciągając w jego stronę kartkę z CV. Udaje że nie widzi świstoliny w moich rękach, do tego w trakcie rozmowy zamiast patrzeć na mnie, gapi się gdzieś hen ponad moją głową, jakby był znudzony już samym staniem i czekaniem aż skończę mówić. Nie zraża mnie tym jednak - każdy może mieć przecież gorszy dzień, być zmęczony, nie zaliczyć panienki, nie dostać premii, mieć bolący ząb, albo Bóg jeden wie co jeszcze. Jedyne pytanie jakie mi zadaje, dotyczy tego czy mam doświadczenie w pracy w gastronomii. Nie, nie mam. Nie szkodzi, nie ja pierwsza, nie ostatnia. Mam przyjść następnego dnia rano. Zgadzam się, chociaż nie wiem ani nic o tym jakie stanowisko mogę objąć, ani za ile, ani w jakim wymiarze godzin. Pewnie dowiem się jutro. Pewnie.

Następnego dnia rano wita mnie zupełnie inna szefowa. Zagania mnie do pomocy jakieś kelnerce jak krowę do obory, rozkazując tamtej że ma mnie uczyć. Widać takie tu mają zwyczaje, że nowych pracowników traktują jak stęchłe powietrze. Zapomniałam dodać, że pani manager z poziomu lady chłodniczej oznajmia mi że mój dzień próbny trwa od rana do wieczora. Osiem godzin fizycznej pracy za darmo? A kto wyjaśni mi co dalej? Jakie są warunki? Gdzie umowa?

Po kilkudziesięciu minutach, dowiaduję się od pracowników że o żadnej umowie nie ma mowy. Większość jeśli nie wszyscy, pracują tu na czarno. Nikt nie wytłumaczy mi co mam robić, sama muszę się pytać i dowiadywać. Żeby zarabiać, muszę zdać egzamin ze znajomości karty menu i karty win. Kto mi da materiały do nauki? Sama muszę je zdobyć. Na razie, czyli około tygodnia, będę się uczyła, czyli za friko pomagała innym kelnerom. Zarobki są uzależnione od obrotów restauracji. Żadnej podstawowej pensji, tylko napiwki i prowizja od rachunku klientów. Napiwkami trzeba się dzielić z chłopakami co noszą dania, i kobietami ze zmywaka, jakieś piętnaście - dwadzieścia złotych dziennie. A co jak nie mam danego dnia napiwków? Wykładam z własnej kieszeni. Istny haracz. Płać, albo giń. A, i bardzo ważna rzecz. Nigdy, przenigdy nie wolno mi jeść darmowych przystawek podawanych klientom – nie, nie dlatego że są liczone, ale dlatego, że lodówki od jakiegoś czasu nie mrożą. Łatwo o zatrucie, tak samo jak przy kilku innych daniach, które zanim zamówię sobie na obiad, powinnam skonsultować z szefem kuchni, żeby upewnić się że są przygotowane ze świeżych produktów.

Pracuję więc jak chińskie dziecko. Jeden dzień, potem drugi, trzeci. Okres świąt to czas wielkiego ruchu. Od wczesnego popołudnia długie kolejki gości tłoczą się przed wejściem. Restauracja ze względu na niskie ceny, jest bardzo oblegana. Specyficzny, nerwowy klimat panujący wśród kelnerów, udziela się i mnie. Trwa walka o klientów. O napiwki. O zamówienia. Każdy z nas próbuje coś zyskać, zarobić więcej, przynieść mniej kufli z piwem albo nabić zamówione danie na swój rachunek, zamiast na rachunek kelnera, który obsługuje dany stolik. Kelnerki w moim wieku noszą po pięć, sześć, litrowych kufli z piwem na raz, z parteru na drugie piętro, z drugiego piętra na parter. I tak w kółko. A jak któryś kelner stłucze talerz czy kieliszek, to musi za niego zapłacić. To samo przy czyszczeniu talerzy przed oddaniem do zmywania – sztućce należy wyłowić z talerza pełnego wypluwin i resztek, a potem nie myjąc rąk wracać do obsługi kolejnych gości.

