Pozycja materiału w rankingach:
Najtrudniej było namówić posłów na pedicure. Zwłaszcza z chłopskich partii. Bo to gumofilce i gumiaki, a buty tylko od święta. Więc odcisków pełno. Trzeba było delikatnie sugerować, że pedicure może się przydać. Ale posłowie torpedowali jednym — to takie niemęskie.
O tym hotelu przez ostatnie lata krążyły zazwyczaj wesołe i pikantne
opowieści. O tym, że alkohol lał się strumieniami i to ponad partyjnymi
podziałami, że posłanki SLD śpiewały „Pierwszą brygadę”, a posłowie
ZChN przesiadywali nie tylko w kaplicy ale także w drink barze.
Wreszcie o tym, że chłopi z PSL i Samoobrony potrafią się bawić jak
prawdziwe paniska. Do tego jeszcze doszła seksafera. Nic więc dziwnego,
że to miejsce działa na wyobraźnię.
Wiejska wita was
Żeby jednak wejść do hotelu, trzeba mieć kogoś, kto wprowadzi.
Najlepiej posła, a w przypadku kobiety — posłankę. Tak bezpieczniej.
Kiedy już jestem na liście, mogę przekroczyć hotelowy próg.
Najpierw
jednak kontrola. Prześwietlany jest bagaż, a gościa sprawdzają
wykrywaczem metalu. Jeśli nie brzęczy, to się wchodzi. Jak brzęczy,
sprawdzają ponownie. Aż przestanie. Straż przy wejściu lustruje ruch w
holu całą dobę. Wyciągnięty aparat fotograficzny budzi od razu czujność
i niepokój.
Hotel, połączony z budynkiem Sejmu i Senatu, tworzy istny labirynt.
-
Ja się tu czuję jak kret. Te niekończące się korytarze i podziemne
przejścia — mówi Jolanta Szczypińska, którą spotykam w kolejce do
hotelowego sklepiku spożywczego. Robi zakupy na śniadanie. Dietetycznie
i oszczędnie — płatki śniadaniowe i mleko.
- W domu też jadam owsiankę — tłumaczy.
Dla
„obcego” jednak sam hotel może się bardziej kojarzyć ze stacją
kosmiczną, niż z kretowiskiem (chociaż posłowie potrafią pod sobą ryć).
Jest tu wszystko pod ręką, czego człowiek potrzebuje. A nawet i więcej.
Bo kto w domu ma basen, kaplicę, saunę, pralnię, sklepik z kwiatami,
prezentami, kosmetykami, sklep spożywczy, bar i restaurację, sklep z
odzieżą i butami, fryzjera, manicurzystkę, pedicurzystkę, siłownię,
księgarnię. Uff...
Można się więc przez tydzień z hotelu nie ruszać. Nic dziwnego, że niektórzy posłowie szybko tracą kontakt z rzeczywistością.
Ani luksus, ani dziadostwo
Budynek jest sześciopiętrowy. I jak mówi Jacek Kurski — napotkany w
holu — to jakiś późny Gomułka albo w najlepszym razie wczesny Gierek.
Dla
przeciętnego zjadacza chleba, poselskie pokoje hotelowe przypominają te
w dwugwiazdkowych hotelach Tunezji czy Grecji. Jednak sami posłowie nie
są nimi zachwyceni.
Senator Dorota Arciszewska-Mielewczyk zaprasza do swojej „wózkarni”.
- Tę nazwę mojego pokoju wymyśliła mama, która obejrzawszy go stwierdziła, że wózkarnia w jej bloku jest dokładnie taka sama.
Pani
senator skarży się, że trafiła się jej również kiepska łazienka. Z
prysznicem, a nie wanną. Jest tam tak ciasno, że można się tylko
obrócić.
Poseł Joanna Senyszyn miała więcej szczęścia. Bo w ubiegłej
kadencji poprosiła o zmianę pokoju i dostała większy z wnęką. Ma więc
coś na kształt mini sypialni i mini saloniku.
