Facebook Google+ Twitter

Seriale - wyzwanie rzucone produkcjom z Hollywood

Do niedawna serial telewizyjny kojarzył nam się z niezbyt wyszukaną tematyką i dość słabym poziomem realizacji. Jednak coś się zmieniło i to na lepsze, czego dowodem są produkcje pokazywane ostatnio w naszej telewizji.

W najbliższą niedzielę jedna z polskich stacji telewizyjnych pokaże pierwsze odcinki serialu, który w Stanach Zjednoczonych bije rekordy popularności. “Prison break”, czyli “Skazany na śmierć” opowiada historię Michaela Scofielda, który napada na bank tylko po to by dać się złapać policji i trafić do więzienia.

Jego celem jest jednak konkretne więzienie - Fox River, gdzie przetrzymywany jest jego brat, skazany przez sąd na karę śmierci. Michael wierzy, że jego brat jest niewinny i postanawia wydostać go stamtąd. Scofield ma ułatwione zadanie. Sam projektował plany budynku, a żeby mieć do nich dostęp – tatuuje je sobie na całym ciele. Zapowiada się potężna dawka wrażeń, a to dopiero początek.

Seriale telewizyjne nie zawsze były małymi dziełami sztuki, z wciągająca fabuła i wartką akcją. Dziś jesteśmy przyzwyczajeni do wysokiego poziomu telewizyjnych historii w odcinkach, ale jeszcze do niedawna na srebrym ekranie królowały mdłe opery mydlane i seriale sensacyjne klasy B. Ewolucja amerykańskich seriali przebiegała bardzo powoli. Dopiero od kilku lat widać ogromne, wręcz gwałtowne postępy w rozwoju tego gatunku.

Początki

Seriale telewizyjne emitowane są niemalże od samego początku istnienia telewizji. W latach 50. i 60. największe triumfy święciły westerny, legendarny serial "Bonanza" jeszcze kilka lat temu można było zobaczyć i u nas. W kolejnych latach popularność zaczęły zdobywać seriale komediowe (narodziły się m.in sitcomy), seriale kryminalne i opery mydlane. Z biegiem czasu telewizyjne produkcje zaczęły gromadzić coraz większą widownię, a stacje rozpoczęły wyścig o widza.

Pierwsze seriale były dość naiwne, przewidywalne, a niewielki telewizyjny budżet na każdym kroku dawał o sobie znać. Miały jednak one swój urok i zapewne dlatego ludzie tak bardzo lubili je oglądać. Zresztą, była to nowa forma spędzania czasu, swoista rewolucja. W tym czasie produkcje takie jak "Wyspa Giligana", "Statek miłości", czy "Aniołki Charliego" biły rekordy popularności, oglądały je całe rodziny.

Lata 80. to z jednej strony postępująca infantylizacja seriali. Stawały się one coraz bardziej naiwne, plastikowe i kiczowate, a mimo to zdobywały olbrzymią popularność i co gorsza, zaczęły kreować trendy w modzie, stylu życia. Pierwszym serialem, który miał taki wpływ na widzów byli "Policjanci z Miami", to właśnie on zapoczątkował masową modę na styl lat 80., taki jaki znamy. Nagle okazało się, że historie w odcinkach mogą mieć ogromną siłę oddziaływania i co za tym idzie, przynieść ogromną popularność i pieniądze, a nawet pewnego rodzaju władzę. Na szczęście "Policjanci z Miami" to była całkiem przyzwoita produkcja, więc można było wybaczyć jej pewne grzeszki. Nie da się tego, niestety, powiedzieć o konkurentach, takich jak "MacGyver", "Drużyna A" i paru innych. Serie te miały swój urok i można je było polubić (sam jako dzieciak z wypiekami na twarzy śledziłem kolejne pomysły MacGyvera), jednak obiektywnie rzecz ujmując nie był to serial z “górnej półki”.

Czy lata 80. były jednak straconym czasem jeśli chodzi o produkcję seriali? Nie do końca. W roku 1987 światło dzienne ujrzała produkcja, który jaka pierwsza pokazała Amerykanów w “krzywym zwierciadle”. Mam tu na myśli "Świat według Bundych". Nikt wcześniej nie pokazał Ameryki i jej mieszkańców tak złośliwie, naśmiewając się ze wszystkich ich wad i przywar. Często przekraczano granice, dowcipy były może i niezbyt wysokich lotów, nierzadko prostackie i sprośne, ale moim zdaniem chodziło przede wszystkim o prowokację i krytykę. Już sama postać głównego bohatera, Ala Bundy'ego to zaprzeczenie "American dream". Jest on totalnym nieudacznikiem, nic mu w życiu nie wychodzi i zawsze ma pecha. Nie szanują go ani przyjaciele, ani najbliższa rodzina, ani tym bardziej obcy mu ludzie. Jest niczym postać z tragedii antycznej, nad którą wisi fatum. Cokolwiek Al zrobi, czegokolwiek się dotknie, skończy się to przegraną, porażką. Dzięki niemu ludzie w Ameryce i na całym świecie zobaczyli, że nawet komuś kto mieszka w najpotężniejszym kraju na świecie nie musi się powodzić w życiu, co zapewne jest jedną z przyczyn rekordowej oglądalności serialu na całym świecie. Serial ten jest ważny jeszcze z jednego powodu, mianowicie obalił wiele tematów tabu, dzięki niemu zaczęto odważniej przeciwstawiać się podstarzałym normom, nakazom obowiązującym w przekazie publicznym.