Restaurację trzeba posprzątać, raz, dwa razy w tygodniu. Kelnerzy i kelnerki po całym dniu pracy zostają do późnej nocy żeby pomyć podłogi, stoły i schody, inaczej nie mają po co przychodzić następnego dnia do pracy – zostaną wykluczeni i zniszczeni przez kolegów kelnerów, zgodnie z zasadą jeden dla wszystkich, wszyscy na jednego.

Wytrzymałam ten cały trzeci dzień, i pod pretekstem konieczności douczenia się karty menu, zwolniłam się do domu. Kelnerka z którą pracowałam wcisnęła mi na odchodne część napiwku ze swojej dniówki, czyli jakieś 40 złotych. Za trzy dni pracy, zarobiłam więc te 40 złotych, które wydałam następnego dnia na maści i leki przeciwbólowe na ból kręgosłupa. Nigdy więcej nie wróciłam do tej restauracji, i nawet nie spodziewałam się że ktoś stamtąd będzie próbował dowiedzieć się dlaczego. Nie wiedzieli przecież ani jak się nazywam, ani jaki jest mój numer telefonu.

Zasada 2 - łapać złodzieja, nie dać mu uciec, za wszelką cenę zatrzymać go w sklepie

Wrzesień 2012. Sklep z ubraniami znanej zagranicznej sieci odzieżowej. Tu rozmowa w sprawie pracy wygląda zupełnie inaczej. Siadam na zapleczu z managerką sklepu, wypytuje mnie o szczegóły mojego doświadczenia, o umiejętności w zakresie obsługi klientów, znajomość języków. Zupełnie jakbym aplikowała na stanowisko dyrektorki sklepu albo szefowej zmiany. Tymczasem chodzi o zostanie zwykłą sprzedawczynią, czy jak to się teraz mawia specjalistą do spraw obsługi klienta, a w sklepach tej marki po prostu bezosobowo pracownikiem kasjer/ sprzedawca. Podczas rozmowy mogę dokładnie wypytać o umowę, wynagrodzenie i czas pracy. Umowa zlecenie, na okres próbny czyli około trzy miesiące, później umowa o pracę, o ile zdecydują że chcą żebym została (chodzą plotki, że po trzech miesiącach zwalniają, i wymieniają personel na nowy, żeby pozbyć się kosztów umów o pracę), do umowy potrzebne będą badania które muszę wykonać niezwłocznie według ich procedur. Czas pracy jest różny, w zależności od grafika, czasem sześć godzin, czasem pięć, a w niektóre dni dwie albo trzy. Sama mogę decydować ile chcę pracować, a przez to ile zarobię. Stawka za godzinę około 8 złotych na rękę. Wyliczam, podliczam i wychodzi mi że za miesiąc pracy, mogę dostać około 1200 zł. Koszmar? Wcale nie jest najgorzej, mimo że praca ciężka – rozładowywanie dostaw ubrań, sprzątanie sklepu, roznoszenie dziesiątek ubrań z przymierzalni po całym wielkim salonie mającym dwa poziomy, a do tego codzienne polowania na złodziei, rodem z westernów. W sklepie pracuję dwa dni, i zarabiam 98 zł, które przychodzi przelewem na moje konto miesiąc później.

Zasada 3 - być mądrym, zarabiać jak idiota

Styczeń 2013. Księgarnia w okolicach centrum warszawy, właścicielem jest ogromna sieć księgarń w całej Polsce, znana z niezłych rabatów na książki. Dzwonię, umawiam się z szefową na spotkanie. To pierwsze miłe spotkanie w sprawie pracy jakie pamiętam. Szefowa księgarni jest sympatyczna, inteligentna, oczytana i.... cholernie zmęczona. Całkiem szczerze tłumaczy mi jakie są warunki pracy - mogę mieć umowę o pracę i nie ma u nich z tym problemów, czas pracy to osiem godzin dziennie przez pięć dni w tygodniu, grafik ustalany z miesięcznym wyprzedzeniem – wszystko brzmi naprawdę dobrze. Ale.... no właśnie, zawsze musi być jakieś ale. Stawka za godzinę to 7 złotych brutto (około 6 złotych netto), a nawet przy późniejszej umowie o pracę zarobię maksymalnie 1200 zł miesięcznie na rękę, i podobno to wcale nie jest najgorzej w porównaniu z konkurencją. Raz na trzy miesiące pracownicy dostają premię uzależnioną od sprzedaży – dodaje, jakby chciała mnie tym pocieszyć. Jaką? Jak dowiaduję się przypadkiem od pracowników, około 500 zł na osobę, czasem mniej, czasem parę groszy więcej. Ach, cóż to za zawrotna kwota. Z wrażenia pośladki przyklejają mi się do siedzenia a oddech zdaje się urywać, jakby nawet powietrze w tej księgarni miało swoją cenę, jakby życie miało ujść z ciała mego a duch odpłynąć miał w dal siną, odległą i nieznaną nawet wielkim pisarzom – swoją drogą gdyby wiedzieli ile zarabiają ludzie, dzięki którym ich książki trafiają do czytelników, mogliby dostać czkawki.

