Facebook Google+ Twitter

Selector elektroniką stojący

Chwałę sobotnich koncertów na Selectorze uratowali twórcy muzyki elektronicznej.

 / Fot. SelectorDrugi dzień był trochę pechowy. Postanowiliśmy ze znajomymi zacząć od ambientów - będzie ładnie, spokojnie i w dobrym stylu. Skończyło się na dość chaotycznym secie Stendka, w którym wszystko skrzeczało i krzyczało (ani śladu ambientów), a w tle leciały przerażające wizualizacje z żółwiami szarpiącymi liście mlecza. Niepokojące widowisko.

Później było Delphic, które zagrało bezbarwny, bezpłciowy koncert. Dobra, przyznaję, zaczęło się dość obiecująco kawałkiem "The momentary", w którym jest wakacyjna aura i przyjemnie zaaranżowane, prościutkie riffy. Niestety, dobra passa powtórzyła się jeszcze tylko raz - przy "Red lights", w sumie skonstruowanym w identyczny sposób. Reszta kompletnie się rozmyła w chaotycznych dyskotekowych bitach, śmiesznie prostych gitarach i wtórnych melodiach. Nudy, straszne nudy. Co gorsza, ten stan nie zmieniał się przez kolejne godziny - odpuściliśmy sobie Pol_On, by pójść po odpoczynku na jednego z headlinerów, Metronomy, i znów gorzko się rozczarować. Kolejny angielski indie zespolik, który idzie na łatwiznę i powiela schematy. Ot, grali, grali jakieś disco, niby wesoło i do tańca, a jednak banalnie do bólu. Były dwie rzeczy, które uznać można za interesujące: ich basista, całkiem niezły muzyk i posiadacz świetnego falsetu, który dodawał trochę Boney M'owego powabu do koncertu oraz białe migające koła na koszulkach.

Coś musiało ten wieczór zmienić - i, o dziwo, nie był tym czymś Faithless, ale The Booka Shade i Boys Noize. Apropo Faithless można powiedzieć wiele, jako że jest to zespół wielki, wielbiony i z wyśmienitym dorobkiem na koncie. Można także powiedzieć niewiele, skoro koncert zagrali nie muzycy z krwi i kości, ale istne maszyny do produkowania perfekcyjnych (aż bolesnych) dźwięków. Nie było rozdzierających emocji - "God is a DJ" brzmiało bezdusznie, choć miało pyszną oprawę, z podwójnym zestawem perkusyjnym, ciekawą wizualizacją i świetnymi bitami włącznie. "Mass destruction" straciło cały klimat tanecznego szlagiera, przearanżowane i spłaszczone. Jedynym, co dodało autentyzmu, był biały wokalista o niebywale wysokim, pięknym głosie, który zaśpiewał kilka utworów, na przykład "Bombs". Reszta - ot, Faithless, klasyka, coś co trzeba było zobaczyć i coś, czego widzieć jednak nie musiałam.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.