Swoje lokum hotelowe
poseł Tadeusz Cymański kwituje: — Ani luksus ani dziadostwo. Chociaż ja
mam tu lepiej, niż w domu. Bo mamy cztery pokoje, a jest nas siedmioro,
plus suka Aza. Więc dopiero w hotelu sejmowym mogę powiedzieć, że pokój
mam tylko dla siebie.
Zwiedzanie hotelu to czysta przyjemność. Jest
gdzie pozaglądać. Chyba, że nie pozwolą, jak na basenie. Obsługa tego
miejsca nabiera wody w usta, kiedy pytam o poselskich pływaków. Z
pytaniami odsyła do rzecznika Sejmu.
Z kuluarowych opowieści wynika,
że niezłym pływakiem jest Andrzej Lepper. W poprzedniej kadencji
potrafił wstawać o szóstej rano, żeby przepłynąć kilka razy basen.
Teraz ma świńską górkę.
Na
basenie jest nie tylko pełna dyskrecja ale też pełna kultura. Pływający
dostaje białe, jednorazowe kapcie. Po kąpieli może usiąść przy stoliku,
żeby odpocząć.
Z basenu udaję się do kaplicy. Pusto (potem jeszcze
kilka razy zaglądam i jest tak samo, ani żywej duszy). Uwagę zwraca
fotel, na którym siedział Jan Paweł II w czasie posiedzenia Sejmu z 11
czerwca 1999 roku.
Tuż przy kaplicy znajduje się sklep spożywczy z
alkoholem. Wódkę od obiektu sakralnego dzieli tylko kilka metrów. W
poprzedniej kadencji, były co prawda próby rozwiązania tego problemu.
Ale stanęło na tym, że skoro sklep był pierwszy, to trzeba byłoby
zamknąć kaplicę. Posłowie zdecydowali więc — niech już tak będzie, jak
było. Czyli Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek. Nie robiąc sobie nic z
łamania w ten sposób ustawy o wychowaniu w trzeźwości, która zakazuje
sprzedaży alkoholu w pobliżu miejsc sakralnych.
„Wpieprzaj dziadu”
Ale ten sklepik to obecnie jedyne miejsce w hotelu, gdzie można
kupić alkohol. I to tylko do godziny 22. Potem — ratuj się jak możesz.
Niektórzy właśnie w tym upatrują pewnego wyciszenia życia hotelowego.
Inni jednak mówią, że to seksafera zrobiła swoje.
Do niedawna
jeszcze drinki i inne alkoholowe napitki można było kupować w hotelowej
restauracji. Ale prowadzący ją ajent dostał po 15 latach wypowiedzenie.
Nowy zaś wprowadza swoje porządki i czeka na koncesję, która mu pozwoli
serwować alkohol, na kieliszki jednak, nie na butelki — jak wcześniej
bywało.
Koncesja ma już być od 5 lutego.
Na razie w restauracji
jest pustawo. Część posłów żywi się oszczędnie, po studencku. Czyli
pichci we własnych pokojach. Albo woli coś kupić na ząb w sklepiku, niż
iść do restauracji na śniadanie, które kosztuje 15 złotych od osoby.
Ale za to jest szwedzki bufet. I można jeść tak długo, aż się odpadnie
od stołu. Niektórzy próbują się więc najeść na cały dzień.
Podobnie jest z obiadem. Tyle, że od osoby kosztuje 20 złotych.
Sami
posłowie zwłaszcza ci, którzy już mają solidny staż hotelowy narzekają,
że teraz wyżerka w restauracji to nie to. Że już nie karmią jak za
Gierka tłusto i suto. Tylko tak jakoś egzotycznie w stylu feng shui.
Na razie w kuluarach trwa konkurs na nazwę tej restauracji. Złośliwi twierdzą, że wygrywa „Wpieprzaj dziadu”.
Ale
i tak wszyscy wiedzą, że najtaniej i najlepiej karmią u prezydenta,
czyli w stołówce Kancelarii Prezydenckiej. Smacznie bo domowo. Tanio,
bo stołówka jest dotowana. Tyle, że czynna do godziny 15 i trzeba wyjść
z budynku. Ale tylko kilkanaście metrów.