Pierwszego dnia pracy przychodzę na dziesiątą. Zaskakuje mnie panująca tu miła, ciepła atmosfera którą czuć już od progu księgarni. Pracują tu głównie ludzie w wieku między 24 a 26 lat, niektórzy codziennie dojeżdzają po kilkadziesiąt kilometrów, za szansą i za nadzieją. Boją się mówić o swoich zarobkach i pracy tutaj, ale jak tłumaczą ich codzienne życie opiera się na walce o przetrwanie i kombinacjach, jak dociągnąć do kolejnej wypłaty, próbowali szukać pracy gdzie indziej, ale rekrutacje trwają długo, a żyć za coś trzeba. Na szczęście nie mają własnych rodzin i dzieci na utrzymaniu. Nawet nie planują ich mieć, no bo jak. Nie mogę ukryć wzburzenia na myśl o tym jak to możliwe że tak mądre, oczytane, doświadczone osoby mogą dawać się tak wykorzystywać. Czy po to skończyły studia? Czy naprawdę po to przeczytały setki jeśli nie tysiące książek, żeby ktoś wyceniał ich czas na 7 złotych brutto za godzinę? Przychodzi mi do głowy że jeśli sprawiedliwość istnieje, to w tym miejscu jej nie ma. Podobno prezes sieci księgarń, odwiedza to miejsce dosyć często. Bardzo chciałabym go spotkać, i zapytać czy ma odwagę patrzeć swoim pracownikom prosto w oczy. Chciałabym też zapytać, czy wie co znaczy walczyć o przeżycie w mieście gdzie bilet na autobus kosztuje prawie tyle ile on oferuje za godzinę pracy. Czy był kiedyś głodny i musiał zgodzić się na to, by wielka korporacja wyssała z niego jego wiedzę i umiejętności, odwzajemniając się sześcioma złotymi stawki za godzinę netto.

Dla samej przyjemności przebywania z pracownikami tej księgarni, zostałabym tu dłużej, ale cyk Walenty, na bok sentymenty, i po dwóch dniach pracy muszę się zwolnić, w końcu praca reportera wymaga ciągłych zmian. Gdybym podpisała umowę zlecenie, dostałabym za te szesnaście godzin pracy dni 96 zł netto.

Czy to jeszcze wyzysk, czy już oszustwo

Praca ma bardzo duży wpływ na kształtowanie psychiki młodego człowieka. Znam to po sobie, i widzę po bohaterach tego reportażu, którzy woleli pozostać anonimowi. Ludzie prawi, mądrzy, wykształceni i szlachetni, nie mając wyboru zgadzają się na to by wielkie firmy wysysały ich energię, by gwałciły ich prawo do godności i odbierały im szacunek do samych siebie. Podziwiam księgarzy których spotkałam. Podziwiam też dziewczyny pracujące w sklepie z ubraniami. Najmniej zżyłam się z ludźmi z restauracji, może dlatego że cwaniactwo weszło im w krew na tyle głęboko, że przysłoniło inne wartości. Słuchając opowieści tych młodych ludzi, o tym jak każdego dnia przychodzą do pracy, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że przekraczając próg sklepu, księgarni, restauracji czy innego miejsca pracy które wybrała za nich konieczność, są odzierani z marzeń i planów dotyczących własnej kariery. Że z każdym dniem ich szanse na to by coś w życiu osiągnąć maleją, a w ich miejsce pojawiają się niechęć do życia i żal że zostali wykorzystani. Po kilku latach żal przeradza się w lenistwo a poczucie bycia wykorzystanym w złe nawyki w pracy i kombinacje, których nie da się już odwrócić.

