Facebook Google+ Twitter

Single czy małżeństwo?

Pasjonująca historia o związku piosenki promującej z filmem...

Kadr z filmu "Król Lew". / Fot. AKPAMuzyka ma dla filmu kolosalne znaczenie. To ona przyczynia się do budowy nastroju, on gra na emocjach, ona zapowiada TO COŚ, kiedy nic jeszcze na to nie wskazuje. Ale liczy się nie tylko podczas projekcji, lecz także w czasie promocji. Powstają więc „piosenki promujące” nadawane w mediach, gdy film wchodzi do kin. Mają za zadanie „nakręcić” publiczność. Ich rola została zauważona przez Amerykańską Akademię Filmową, która w roku 1934 ustanowiła dla niej specjalną kategorię.

Z założenia wydaje się więc, że jest ona nierozerwalnie połączona z filmem i właściwie jemu (a nie sobie) ma służyć. Historia jednak pokazuje, że nie zawsze tak się dzieje. Owszem, zdarzają się przykłady wzorcowe, jak choćby nasza poczciwa „Dove Vai” (napisana zresztą przez Piotra Rubika a wykonywana przez Fiolkę, Bajora i Małgorzatę Walewską), która pojawiła się wraz z powstaniem "Quo vadis" i zniknęła niemal równo z wycofaniem filmu z kin. Nawet oskarowa „Into the West” do „The Lord of the Rings” nie przetrwała długo po ucichnięciu wrzawy wokół filmu. Utwory do tych dzieł stworzone zostały na ich potrzeby i pozostały na zawsze z nimi związane.

Wystarczy jednak chwilkę się zastanowić, a od razu pojawią się w głowie tytuły, które „są w separacji” z filmem. Zacznę może od najłagodniejszego przypadku jaki znam. Jest nim „Król Lew” i piosenka Eltona Johna. Utrzymała sie ona dłużej niż film w kinach, a sporadycznie pojawia się nawet dzisiaj. Choć może mieć to związek z nieśmiertelnością króla zwierząt, to jednak by przetrwać tak długo piosenka musi być dobra. Filmowe piętno noszą również rodzime: „Dumka na dwa serca” do „Ogniem i mieczem” oraz „Co powie ryba” Elektrycznych Gitar połączona na zawsze z „Killerem”. Mimo to, na listach przebojów broniły się same, ba, stacje nie zapomniały o nich do dziś.

Dosyć ciężki rozwód trafił się „Top Gun” i „Take my breath away”. Film jest już klasyką. Należy go obejrzeć zwracając szczególną uwagę na motyw muzyczny. Lecz o tym przypominają raczej w recenzjach (pewnie przez Oskara dla „Take my breath away”). Szary obywatel będzie w stanie określić genezę piosenki dopiero post factum. Wcześniej była dla niego tylko i wyłącznie kolejną popularną nutą.

Ciekawe są losy piosenek bondowskich. Właściwie wszystkie są rozpoznawane, choć tylko od czasu do czasu przypominamy sobie skąd one pochodzą. Kto bowiem nie potrafi wyśpiewać tytułu „The world is not enough”? Późniejszy ”Die Another Day” Madonny nie był już tak udany. Elton John uważał ten singiel za najgorszy w całej serii. Istotniejszy jest jednak fakt, że piosenka nie tworzyła automatycznego skojarzenia z postacią agenta królowej. Najsłynniejszy jest kawałek Tiny Turner. Jej „Golden Eye” obecny jest w radiu aż do teraz. Co prawda nie tak często jak w okresie promocji filmu, ale też utracił miano nowości i musiał wycofać się do przegródki z napisem „jeden z wielu”. Daje mu to stałe miejsce w programie bez oglądania się na losy szpiega.

Inną piosenką Tiny, która „wzięła rozwód” z filmem jest „We don't need another hero” z „Mad Max” (piosenkarka wystąpiła też w nim w epizodycznej roli). Wciąż dobrze sobie radzi na playlistach. Krótko mówiąc, „Golden eye” i „We don't need another hero” nie zginą.

Wieczność zyskała także „You will be the woman soon” wykorzystana w legendarnej „sekwencji (po)randkowej”
w „Pulp Ficton”. W ogóle ścieżki dźwiękowe do dzieł Tarantino są szczególnymi przypadkami. Rodzą się ze dwie czy trzy dekady przed „swoimi” ukochanymi filmami, a potem za sprawą małżonków otrzymują drugie życie. „You will be the woman soon” nie jest wyjątkiem. Od swego partnera (1994 rok) jest starsza o 27 lat! Chociaż będzie ona w pamięci (przynajmniej mojej) istnieć jako TA z TEGO filmu, to w radiu występuje całkiem niezależnie i to dosyć często.

Podobny żywot przewiduję dla „Men in Black”. Piosenka ta, choć stworzona (nie da się ukryć) na potrzeby filmu, to w mediach słucha się jej oddzielnie. Trwa jak zwykłe piosenki, jakby (pomijając tytuł) w ogóle nie miała nic wspólnego z historią „jej filmu”. O nim mówi się lub nie, a ona grana jest zawsze.

