Facebook Google+ Twitter

Siatkówka. Chwila refleksji nad "złotym setem"

Drugi raz z rzędu w ćwierćfinale Ligi Mistrzów reprezentują nas dwie drużyny. Zawodnicy Skry i Jastrzębskiego Węgla do awansu potrzebowali zwycięstwa w "złotym secie". Czym jest ów "złoty set" i jakie konsekwencje niesie ze sobą?

Chyba żadna inna dyscyplina sportu w ciągu ostatnich 20 lat nie przeszła takiej metamorfozy jak siatkówka. Zmienił się system liczenia punktów, zmieniły przepisy dotyczące np. błędu dotknięcia siatki i zagrywki, a wśród zawodników wykrystalizowała się nowa specjalizacja - libero. Przez ten okres reorganizacji uległy również rozgrywki pucharowe i reprezentacyjne.

Mozolnie przeprowadzane reformy miały na celu podniesienie atrakcyjności siatkarskiego widowiska i zwiększenia dynamiki wydarzeń na parkiecie. Do historii przeszły ponad trzygodzinne spotkania, w którym przez kilkanaście minut żadna z drużyn nie mogła wygrać dwóch piłek z rzędu. Dziś każda akcja kończy się zdobyczą punktową, każdy zawodnik jest suwerenem w wytyczonym dla siebie obszarze. Długość trwania meczu zakończonego po tie-breaku oscyluje wokół 2 godzin i 15 minut, co jest czasem znośnym zarówno dla mediów, jak i publiczności, o siatkarzach nie wspominając.

Działaczom CEV i FIVB zmian jednak nigdy dość. W sezonie pucharowym 2007/2008 pojawił się tzw. " złoty set". Zrywał on z dotychczasowymi regułami, wedle których w fazie play-off o awansie do kolejnej rundy decydują kolejno: bilans obu spotkań (dwa zwycięstwa jednej z drużyn), w przypadku nierozstrzygnięcia (po jednym zwycięstwie każdego zespołu) liczba wygranych setów, a jeśli i wówczas nie wyłoniono zwycięzcy - stosunek małych punktów. Było to dość przejrzyste i sprawiedliwe rozwiązanie, ale miało poważny mankament - drużynie, która pierwszy mecz wygrała w trzech setach, w rewanżu wystarczało urwanie jednej partii, by cieszyć się z awansu. Atmosfera takiego spotkania od razu "siadała", zawodnicy myślami byli już przy następnym spotkaniu i najchętniej udaliby się do szatni. Dążąc do wyeliminowania takiego scenariusza zdecydowano się na zachowanie jedynie pierwszego punktu powyższego zestawienia. Jeśli drużyny podzieliły się zwycięstwami o tym, kto gra dalej decyduje dodatkowy set grany do 15.

Nierzetelnym byłoby zarzucanie siatkarskim oficjelom złych intencji, ale wydaje się, że zlekceważono prosty fakt - taki system może wypaczyć przebieg rywalizacji. Abstrahując od rzeczywistości załóżmy, że Skra zwyciężyła w Roeselare 3:0, po czym przed własną publicznością uległa 2:3. "Złoty set" również padł łupem Belgów, którzy to zagrają w ćwierćfinale. Oznacza to, że zespół który wygrał 5 z 8 setów (licząc sam bilans dwumeczu) i - co wielce prawdopodobne - ma korzystny bilans małych punktów żegna się z pucharami. Krótko mówiąc - lepsza drużyna nie została nagrodzona za swoją postawę, słabsza natomiast została nobilitowana.

Analogiczne rozważania podjął we wczorajszym wywiadzie dla " Przeglądu Sportowego" środkowy Skry Daniel Pliński, pytając dziennikarza: "Czy wyobraża pan sobie, że w piłce nożnej drużyna po wygraniu 10:0 i przegraniu rewanżu 0:1 musi strzelać rzuty karne?". Futbol jest zresztą dobrym punktem odniesienia - w przeszłości FIFA eksperymentowała nad skracaniem dogrywki - najpierw o złotego, następnie o srebrnego gola. Po latach prób i błędów powrócono jednak do zwykłego systemu 2x15 minut, który lepiej oddaje przebieg wydarzeń na boisku.

Nie istnieją rozwiązania doskonałe, ale "złoty set" skrajnie podważa proporcję między umiejętnościami siatkarzy a przypadkiem, który bywa przecież nieodłącznym towarzyszem gry. Czy i kiedy działacze z Lozanny uznają swój błąd, pozostaje sprawą otwartą.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.