Przez kilka tygodni przeglądałam oferty pracy zamieszczane na portalach internetowych. Wymagania stawiane potencjalnym kandydatom to biegła znajomość języków, wykształcenie wyższe, prawo jazdy, biegła obsługa komputera, doświadczenie w pracy na podobnych stanowiskach.... i wiele więcej. Jeśli ktoś nie spełnia tych kryteriów, będzie mu ciężko. Jeśli będzie mu ciężko, może zgłosić się do tej czy tamtej korporacji na bezpłatny staż trwający od miesiąca do nawet pół roku (sic!), nie gwarantujący zatrudnienia. W trakcie stażu odwali lwią część roboty za niejednego pracownika, a na koniec usłyszy że właśnie mają redukcję zatrudnienia i z pracy w tej firmie pętelka. I znowu może pójść na staż do innej firmy, później do jeszcze innej, i tak dalej, i tak dalej, aż do śmierci i wypalenia zawodowego, kiedy zdecyduje się pracować za te sześć złotych netto, byle by mieć spokój.

Oczywiście, należy brać pod uwagę, że młodzi ludzie powinni być kreatywni, otwarci, umieć się dokształcać i stawiać na ciągły rozwój. Jak jednak mają to robić, zarabiając (nawet tymczasowo) sześć czy osiem złotych za godzinę, a w wielu przypadkach wolny czas spędzając na zajęciach na uczelni za którą także (często) muszą słono płacić. Jak mają się rozwijać wciąż i wciąż, skoro nie mogą poczuć że ktoś docenia i odpowiednio nagradza ich dotychczas zdobyte umiejętności? Jak mają myśleć o rozwoju i edukacji, skoro w ich głowach lęgną się jak robale myśli o tym że mogą zostać zwolnieni z pracy, albo że ktoś nie przedłuży im umowy śmiecia na kolejny miesiąc? I w końcu jak mają zakładać rodziny, skoro nie stać ich nawet na wynajem porządnego mieszkania w którym mogliby płodzić te deficytowe polskie dzieci!

W końcu poza wyjątkami, czyli wybitnymi młodymi ludźmi tryskającymi kreatywnością, są i tacy którzy nie palą się do otwierania własnego biznesu, ale czy mimo to nie należy im się godna wypłata tak żeby mogli po prostu nie bać się o swoje jutro?

Zgodnie z zasadami biznesu, teoriami odnoszenia sukcesów i podręcznikowymi poradami coachingu, powinniśmy sami decydować o własnym losie i cenić się tak, jak chcemy by cenili nas inni. No właśnie, może już czas by powiedzieć dość wyzyskowi, tylko jak to zrobić.

Sandra Borowiecka

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (23):

Sortuj komentarze:

W odpowiedzi na: "Piotr Madajczyk 20.05.2013 23:05 No tak, jedna strona to firmy, które potrafią zarabiać jedynie płacąc pracownikom pseudowynagrodzenie. Zgoda, że w wysokości właściwie obraźliwej dla kraju, który osiągnął pewien poziom rozwoju. Pokazującej także, jaka jest prawdziwa konkurencyjność tych niby nowoczesnych firm. Druga strona, pani Malwino, jest taka, że jeżeli ktoś po studiach idzie szukać pracy w sklepie, to często oznacza, że źle ustawił całe swoje plany życiowe. Zamiast zdobyć dobre kwalifikacje w praktycznym zawodzie, które w okolicach Warszawy zapewniłyby mu dostatnie życie (przegląd pieca do ogrzewania domu: do 300 PLN; wizyta bardziej rozgarniętego hydraulika od 100 PLN) idzie na jakieś studia, ma ogólne wykształcenie i konkuruje z tysiącami innych młodych ludzi w podobnej sytuacji. Ale czy nie dlatego, że uległ złudnej nadziei, że studia oznaczają nieograniczone możliwości? Pewnie powtarzano mu w domu: Najważniejsze dziecko, żebyś studiowało, a wtedy będzie ci w życiu lepiej niż nam. A sens mają tylko dobre studia, dopasowane do rynku i do uzdolnień studiującego. Inaczej jest się jedynie konkurentem do posady sprzedawcy i recepcjonistki."