Czas zmian

Następne dziesięciolecie przyniosło zmian. Już na samym początku lat 90 pojawił się bowiem serial będący arcydziełem gatunku. Twórcą był David Lynch, a serial nosił tytuł "Miasteczko Twin Peaks". Trudno opisać to dzieło będące mistrzowskim połączeniem różnych gatunków, od dramatu, opery mydlanej po surrealistyczną komedię z domieszką science - fiction. Niesamowita atmosfera małego misteczka, w którym dokonano potwornej zbrodni, i ludzi w nim żyjących, z ich sekretami i grzechami dosłownie hipnotyzowała widza. Do tego dochodzi wspaniała kreacja Kyle'a MacLachlana, w roli agenta Coopera i muzyka Angelo Badalamentiego, która po pierwszym przesłuchaniu zostaje w pamięci na zawsze.

"Miasteczko Twin Peaks" było przełomem w telewizji, było pierwszym serialem o ambicjach artystycznych, tworzonym przez reżysera - wizjonera, poruszającym ważne tematy. Czegoś takiego wcześniej nie było. W tym samym roku zadebiutował kolejny znakomity serial "Przystanek Alaska". Także i ta produkcja bawiła się różnymi konwencjami, także trudno było jednoznacznie zaklasyfikować, czy była to komedia, dramat, czy film obyczajowy z zacięciem filozoficznym. Z pewnością wszystkiego po trochu. Najważniejsze jednak było to, że zaczęły pojawiać się seriale będące czymś więcej niż tylko pustą rozrywką, w dodatku na nie najwyższym poziomie. Zaczęto realizować projekty dla myślącego i wymagającego widza, a to był dopiero początek, najlepsze dopiero przed nami.

W 1993 roku na ekranach amerykańskich telewizorów po raz pierwszy pojawił się serial "Z Archiwum X" i z miejsca okrzyknięty został pop - kulturowym fenomenem końca XX wieku. I wiele w tym racji. Serial ten, znany chyba każdemu kto przynajmniej kilka godzin w tygodniu oglądał telewizję. Podejmował tematykę zjawisk paranormalnych, niewyjaśnionych zdarzeń i dwa punkty widzenia każdego z nich - agent Mulder i jego czasem naiwna i bezkrytyczna wiara w to co widzi (a raczej w to czego nie widzi) i Scully, patrząca na każdą sprawę trzeźwym, analitycznym okiem. Ta właśnie para agentów stała się najbardziej znanymi postaciami srebrnego ekranu końca XX wieku, a sam serial uznany został za jeden z najlepszych i najpopularniejszych w historii telewizji.

W trakcie trwania coraz większej popularności "Z Archiwum X", w roku 1994 pojawił się kolejny telewizyjny hit - "Ostry dyżur". Serial o lekarzach ratujących ludzkie życie, nierzadko w dość dramatycznych okolicznościach, jednocześnie zmagających się również z problemami natury osobistej. "Ostry dyżur" nie był tak wielkim osiągnięciem jak jego poprzednicy, ale w połowie lat 90 bił rekordy oglądalności, zdobył mnóstwo nagród i miał całkiem dobrą obsadę, z George'em Clooney'em na czele. Aktor po latach zdecydował się opuścić plan serialu i rozpocząć karierę filmową. Z początku wydawało się to niemożliwe, wyjście z ciena postaci doktora Rossa, odcięcie się od jednego z najbardziej znanych seriali wszech czasów graniczyło z cudem. Ale jemu się to udało. Najpierw zagrał w Hollywoodzkich mega hitach, a potem rozpoczął niezwykle udaną drogę reżyserską i zdobył Oscara za drugoplanową rolę w filmie "Syriana". Żadnemu aktorowi, będącemu gwiazdą popularnego serialu nie udało się wcześniej nic takiego.

Dość długo, bo aż cztery lata od premiery "Ostrego Dyżuru" trzeba było czekać na kolejny serial warty uwagi. W 1998 roku miała miejsce premiera "Rodziny Soprano". I niemalże od razu posypał się deszcz nagród, pochwał, zachwytów i wszelkiego rodzaju superlatyw pod adresem tej produkcji. Cóż, trudno by było nie docenić tak znakomitego dzieła. Seria o mafiozie z Jersey, Tonym Soprano borykającym się z problemami rodzinnymi i samym sobą, jest doprawdy ucztą godną najwyższych nagród. Serial znakomicie zrealizowany i z odcinka na odcinek coraz lepszy.

Nowy wiek - nowa fala

Znakomite produkcje telewizji amerykańskich powstałe pod koniec XX wieku, dawały podstawy do oczekiwania jeszcze większej ilości, jeszcze lepszych seriali. I tak też się stało.

