
Grzegorz Bral, reżyser spektaklu, wychowany na tradycyjnym dramacie amerykańskim, od dawna szukał tekstu, który pozwoliłby mu do niego powrócić. Kilka lat temu w Teatrze Pieśń Kozła wyreżyserował „Pożądanie w cieniu wiązów” Eugene O’Neilla. Teraz, w Teatrze Studio, sięgnął po „Sierpień”, nagrodzony Pulitzerem dramaturgiczny i psychologiczny majstersztyk Tracy’ego Lettsa, spadkobiercy amerykańskich realistów.
Popularność tej sztuki w USA była ogromna. Trudno się zresztą dziwić: celna diagnoza społeczeństwa, wszelkie jego wady jak na dłoni, liczne odwołania do rodzimego dramatu realistycznego (Arthura Millera, Tennessee Williamsa, Eugene'a O'Neilla), świetne dialogi – to przyciągało tłumy. Letts, prawdziwe „zwierzę teatralne”, dramaturg i aktor, doskonale czujący scenę, napisał sztukę idealną pod względem dramaturgicznym, ale co ważne, także głęboką psychologicznie.
Jej bohaterami uczynił wielopokoleniową rodzinę Westonów, która spotyka się po samobójczej śmierci Beverly’ego, seniora rodu. Okoliczności spotkania ani na moment nie przeszkadzają członkom rodziny przywoływać zadawnione urazy, wyciągać spod dywanu pilnie strzeżone tajemnice, obciążać odpowiedzialnością za własne problemy. I jeszcze do tego: alkoholizm, narkomania, zdrady, molestowanie… Można mnożyć listę chorób dotykających rodzinę Westonów. Na symultanicznej scenie, stworzonej przez Paulinę Czernek, rozgrywa się festiwal wzajemnych oskarżeń, ujawniają relacje jej członków. Oglądamy rodzinę, która z tradycyjnym wyobrażeniem nie ma już wiele wspólnego. Zdewaluowało się zresztą nie tylko to pojęcie, ale też miłość i prawda.
Do udziału w spektaklu
Grzegorz Bral, zaprosił mistrzów polskiej sceny. Efekt współpracy widać w przemyślanym pod każdym względem i wypracowanym przez reżysera i zespół obrazie. Na scenie pojawiają się postaci o wyrazistych osobowościach, pogmatwane, nieprzewidywalne i niejednoznaczne. Raczej nie należy się przyzwyczajać do opinii na temat konkretnego bohatera, bo następne sceny zburzą ją w pył.
W spektaklu Brala prym wiodą kobiety. Po śmierci Beverly'ego (Jerzy Trela) na domowej arenie zostaje matka, Violet Weston (Teresa Budzisz-Krzyżanowska) i jej trzy córki (skojarzenie z Czechowem nieprzypadkowe). Trudno powiedzieć, że są silne. Raczej zostały zmuszone i starają się zastąpić mężczyzn, którzy w przypisanej im przez tradycję roli nie potrafią się odnaleźć.
Teresa Budzisz-Krzyżanowska, to klasa sama w sobie, a Violet jest jej kolejną wspaniałą rolą. Z wyczuciem, a gdy trzeba dezynwolturą, gra lekomankę chorą na raka, która okazuje się być zdolną manipulatorką, żądającą od córek absolutnej uległości, uciekając się przy tym do szantażu emocjonalnego. Mimo nadużywania środków psychotropowych, wydaje się być wyjątkowo dobrze zorientowaną co się dzieje w rodzinie.
Kto widział
Małgorzatę Rożniatowską w monodramie „Uwaga. Złe psy”, ten zaskoczony nie będzie i tym razem. Jej Mattie Fae jest świetna jako toksyczna matka, choć w tej toksyczności nieco nietypowa. Nadopiekuńcza, jednocześnie sprawia wrażenie, że nienawidzi syna, który jest dowodem jej porażki. Mały Charles (Wojtek Zieliński) choć ma 38 lat, nie wyzwolił się z matczynych objęć, nie ma swojego zdania, pełen kompleksów dołącza do grona męskich nieudaczników w rodzinie.