Panie Piotrze doskonalę rozumiem Pana punkt widzenia i po części się z nim zgadzam. Sama świadomie wybrałam studia humanistyczne i dziś łączę pracę zawodową z wychowywaniem dziecka. Jestem z wyboru freelancerem i zarabiam tyle i dam radę zarobić. To jest jednak inna kwestia, bo dostosowania się do rynku pracy, który w mojej miejscowości praktycznie nie istnieje. Mogłam albo iść do sklepu (bo przepraszam chciałam spełnić swoje marzenia i robić w życiu to, co najbardziej lubię, czyli pisać) gdzie i tak by mnie nie przyjęli, ponieważ mam wyższe wykształcenie, albo robić to, co robię, albo też wyjechać, a tego nie zrobię, bo tutaj mój synek ma blisko całą rodzinę, dziadków, których uwielbia i się wiele od nich uczy. To raz.

Po drugie: Można odnieść wrażenie po Pana komentarzu, że studia nie mają sensu. Przepraszam rację bytu mają studia dobre- ale proszę mi wskazać, które takie są? Na przykładzie kierunków zamawialnych, dofinansowywanych przez rząd widać wyraźnie, że nie tylko studenci się mylą w doborze kierunku zawodowego, ale też i osoby doświadczone. Otóż absolwenci kierunków zamawianych mieli mieć zagwarantowane posady po ukończeniu nauki. Okazało się, że większość z nich nie ma jednak szans na otrzymanie pracy w zawodzie. I na co poszły lata ciężkiej nauki

Lepsze więc są szkoły zawodowe. Pomijam tutaj kwestie przygotowania do praktycznego wykonywania zawodu i z całym szacunkiem poziom prezentowany przez słuchaczy szkół zawodowych, który w większości ma wiele do życzenia i to nie tylko pod względem intelektualnym, ale może przede wszystkim kultury osobistej. Na koniec: Gdyby pasjonowało Pana pisanie zastałby Pan hydraulikiem, mechanikiem? Do tego tez trzeba mieć predyspozycje... Warto również zastanowić się nad kwestią zatrudniania absolwentek, które w większości przypadków są dyskryminowane, a na rozmowach kwalifikacyjnych zostają pytane o najbardziej intymne sfery życia, w tym o chęć posiadania dziecka.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Pani Marto, wielu moich znajomych tak właśnie rozpoczynało dorosłe życie i od takich właśnie stawek. Potem albo awansowali na wyższe stanowiska albo zmieniali pracę, ponieważ traktowali ją jako formę przejściową przed znalezieniem pracy docelowej. Tak jak wspomniałam dochodzą do tego napiwki, które też w zależności od lokalu podwyższają stawkę godzinową. Podstawę zarobków zapewnia pracodawca, natomiast to w jaki sposób traktuje się i obsługuje klienta przedkłada się na napiwki. Nie twierdzę, że nie zdarzają się nadużycia, ale nie demonizujmy wszystkich pracodawców. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał wykorzystać innych do swoich celów, ale wtedy się dziękuje za pracę, a firmę można zawsze zgłosić do Urzędu Skarbowego lub PIPu - na pewno się ucieszą.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Pani Kamilo, zgadzam się, że wynagrodzenie powinno być adekwatne do doświadczenia i "od czegoś trzeba zacząć", jednak stawkę rzędu 6zł/h trudno nazwać adekwatną do jakiejkolwiek pracy, a zatrudnianie pracownika "na próbę" - nieodpłatnie i na czarno - jest niezgodne z obowiązującym prawem.
Przy tym tym coraz częściej bywa tak, że po zdobyciu doświadczenia i podniesieniu kwalifikacji (na własny koszt) pracownik traci pracę, bo oczekuje wyższego wynagrodzenia. I tu kółeczko się zamyka...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Panie Marcinie, na Boga - żądali, bo rządać, to chyba znaczy, czekać, żeby rząd coś dał.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Niestety, ale zgadzam się w tym wypadku z Panem Mariuszem, gdyż sama kończąc studia łapię się za głowę, gdy patrzę na studentów, którzy zaraz mają wyjść z uczelni z wyższym wykształceniem, a tak naprawdę niewiele w związku z nim reprezentują. Oczekiwania bardzo często nie idą w parze z konkretną wiedzą i doświadczeniem, a tym samym trudno wymagać od pracodawców, żeby je spełniali.