Pierwszym wielkim hitem nowego wieku został serial "24 Godziny". I było to potężne uderzenie. Chyba nikt nie spodziewał się aż tak dobrej roboty. Już sam pomysł jest genialny w swojej prostocie. Jest to serial kryminalny z niesamowitymi zwrotami akcji. Mistrzostwo scenarzystów polega na tym, że cały czas wodzą nas za nos, widz nigdy nie jest w stanie przewidzieć co się zaraz zdarzy. Widz na każdym kroku jest zaskakiwany. Poziom tej produkcji i emocje jakie wzbudza są naprawdę ogromne. Ale to jeszcze nie koniec. Historia opowiadana widzom rozgrywa się w czasie rzeczywistym, to znaczy, że minuta czasu w prawdziwym świecie odpowiada minucie czasu w serialu. To kapitalny i nowatorski zabieg, dzięki któremu akcja jeszcze bardziej wciąga. prostu trzeba to zobaczyć.

Prawdziwe szaleństwo rozpoczęło się jednak trzy lata później, kiedy to premierę miał pierwszy odcinek serialu "Lost". Zrealizowany za miliony dolarów pilot, był jednym z najdroższych przedsięwzięć telewizyjnych w historii. I to było widać. Kinowy rozmach, perfekcyjna realizacja i znakomici, nieznani szerszej publiczności, aktorzy stali się gwarantem sukcesu. Sukcesu niebywałego, gdyż "Lost", czyli "Zagubieni" stali się jednym z największych fenomenów kulturowych początku XXI wieku. Cały świat zwariował na punkcie kilkudziesięciu rozbitków z bezludnej wyspy. Zaczęły się dyskusje dotyczące tego gdzie właściwie się oni znajdują, dlaczego tam są itp.

Fani zaczęli układać swoje własne teorie dotyczące losów zagubionych. Twórcy dobrze skrywają sekrety serialu i bardzo powoli je ujawniają, tak więc trudno się domyślić, co też wydarzy się w kolejnych odcinkach. I to jest jeden z największych plusów tego znakomitego serialu. Po raz kolejny mamy do czynienia z mieszaniną gatunków, od przygody i dramatu po sensację. Do tego należy dodać znakomite portrety psychologiczne postaci, pogłębiane przez liczne retrospekcje i szereg fascynujących zagadek. Mnóstwo pytań i jak najmniej odpowiedzi, a wszystko po to by maksymalnie pochłonąć widza.

Czy seriale zdetronizują kinowe produkcje?

Jeśli komuś wydaje się, że to koniec to się grubo myli. Od czasy kiedy serial "Lost" w 2004 zdobył prestiżowe nagrody i gigantyczną popularność na całym świecie, niemal co kilka miesięcy kolejne stacje telewizyjne w Ameryce raczą swoich widzów nowymi serialami, z czego każdy następny wydaje się lepszy od poprzedniego.

Na przestrzeni kilku lat seriale telewizyjne zmieniły się diametralnie. Stały się produkcjami perfekcyjnymi od strony realizacyjnej. Fabularnie coraz bardziej zbliżają się do poziomu najlepszych filmów z Hollywood. Podejmują ważne i ciekawe problemy. Do tego aktorstwo na coraz wyższym poziomie.

Rola w serialu przestała już być postrzegana, jako coś gorszego od roli w pełnometrażowym filmie, aktorzy telewizyjni przestali być uważani za tych gorszych. Za tych, którzy grają w telewizji bo są za słabi dla Hollywood. Jest wręcz odwrotnie. Teraz to Hollywood puka do ich drzwi. Wielcy, znani i uznani aktorzy, tacy jak chociażby Meryl Streep czy Al Pacino angażują się w role w filmach i serialach telewizyjnych. O tym, że oba światy się przenikają niech świadczy to, że w 1998 roku Steven Spielberg wraz z Tomem Hanksem wyprodukował wspaniały serial "Kompania Braci", a w 2006 J.J Abrams, twórca "Lost" wyreżyserował trzecią część kinowego megahitu "Mission: Impossible 3" z Tomem Cruisem w roli głównej.

Seriale rzuciły wyzwanie “Fabryce Snów”. Telewizyjne produkcje zaczęły doganiać, a nawet przeganiać produkcje hollywoodzkie. Kolejne seriale, które debiutowały dosłownie kilka tygodni temu w Stanach i nie miały swojej premiery w Polsce, już zbierają nagrody i uznanie widowni.

Wystarczy wspomnieć - "Heroes" - opowiadający o ludziach z nadnaturalnymi zdolnościami, inspirowany komiksami i ich kinowymi adaptacjami. "Jericho", który przedstawia nam historię mieszkańców małego miasteczka odciętego od świata, przez wybuch bomby atomowej.

Niesłychanie wysoki poziom seriali na Zachodzie sprawia, że ludzie z Hollywood będą musieli podnosić jakość swych produkcji, a to dla nas, widzów chyba dobra wiadomość. Czasy słabych filmów w kinach i w telewizji powoli odchodzą więc w niepamięć.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Plus. Za niezły wkład pracy

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.