W słynnym barze „Za kratą”
o tym, że tu kiedyś sprzedawano alkohol, świadczy jedynie wywieszka —
nietrzeźwym i młodzieży do lat osiemnastu alkoholu nie podajemy. Ale
już wkrótce alkohol będzie — słyszę. Tu też czekają na koncesję. Na
razie miejsce jest puste i osowiałe. Bo kto by wpadał na sok albo kawę?
Trudno
się rozmawia z obsługą hotelową. Sami pracownicy nie kryją, że kiedyś
mogli więcej powiedzieć. Ale dziś trudno o pracę. Więc kto się pani
wychyli - słyszę. Wszyscy jednak po równo narzekają, że w tej kadencji
posłowie mniej dają zarobić.
- Da się wyżyć? — pytam fryzjera, widząc puste fotele w męskiej części gabinetu.
-
Na najtańszą gazetę zarobię — śmieje się Zygmunt Lange i od razu
uprzedza — Ale my tu fotoreporterów gonimy. Bo jak można fotografować
kobietę z mokrą głową? Jeszcze kobietę znaną. Próbowali, a jakże. Ale
nam się udało rozpędzić bractwo. To osobiste usługi. Wymagają
dyskrecji. Nie ma mowy o tym, żeby zdradzać, który z posłów ma
farbowane włosy, a który doczepiane — tłumaczy.
Mistrz Lange jest od 40 lat w zawodzie. I przez jego ręce przeszło wiele znanych głów.
- Strzygłem Wałęsę, Rokitę, Kuronia — przyznaje z dumą.
Panowie
zazwyczaj do zakładu fryzjerskiego trafiają wtedy, kiedy mają stanąć na
sejmowej mównicy, albo kiedy ich czeka występ w telewizji. Bywa, że
żona jednemu czy drugiemu zwróci uwagę, że trzeba zrobić porządek z
włosami. Wtedy też przyjdzie do fryzjera.
A jak już klient jest, to
oni się starają, żeby podczas strzyżenia czy golenia miał pełny relaks.
Żadnych rozmów o polityce. Snuje się tylko cicha muzyka. Klienta się
zagada o szanowną małżonkę albo o dzieci, czasami o psa, jeśli ma. Bo
poseł musi się odprężyć. Odreagować. Tak, żeby chciał tu wrócić.
Najtrudniej
było namówić posłów na pedicure. Zwłaszcza z chłopskich partii. Bo to
na codzień gumofilce i gumiaki, a buty tylko od święta. Więc odcisków
pełno. Trzeba było delikatnie sugerować, że pedicure może się przydać.
Ale posłowie torpedowali jednym — to takie niemęskie. Jak to niemęskie?
— mówiliśmy. A odciski męskie? Niektórzy przychodzili. A potem
dziękowali i mówili — ale mi teraz dobrze.
Ceny w poselskim
gabinecie fryzjerskim są przeciętne, jak na Warszawę. Strzyżenie na
mokro męskiej głowy — 20 złotych. Strzyżenie na jeża — 35. Kiedy się
dziwię, że jeż aż tyle kosztuje, pan Zygmunt się oburza — to nie to
samo strzyżenie. Na jeża to już artystyczna robota. Tu nie wystarczy
tylko przejechać maszynką po głowie.
W księgarni ruch też niewielki. I znowu ta sama śpiewka. Dawniej tłoczniej bywało.
Panie
tu pracujące wspominają, że w latach 90. byli tacy posłowie, którzy się
nie wstydzili przyjść z prośbą, żeby im sprzedać książki, które pozwolą
nadrobić brak wiedzy z historii czy ekonomii. Przyznawali to bez
żenady. Wtedy często zaglądali z taką prośbą posłowie z PSL. Aż miło
było patrzeć jak niektórzy się pięknie w ciągu tych czterech lat
rozwijali.
