Facebook Google+ Twitter

Skazany na wykluczenie

By zejść na dno, nie trzeba specjalnie się starać. Czasem wystarczy nie robić nic, innym razem trzeba powtarzać jedną, dwie czynności. Droga z powrotem nie jest już taka prosta...

Nazywam się X, czy Z... Nieważne. Ważne jest pytanie, jakie krąży w mojej głowie. Czy jestem skazany na wykluczenie ze społeczeństw? Czy jednak uda mi się wyjść na ludzi?

Pochodzę z tzw. rodziny patologicznej. Ojciec alkoholik, ze skłonnościami do przemocy, z którą zetknąłem się bardzo wcześnie. Zimny, surowy człowiek, który niegdyś mając wysoki stopień, służył w jednej ze służb mundurowych. Do dziś wierny ideom socjalizmu, nie potrafiący odnaleźć się w nie takiej już nowej rzeczywistości...

Matka. Kobieta bez własnego zdania, bez osobowości, często mająca problemy z postrzeganiem i odbieraniem rzeczywistości. To jednak wiem dziś, wcześniej matka była tą dobrą, która chroniła mnie przed złym tatusiem. Czasem sama przychodziła w środku nocy się schronić, gdy tata ją bił. Wcześniej nie wiedziałem też, że większość awantur prowokowała właśnie ona. Schemat działania, banalnie prosty: najpierw dać ojcu wódki, potem wywołać awanturę. Widocznie są ludzie, którzy muszą swoje w tyłek dostać i sami o to się dopraszają...

Bieda. Do połowy lat dziewięćdziesiątych jakoś się kulało. Wysoki stopień ojca wiązał się z pokaźną pensją, także nawet po przepiciu sporej części pieniędzy zostawało nam na normalne życie. Problemy zaczęły się, gdy ojciec za pijaństwo musiał się zwolnić z pracy, bo inaczej czekała go dyscyplinarka. Załapał się jednak na emeryturę (w służbach mundurowych wystarczy mieć przepracowane 15 lat), ale szybko okazało się, że koledzy korzystali z wiedzy o słabości taty i namawiali go do podżyrowania kredytu. Dziś o dawnych czasach przypomina tylko komornik, przysyłając coraz to nowe powody zajęcia większej części emerytury. To w domu, mając lat naście, poznałem znaczenie takich słów i pojęć jak: głód, ubóstwo, brak podstawowych środków do życia, żebractwo, brak artykułów potrzebnych do higieny... Dla odmiany zapomniałem, jakie znaczenie mają słowa remont, porządek, czystość, spokój, sytość, stabilizacja...

Trudny charakter. Nie oceniam, jaki wpływ na moje życiowe decyzje mieli rodzice, a jaki mój charakter. Faktem jest, że od zawsze buntowałem się przeciwko nim. Buntowałem się przeciwko szkole, nauczycielom, kościołowi, zasadom życia w społeczeństwie. Spory wpływ na to miał fakt, że mając zaledwie kilka lat sprawdziłem, co takiego tata pije w tych kieliszkach w trakcie licznych, głośnych imprez w moim domu...

Alkohol. Okazało się, że tata miał po prostu patent na lepszy świat. Gdy napiłem się po raz pierwszy, poczułem się wreszcie kimś. Poczułem, że jestem dorosły. Przestałem czuć, że odstaję od innych dzieci, a wręcz czułem, że to ja jestem teraz z przodu. A miałem jedenaście lat... Jeszcze przed dwudziestką miałem poważny problem z alkoholem. O skończeniu szkoły nie było nawet mowy. Od dawna imałem się różnych prac głównie budowlanych jako pomocnik, by po pierwsze mieć co jeść, a po drugie (chociaż z tą kolejnością było chyba odwrotnie), mieć za co się napić. Zgodnie z zachowaniami, jakie widziałem w domu - jakiekolwiek inne dobra (ubrania, buty, wakacje), nie były mi do niczego potrzebne. Ważne, by starczyło na kolejne wino, piwo, spirytus, a od święta wódkę...

Dziś wiem, że obok pijaństwa, to właśnie porzucenie szkoły było największym błędem z tamtego okresu, którego skutki dają się we znaki każdego dnia...

Narkotyki. Sposób na to, by nie kończyć imprezy, gdy nie ma już sił, nie można stać na nogach. Można zażyć magiczny biały proszek i przez kolejne kilka godzin wlewać w siebie wszystko, co tylko zawiera procenty. Amfetamina była uzupełnieniem moich niemal codziennych odskoków od świadomości. Potocznie nazywano ją speedem. I faktycznie, gdy się z nią zetknąłem, moja droga na dno nabrała niebywałego przyśpieszenia.

Gdy moi rówieśnicy zastanawiali się w jakim garniturze pójdą do cywilnego, a w jakim do kościelnego, ja słowo garnitur kojarzyłem tylko z własnym pogrzebem. Mentalnie już byłem trupem. Zresztą myślenie o śmierci, a nawet jej pragnienie wypełniało większą część każdego dnia.... Ciało również wyglądało na żywe, tylko dlatego, że było się jeszcze w stanie poruszać. Twarz zapadnięta, wysuszona, wory pod wiecznie wystraszonymi oczami. Schudłem kilkanaście kilogramów poniżej normy. Wrak człowieka w wieku, gdy większość ludzi znajduje się w szczytowej formie...

