Facebook Google+ Twitter

"Skarpetki, opus 124" i starsi panowie dwaj na scenie Teatru Współczesnego

  • Ewa Bo
  • Data dodania: 2012-04-23 20:13

Trwające ponad dwie godziny przedstawienie "Skarpetki opus124" w Teatrze Współczesnym w Warszawie trzyma cały czas w napięciu, mimo że na scenie są jedynie dwie osoby. Ba, ale jakie... Dwóch życiowych nieudaczników i pechowców, skazanych na nieustanne porażki życiowe grają przecież wspaniali aktorzy: Wojciech Pszoniak i Piotr Fronczewski.

 / Fot. Englert/mat, teatru Bohaterowie sztuki "Skarpetki, opus 124" dawno zapomnieli o swoich dniach chwały i nawet nie chcą między sobą o tym rozmawiać. Wolą skupić się na przedstawieniu, które przy odrobinie szczęścia może być dla obu szansą powrotu na scenę. Mozolnie, dzień po dniu, przeprowadzają próby montażu poetycko-muzycznego.

Dla Brémonte’a, jest to jednak okazja do wyartykułowania zarzutu przeciętniactwa Verdiera, którego widocznie już nie stać na odwagę i oryginalność. Ten rewanżuje mu się pretensją za to, że z tak wielkim oporem przychodzi mu przywdziewać kostium klowna. Wyrzuca mu, że chciałby w teatrze wyglądać godnie i nobliwie, podczas gdy w prawdziwej sztuce nie ma żadnych kompromisów. Jeśli reżyser tego wymaga, należy podporządkować się jego autorskiej koncepcji. Sęk w tym, że Verdier nigdy wcześniej nie reżyserował sztuki.

Dawno zgasła gwiazda Brémonte’a ciągle walczy z debiutującym autorem nowej inscenizacji, aby w powstającym przedstawieniu móc zachować cząstkę własnej osobowości. Sprzeciwia się koncepcji recytowania poezji i grania muzyki w kostiumie cyrkowego klowna. Przyzwyczajony do kanonu klasycznych sztuk teatralnych nie chce się wygłupić przed publicznością, która pamięta go z ról rodem z tradycyjnego repertuaru. Bezlitosny partner uświadamia mu jednak, że nikt już o nim nie pamięta, więc jego obawy są bezzasadne.

Jak trudne jest porozumienie między nimi, widać na przykładzie tytułowych skarpetek, które Brémonte’owi przeszkadzają, mimo że dziur w nich nie widać pod zasznurowanymi butami Verdiera. On po prostu nie może o tym przestać myśleć i trudno mu się wówczas skupić nad poezją. Pedantyczny Brémont siedzi naprzeciwko rozmemłanego wdowca, który drażni go też tupecikiem. W końcu doprowadzony do ostateczności Verdier zrywa z głowy obśmiany przez Brémonte’a rekwizyt i odsłania przed nim naturalną łysinę. Dogryzając sobie w ten sposób i zmuszając się do wzajemnych ustępstw, nie posuwają się w swojej pracy do przodu.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (7):

Sortuj komentarze:

1791
  • 1791
  • 24.04.2012 09:46

Ktoś kogoś kiedyś chciał puścić w skarpetkach. To bardzo pojemna metafora

Komentarz został ukrytyrozwiń
Czytelnik
  • Czytelnik
  • 24.04.2012 01:36

A ja bym czytał artykuły Ewy Krzysiak niezależnie, czy ona pisze o teatrze, przeczytanych książkach, czy porzuconych niemowlętach. Zawsze jest w tym wielka pasja, zaangażowanie i wiara w to, że ludziom nie jest obojętne, co ma im do powiedzenia... napisania.

Komentarz został ukrytyrozwiń
Obserwator
  • Obserwator
  • 23.04.2012 21:24

Na scenie widocznie jest samo życie. Ono składa się przecież z przetartych skarpetek, śmierdzących gaci i drobiazgów, które poskładane jeden na drugi tworzą stos spraw urastających do koszmaru codzienności. Sztuka pozwala uciec od niego widzom, ale aktorzy pozostają w tym bagnie nie tylko do końca sztuki, bo ją czasami grają nawet przez całe życie.

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 23.04.2012 21:08

Na Piotra Fronczewskiego i Wojciecha Pszoniaka poszedłbym w ciemno... Nawet, gdyby czytali zeznania podatkowe albo książkę telefoniczną. Tacy aktorzy, to skarb każdej polskiej sceny i każdego dyrektora.

Komentarz został ukrytyrozwiń
Bywalec
  • Bywalec
  • 23.04.2012 21:03

Nie wiem, czy ten coraz spokojniejszy i bardziej nobliwy repertuar nie oznacza zbyt wielkiego spokoju, czytaj przestoju w działalności Teatru Współczesnego. Maciej Englert jest inteligentnym i zorientowanym w dramacie światowym człowiekiem, więc na pewno ma wyczucie w kwestii repertuaru. Pozostaje jednak pytanie, czy ma dość sił i energii, żeby wprowadzać nieustannie zaczyn i niepokój. A tak jest chyba najwłaściwsza definicja teatru współczesnego w Stolicy Polski.

Komentarz został ukrytyrozwiń
teatroman
  • teatroman
  • 23.04.2012 20:46

Bo Pan był skazany na oglądanie teatru przez lufcik, jak nazywał to urządzenie Stefan Wiechecki "Wiech". Pomysł transmisji na żywo z teatru jest ideą Pani księgowej, bo to jest taniej, ale wcale nie znaczy, że ma inny sens od tego, że skoro nie ma kasy, to trzeba sobie jakoś radzić.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Oglądałem to przedstawienie w Teatrze TV na żywo. Trochę byłem rozczarowany, ale głównie samą sztuką.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.