Facebook Google+ Twitter

Scenki uliczne

Polityka w Polsce zaczyna przypominać niszczący wszystko huragan. Wiele już lat żyję na tym podobno najlepszym ze światów, ale takiego napięcia emocjonalnego, wywołanego sytuacją w kraju dawno nie przeżywałem.

Oczywiście jeszcze większe emocje odczuwaliśmy w roku 1989 i nawet w 1990, ale tamte lata dawały nadzieję. Teraz o nią bardzo trudno.

Polska ideologiczna


Nikt w dłuższym okresie, w każdym razie nikt w miarę normalny, nie wytrzyma takiej lawiny słów, wzajemnych oskarżeń i seansów nienawiści, takich jak ten w Stoczni Gdańskiej. Bardzo szybko nadejdzie zmęczenie, zniechęcenie i w konsekwencji odwrócenie się kolejnych grup społecznych od polityki.
Pisałem już kilka miesięcy temu, że w Polsce od ostatnich wyborów nastąpiła bardzo silna ideologizacja życia społecznego. Teraz, po smutnych wiecowych doświadczeniach dopowiem, że zaczyna ona przypominać lata Gomułki. Dlaczego nie Gierka, może zapytać ktoś przytomnie? Odpowiedź nasuwa się prosta. W latach siedemdziesiątych ideologię zastąpiła już biurokratyczna rutyna partyjna. Przemówienia, bardzo nawet częste i przy różnych okazjach wypowiadane, składały się z pustych, nic nie znaczących formułek. Odwołania do ideologii czynione przez Edwarda Gierka lub członków jego ekipy były rytualne i wypowiadane bez wiary w ich praktyczne znaczenie.

Gomułka był ideologiem, który jeszcze wierzył w sprawczą moc doktryny. Nikt tego dokładnie nie wie, ale być może nocami, pochylony nad biurkiem wertował święte księgi marksizmu – leninizmu, by znaleźć w nich dyrektywy i wskazówki pozwalające poradzić sobie ze skrajnym niedoborem towarów, brakiem dewiz i ciągłym społecznym niezadowoleniem. W tamtych, ideologicznych latach już studiowałem i doskonale pamiętam, ile wysiłku wkładaliśmy w zrozumienie ekonomii politycznej socjalizmu. Nie wiedzieliśmy przecież, że tego nie da się rozumowo ogarnąć, trzeba było w nią uwierzyć.

Niszczycielska gra polityków


Do podobnych mechanizmów politycznej perswazji, które wymagają bezrozumnego zawierzenia, odwołują się teraz politycy. I to właściwie wszystkich partii. Pokazały to najlepiej niedzielne demonstracje. Maszerowanie pod partyjnymi sztandarami ma zastąpić programy społeczno – polityczne, a wiecowe przemówienia i krzyki racjonalny spór na argumenty. Odnoszę wrażenie, że większość polityków, w każdym razie ci, którzy w wiecach brali udział, nie zdaje sobie sprawy, jaką niebezpieczną grę podjęli i jakie niszczycielskie demony mogą w ludzkiej świadomości wyzwolić.

Nie byłem zwolennikiem ulicznych demonstracji zorganizowanych przez Platformę Obywatelską, chociaż na nią głosowałem w ostatnich wyborach. Co więcej, mogę nawet z dumą powiedzieć, iż byłem ich zdecydowanym przeciwnikiem i swojego negatywnego stanowiska w dyskusjach nie kryłem. Żaden z jej przywódców bowiem, a mówili o nich dosyć często, nie był w stanie precyzyjnie określić ich celu, a przede wszystkim sensu. Ogólnikowe stwierdzenia, że chodziło o protest przeciwko polityce rządu niczego nie wyjaśniały. W konsekwencji demonstracja i kontrdemonstracje zorganizowane przez PiS i LPR nie dokonały żadnych zmian w polskiej polityce. Pokazały tylko, że wszystkie partie są w stanie zmobilizować swoich zwolenników, dowieźć ich w miarę sprawnie do Warszawy, wyposażyć w transparenty i sztandary.