Natomiast w musicalu „Grease” widzimy przykładne małżeństwo oparte na wzajemnym szacunku i partnerstwie. Zarówno film jak i trzy najsłynniejsze piosenki („Summer Nights”, „You are the one that I want” oraz „We go together” wykonywane przez Johna Travoltę i Olivię Newton-John) stały się kultowe. Warto zaznaczyć, że płyta ze ścieżką dźwiękową zyskała popularność jeszcze przed premierowym pokazem filmu. Olivia dzięki musicalowi zaczęła swą karierę piosenkarską, a John udowodnił, że jest nie tylko świetnym aktorem, ale i piosenkarzem.

Hierarchia w małżeństwie powinna być jasno określona, jednak w przypadku filmów z Elvisem Presley'em można zapytać: „I kto tu rządzi”? Odnosi się wrażenie, że są one jedynie teledyskami promującymi piosenki, co prawda trochę rozszerzonymi, ale jednak bez własnego życia. Nie istniałyby bez muzyki króla popu. Zaburza to naturalny porządek.

Spełnieniem marzeń feministek jest układ, w którym to żonka przeznaczona do roli kury domowej niespodziewanie przerasta artystycznie film. Taka sytuacja zdarzyła się biednemu „Dangerous minds” (bardziej znany pod pseudonimem „Młodzi gniewni”) z Michelle Pfeiffer. Otóż, ilustrująca go „Gangsta's Paradise” Coolio, okazała się bardziej warta uwagi niż sam obraz. Jej klasę potwierdza chociażby nagroda Grammy za najlepszą piosenkę solową w 1996 roku. Doceniona została zarówno przez publiczność jak i krytyków. W przeciwieństwie do męża, który (jakkolwiek dobrze przyjęty przez widzów) użera się ciągle z teściami (czyt. dziennikarzami). I tak ma lepiej od „Operacji Samum”. Film zapomniany, a Kayah i Bregović z ich „Śpij, kochanie, śpij” przejęli całą chwałę zawodową!

Wspomnę jeszcze krótko o interesującym (według mnie) przypadku „Bang Bang”. Piosenka ta najpierw śpiewana była przez Cher (i to aż w dwóch wersjach). Kiedy już przeżyła swoje i, jak prawie każdy popowy utwór, została niemal zapomniana, wskrzesił ją Quentin Tarantino. Wykonywana przez Nancy Sinatrę (oczywiście córkę TEGO Sinatry) posłużyła do promocji „Kill Billa”. Mało tego, jakiś czas po zdjęciu filmu z afisza, została zremiksowana i po raz kolejny pojawiła się w eterze. Obecnie służy jako tło do pewniej reklamy...

Widać jak skomplikowane są relacje między filmami a przypisanymi do nich piosenkami. Niejednokrotnie zdarza się, że utwór mający jedynie pomagać filmowi zdobywać rynki, sam je przejmuje i to na dłużej. Najlepsze jest to, że czasem może mieć bardziej interesujący „życiorys”. Ale co tu się dziwić? Przebiegłość płci pięknej jest przecież znana od zarania dziejów. Producenci dobrze o tym wiedzą, dlatego próbując dotrzeć do jak największej grupy odbiorców, pamiętają o starym przysłowiu: „Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle”.

Źródła:
www.stopklatka.pl
www.wikipedia.pl
Dziennik, dodatek Kultura
radio (Trójka, RMF FM, Radio Zet)
telewizja (TVN, TVP 3)

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (6):

Sortuj komentarze:

Ciekawy pomysł :) i do tego fajnie napisane :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ciesze się ,ze się podoba ;)
Tib - masz rację, ale ja zajmowałam się tylko piosenkami promującymi - temat motywu na razie mnie przerasta :)
Japonka - dzięki, co za niedopatrzenie!
Beata - racja, nie pomyślałam :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Tekst dobry, ja tylko uściślę - piosenka z Pulp Fiction ma tytuł "Girl, You'll Be a Woman Soon"

Komentarz został ukrytyrozwiń

b. dobry artykuł. dużo faktów, ale narracja osobista. za tę właśnie plus ode mnie.
co do pytania postawionego w temacie artykułu, obtuję za rozwiązaniem pośrednim. czy jeśli nie single, to od razu ołtarz?

Komentarz został ukrytyrozwiń

+ Przykład kolejnej pięknej pary to "Przeminęło z wiatrem" i muzyka z tego filmu. To są dwa nierozłączne elementy.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jednak jest pewien motyw filmowy, który mimo tego, że został skomponowany tylko i wyłącznie na potrzeby filmu, jest rozpoznawany i grany w różnych wersjach do dziś na całym Świecie. Mam na myśli tu motyw przewodni z Gwiezdnych Wojen napisany przez Johna Williamsa. Od niedawna bardzo popularny jest też utwór Clinta Mansela do Requiem dla snu. Wracając do Williamsa, wydaje mi się, że również jedną z nieśmiertelnych jego kompozycji jest też ścieżka dźwiękowa z Indiany Jonesa

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.