Odmienną kwestią jest praca w usługach (restauracje/kawiarnie etc.). Jest ona trudna, nie przeczę, a także dodatkowo nisko opłacana (7zł/h), ale zapomina się o tym, że większość tych studentów/młodych ludzi otrzymuje dodatkowo napiwki i nagle z 7zł/h potrafi się zrobić 8-10zł/h. Poza tym naprawdę powstaje pytanie: czy osoba bez doświadczenia, przeważnie rozpoczynająca swoją pierwszą "karierę zawodową", powinna dostawać więcej? Od czegoś trzeba zacząć.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Absolutnie abstrahuje od tego kim jest autorka reportażu. To nie ma znaczenia. Ważny jest przedstawiony problem, który niestety jest dość powszechny, ale także i bardziej złożony. Trudna sytuacja ekonomiczna, kryzys, a w konsekwencji wyzysk pracowników lub brak miejsc pracy. Prosta zależność. To tylko jedna strona medalu. A druga? Wspomniana postawa roszczeniowa, którą niestety sam coraz częściej obserwuję wśród moich rówieśników, którzy kończą studia i wkraczają na rynek pracy. Bo mi się należy. Bo nie będę pracować za 1000 zł. Bo nie po to kończyłem studia, aby teraz pójść na zmywak. Będąc na wieczorowych studiach usłyszałem dialog jednej ze studentek, która mówi wprost do prowadzącego zajęcia, że niech od niej dużo nie wymaga, bo rodzice jej za to płacą, a ona świetnie się bawi spędzając na uczelni czas ze znajomymi. W związku z tym jakoś mnie nie dziwi, że pracodawcy mają takie, a nie inne wymogi, skoro każdemu coś się należy. Niestety nawet na V roku studiów nie wszyscy mają podstawową wiedzę o świecie, a chcą pracować od samego początku za 4000 zł. Więcej pokory. Wymagajmy od siebie, a wtedy nie będziemy zdziwieni tym co czeka nas na rynku pracy, który jak wiadomo idealny nie jest, ale to temat na osobny wpis.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Hm... Z drugiej strony, gdyby autorka nie była skandalistką, to ten reportaż nigdy nie wylądowałby na rotatorze i nie ujrzał światła dziennego. Przecież intencja była taka:
"Wszyscy piszą o Sandrze Borowieckiej serwis link publikują jej reportaż:)"

Komentarz został ukrytyrozwiń

Pani Marto, ale to, że płace są kiepskie w PL to nie jest żadne odkrycie. Ok opisała problem, ale reakcja tej Pani na propozycje pracy: 'Panie Kutasiński, przepraszam Kurasiński nie dzięki' naprawde wystawia świadectwo nie tylko jej samej ale i wszystkim o kim autorka tekstu napisała. Wyszło teraz tak, że ci którzy narzekają na kiepskie płace to chamy, beztalencia i w ogóle tylko by rządali a nic od siebie- słowem sama strzeliła sobie w stopę.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Panie Marcinie, dla mnie życiorys autorki nie ma większego znaczenia, motywy w gruncie rzeczy też. Zauważyła i opisała realnie istniejący problem. I nie jest to temat do rozmowy z Kubą Wojewódzkim, bo fani celebrytów usnęliby z nudów.
Jak Pan wie, nie trzeba być zegarmistrzem, żeby zauważyć, że zegarek stoi;) Mnie interesuje, dlaczego nie działa i co zrobić, żeby ruszył.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Marta Jenner ale z tego co doczytałem na gw pani autorka tego reportażu dostała już propozycje pracy za średnią krajową na trzy miesiące na próbę i odrzuciła ją w chamski sposób widać że chodzi jej o szum a nie pracę moze zaproszą ją do kuby wojewodzkiego ;]

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Zobacz także:

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.