Partie pokazały swoją słabość


Pytam tylko, po co to zrobiono? Wydano sporo partyjnych pieniędzy, które przydałyby się w wyborach samorządowych, odebrano wielu pracującym, a więc zmęczonym ludziom, piękny weekend, mieszkańcom Warszawy zafundowano kolejny dzień skrajnych komunikacyjnych niedogodności. A to wszystko dało w efekcie kolejną patową sytuację. Jak słusznie napisano w wielu trzeźwych poniedziałkowych komentarzach, największe polskie partie pokazały swoją słabość. Platforma Obywatelska nie zgromadziła aż tylu swoich zwolenników, by pokazać rządowi swoją siłę, a PiS, i niech to będzie dla niego przestrogą, także nie osiągnął wielkiego wiecowego sukcesu. O porażce świadczą najlepiej śmieszne przekomarzania się organizatorów, którzy nie chcą przyjąć trafnych zapewne szacunków policji i mnożą uparcie liczbę uczestników przez dwa. Rekord pobił Roman Giertych stosując mnożnik sześć.

A w Polsce nic się przez to nie zmieniło. Było smutno i będzie jeszcze smutniej. Teraz należy oczekiwać nadejścia kolejnej fali ideologicznych przemówień w klasycznym stylu Gomułki. Widać wyraźnie, że wraca nawet partyjny język charakterystyczny dla tamtych czasów. W dyskusji po opublikowaniu „taśm prawdy” przebił wszystkich, jak zwykle zresztą, prezydent Lech Kaczyński mówiąc, że ta „burza w szklance wody to woda na młyn mediów”.

Gomułka powiedziałby zapewne „woda na młyn imperialistów, czyhających na nasze błędy”, ale może wystarczy trochę jeszcze poczekać i imperialiści też się pojawią w jakimś przemówieniu.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Wydaje mi się, że społeczeństwo widząc to co się dzieje w rodzimej polityce, podejmie się trudnego zadania i wyruszy tłumnie do urn wyborczych. Wierzę w rozsądek rodaków i wierzę, że tym razem podejmą słuszną decyzję kierując się rozumem a nie emocjami. Mam nadzieję, że Polacy są świadomi swoich praw (i obowiązków) i uwierzą w swoją moc sprawczą, która przy dobrym wietrze zmieni nieco (a może radykalnie) kierunek łodzi sterowanej przez obecną władzę. Właściwie nie mam nic przeciwko wiecom poparcia, które de facto były wiecami (przed)wyborczymi. Szkoda tylko, że nie miały one miejsca w aulach, teatrach czy innych halach sportowych (lub jak to miało miejsce w Łodzi - na stadionie [spotkanie Rodziny Świadków Jehowy]). Zaoszczędziłoby to nerwów kierowcom, uczestnicy manifestu poparcia nie musieliby maszerować kilometrami, a i służby mundurowe mogłyby skupić swoją uwagę na łapaniu piratów drogowych. Jest jeszcze jeden powód, dla którego warto organizować takie wiece (głównie PiS) - młodsi rodacy mają okazję zobaczyć "na żywo" jak dawniej wyglądały podobne spędy partyjne. Nawet język polityków nie zmienił się znacznie. Wszak o całej dzisiejszej opozycji można powiedzieć, że są to "zaplute karły reakcji".

Komentarz został ukrytyrozwiń

"Pokazały tylko, że wszystkie partie są w stanie zmobilizować swoich zwolenników, dowieźć ich w miarę sprawnie do Warszawy, wyposażyć w transparenty i sztandary." - można a nawet trzeba zgodzić się z tym sądem - tylko brak jednego oczywistego wniosku, że najwięcej zwolenników w Polsce ma "partia" - "zwyczajnych" Polaków, którzy nie biorą udziału w wyborach (+ - 40%) i "Oni" prawdziwie w sobotę się zmobilizowali (jak zwykle i prawidłowo :) ) - spędzając czas w pracy, na działkach, wyjeżdżający z W-wy (a nie zmierzający do niej w sobotni ranek), robiący wszystkie inne rzeczy od uczestnictwa w "party" z Panami Giertychami, Kaczyńskimi, Tuskami itd. I właśnie nie branie udziału w spędzie 20 tys. ludzi (podobno zwolenników 2 największych polskich partii) był największą polską demonstracją - tam był Polska... ! :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.