W księgarni są głównie książki fachowe i beletrystyka. A
jak poseł czy posłanka zapyta o romans to usłyszy, że może kupić na
stacji benzynowej, ale nie tu. No, może nie w tak ostrej formie —
słyszę.
Andrzeja Leppera jeszcze w tej kadencji w księgarni nie
widziano. Za to Genowefa Wiśniowska nadrabia za całą Samoobronę, Ale
już na pytanie — co kupuje, pada twarda odpowiedź — książki fachowe.
Dobrymi klientami są także młodzi z LPR. Oni gustują w podręcznikach dla kadry menedżerskiej.
Obok
recepcji znajduje się dyspozytorka samochodów poselskich. Posłowie mogą
się nimi poruszać po Warszawie. Ale tylko od poniedziałku do piątku, w
czasie obrad Sejmu. Poseł może jechać do telewizji i na spotkanie z
wyborcami, a także do galerii Mokotów na zakupy. Bo kto go sprawdzi?
Zawsze może powiedzieć, że spotkał się tam z elektoratem.
W tej
kadencji marszałek Marek Jurek wprowadził dla posłów pewną niewygodę. W
weekendy nie ma służbowych aut. Jeśli poseł chce, to może jeździć po
Warszawie taksówkami. Niektórzy na początku jęczeli, bo najpierw trzeba
pieniądze wyłożyć z własnej kieszeni. A potem jeszcze chodzić z
rachunkiem. Co za niedogodność.
Personel hotelowy traktuje posłów niemal jak bogów. Obojętnie z
jakiej jest opcji i czy z zarzutami. Joanna Senyszyn ma na to swoje
wytłumaczenie. Traktują posłów jak bogów, bo sami posłowie tak siebie
traktują. Przecież to Renata Beger powiedziała - my wybrańcy narodu.
Być
na Wiejskiej i nie pójść do Sejmu? Wystarczy tylko przejść z hotelu
przejściem podziemnym. Na galerię wiodą szerokie marmurowe schody.
Podobno każdy poseł musi przynajmniej raz być na nich na kolanach.
Rzeczywiście jest ślisko. Na sali obrad dzień jak codzień. Zwykła
parlamentarna jatka, przedzielana przerwami. W czasie tych przerw
posłowie kręcą się po galeryjce w nadziei, że trafią przed kamery. Od
czasu do czasu partie robią szybkie konferencje prasowe.
W Sejmie
też mamy niekończący się sznur korytarzy. W jednym z nich znajduje się
najbardziej okazały gabinet - marszałka Marka Jurka (z mini barem z
którego kelner donosi marszałkowi kawę lub herbatę na tacy).
Wejść
do gabinetu marszałka niełatwo, ale się udaje. Przestronny pokój, mimo
dnia oświetlony. Na jednej ścianie duże lustra. Tak, że marszałek
siedząc w fotelu, może się przeglądać. I spoglądać na oparty o lustro
obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Ten widok robi wrażenie.
Ryszarda Wojciechowska
Zobacz także:
Sortuj komentarze:
Mir Nalezińskí 03.02.2007 14:50
*że pedicure może się przydać* - lepiej *pedikiur, manikiur, kiur*
*manicurzystkę, pedicurzystkę* - jak wyżej
*Potem — ratuj się jak * - a cóż to za kreska rekordzistka? Do Guinnessa! :--------------------------------------)
*najtaniej i najlepiej karmią u prezydenta, czyli w stołówce Kancelarii Prezydenckiej. Smacznie bo domowo. Tanio, bo stołówka jest dotowana* - smacznego! Tanie Państwo...
*Nie ma mowy o tym, żeby zdradzać, który z posłów ma farbowane włosy, a który doczepiane — tłumaczy.* - fryzjer, a taki mądry. Inni, gdy tylko dowiedzą się o zarobkach piłkarzy to zaraz do tabloidu pędzą... A inni przekazują dalej...
Happening po japońsku - artysta nakarmił gości swoimi genitaliami
(odsłon: +7377)