Przede wszystkim jest decyzją odważną. I w zasadzie jedyną możliwą – wbrew wszelkim spekulacjom komentatorów i publicystów, którzy mieli różne zdanie o słuszności udziału Piesiewicza w wyborach. Także wbrew rozważaniom samego senatora, który długo krył się z ostateczną deklaracją w sprawie swojego startu do parlamentu. Wielokrotnie Piesiewicz również sam wygłaszał na ten temat niespójne konkluzje - na przełomie lipca i sierpnia w wywiadzie dla dziennika "Rzeczpospolita" zapierał się w twierdzeniach, że musi jeszcze wiele przemyśleć i skonsultować decyzję na temat startu z bliskimi mu osobami, by dwa dni później w rozmowie z Tomaszem Lisem dla innej gazety ogłosić, że z pewnością w wyborach wystartuje – wbrew wszelkiej krytyce i rodzących się z niej wątpliwościom. Można przypuszczać, że te dwa wywiady przeprowadzone zostały mniej więcej w tym samym czasie, a jednak deklaracje w nich zawarte były zupełnie różne. Czy Piesiewicz wówczas faktycznie tak się wahał, by zmieniać decyzję w ciągu kilku godzin, czy z jego strony była to wyłącznie gra i budowanie napięcia przed wyborcami - wie tylko on sam.
Decyzję o rezygnacji z udziału w wyborach Piesiewicz podjął bardzo szybko. W ten sam dzień przecież gościł jeszcze w radiu TOK FM i wspominał, że kilka godzin po audycji ma spotkanie z członkami swojego komitetu wyborczego. W ten sam wieczór nagle zrezygnował. Wielu ta informacja zaskoczyła, bez względu na to, czy ktoś zgadzał się ze słusznością startu senatora w wyborach, czy też nie. Jedno jest pewne - Piesiewicz w końcu coś zrozumiał. I wyciągnął z tego wnioski. Zrozumiał rzecz zasadniczą - że jemu samemu, biorąc pod uwagę cały dramat, jakiego doświadczył w ostatnich latach, nie będzie na rękę ponowne ubieganie się o mandat senatorski. Pomimo wszelkich chęci. Pomimo wielu głosów wsparcia, które wprawdzie nie równoważyły powszechnej krytyki i sceptycyzmu wobec startu senatora, ale jednak w pewnym stopniu motywowały Piesiewicza i dawały mu nadzieję na zrozumienie ze strony wyborców. Pytanie tylko, czy zrozumienie w tym przypadku oznaczałoby akceptację, wyrażoną w postawionych krzyżykach obok nazwiska senatora na wyborczej karcie. Zrozumienie bowiem to jedno, a akceptacja, wiążąca się z negacją dawnych występków Piesiewicza i pozbawieniu ich znaczenia - to drugie.
Piesiewicz zdecydował się na ten krok, mimo że niebawem rezygnacja ze startu w wyborach pozbawi go tak długo bronionej przez niego (i nie tylko przez niego - większość senatorów stanęła w tej sprawie po jego stronie) zasłony chroniącej senatora przed potencjalnymi oskarżeniami ze strony sądu. Tą zasłoną jest immunitet, pozwalający zachować Piesiewiczowi nietykalność. Nasuwa się w związku z tym pytanie: czy Piesiewicz, tak zdecydowanie upierając się przy przysługującej mu możliwości ochrony dzięki immunitetowi, bał się procesu? Ale jeśli się bał, to dlaczego tak uparcie stał na straży swej niewinności? Dlaczego przyprawiał sobie sam konsekwentnie łatkę ofiary? Czy uczciwy człowiek nie powinien walczyć o dobre imię, choćby miał to robić przed sądem? Jeśli senator chciał udowodnić swą niewinność i odbudować przez to choć w części swój nadszarpnięty wizerunek, immunitet paradoksalnie mu nie pomagał. Wręcz przeciwnie. Ta niechęć do zrzeczenia się immunitetu nie tylko senatorowi nie przynosiła korzyści, a rodziła nowe wątpliwości.