Krótka wizyta w ośrodku dla uzależnionych i diagnoza: w Pana stadium zalecane jest
leczenie w oddziale zamkniętym. Wypisuję skierowanie, a co Pan zrobi, to już Pana sprawa... Nic nie zrobiłem. Pomyślałem, że kilka tygodni potrzymają mnie w zamknięciu, a potem wrócę do tego samego miasta, na tą samą ulicę, do tego samego domu, a przede wszystkim znajdę się wśród tych samych ludzi. W domu się nie zamknę, bo tata zmienił się na gorsze. Nie ma już wprawdzie siły na nikogo ręki podnieść, ale widok ojca zasikanego w łóżku, czy jeszcze gorzej - w kuchni, siły nie dodaje. Na dwór nie wyjdę, bo dookoła tylko ludzie, z którymi przez ostatnie lata ćpałem, piłem, a w dodatku wobec których miałem coraz większe zobowiązania finansowe (w tamtym czasie już nie pracowałem, bo praca przeszkadzała mi w ćpaniu i chlaniu) i którym całkowicie pozwoliłem decydować za siebie. Tak więc sytuacja beznadziejna, bez wyjścia.

I nagle: samo się rozwiązało. Stary znajomy, z czasów podstawówki, zjawił się ni stąd ni zowąd, skontaktował mnie z innym znajomym i oto pewnej październikowej nocy o 4 nad ranem w tajemnicy przed wszystkimi wyprowadziłem się z domu, nie zabierając ze sobą prawie niczego. Jeden talerz, jeden widelec, jedna łyżka... Na szczęście kołdrę miałem, bo pora roku robiła się coraz zimniejsza...

Wyrwałem się z koszmaru. Rozpocząłem nowe życie. Wszystkiego uczyłem się od nowa. Wszystkim cieszyłem się jak małe dziecko. Niedługo. Kolega, który wynajął mieszkanie kilkaset kilometrów od miasta, z którego pochodzę, miał załatwić mi również pracę, bym miał je z czego opłacać i za co żyć. Nie załatwił. Przestał też odbierać telefony, co aż tak mnie nie dziwi, bo zamiast być wdzięczny, zrobiłem się bardzo nieprzyjemny. I tak oto z roztrzaskaną psychiką, bez grosza przy duszy i możliwości (a przede wszystkim chęci) powrotu do domu zostałem sam. A dzień zapłaty czynszu był tuż, tuż... Jeszcze raz jednak los podstawił mi kogoś w rodzaju anioła. Brat cioteczny miał kilkadziesiąt kilometrów od mojego nowego domu warsztat. Zapytał czy nie chcę przyjść, zarobić paru groszy, na najpilniejsze potrzeby. Poszedłem na dzień, dwa. Zostałem prawie cztery lata.

W tym czasie powoli systematycznie gromadziłem rzeczy potrzebne do życia. A to deseczkę do krojenia, a to nową pościel, a to jakiś sweter w modnym sklepie. Nie potrafiłem jednak zdobyć tego co w życiu najcenniejsze. Kontaktów z ludźmi. Nigdy wcześniej nie szukałem znajomych na trzeźwo. A po pijanemu sami się znajdywali. Po spożyciu wszystko jest łatwiejsze, człowiek nie zwraca uwagi na swoje niedoskonałości, gdy jednak po latach trzeźwieje, widzi same swoje wady, widzi jak odstaje od reszty społeczeństwa. A to spowodowało, że całkowicie zamknąłem się w sobie. I doprowadziło do paradoksu, że najbardziej brakowało mi kontaktów z ludźmi, a jednocześnie nie potrafiłem zrobić nic, by te kontakty nawiązać. Te wydarzenia oraz jedyny sposób, jaki znałem na odreagowywanie frustracji, zaprowadziły mnie znów do sklepu monopolowego. Piłem regularnie co któryś weekend od piątku do niedzieli wieczór, ale pocieszałem się tym, że kiedyś to były maratony, a teraz to tylko od czasu do czasu... Samotność dawała się coraz bardziej we znaki. Szczególnie w takie dni jak Sylwester, którego sam spędzałem cztery razy. Dwa razy siedziałem też sam w święta Bożego Narodzenia. Za pierwszym nawet załatwiłem sobie bigos, pierogi, czy choinkę. Za drugim już nawet nie próbowałem siebie oszukiwać, że to poprawi mój nastrój... Atmosferę świąteczną tworzą przede wszystkim ludzie, nie przedmioty...

Niedługo po kolejnym świąteczno-noworocznym okresie spędzonym sam na sam, coś we mnie pękło. Z dnia na dzień rzuciłem wszystko i... wróciłem do rodzinnego domu. To, co zobaczyłem pierwszego dna po powrocie, niemal wbiło mnie w ziemię. Brud, syf, bałagan i kupa starych gratów, których inni się pozbywali, a które moi rodzice brali jako nowe. Całe wyposażenie domu (od wszelkich instalacji, po wszelki sprzęt i meble) pochodzi z czasów PRL-u i jest przez lata nieźle nadszarpnięte, by nie powiedzieć zdewastowane. Ale to, co najbardziej mną wstrząsnęło, to opinia rodziców, że wszystko jest w porządku, przecież teraz tak ludzie żyją, a w ogóle kiedyś to robili porządne rzeczy, a nie te gówna, co produkują teraz !

No dobra, sam tego chciałem. Najważniejsze żeby znów po przebywać wśród ludzi.
Z dawnych kolegów nikt nie miał pretensji o to że kiedyś tak nagle zniknąłem. Wręcz przeciwnie. Każdy chciał się napić, bo przecież tyle lat się nie widzieliśmy. Ja też chciałem, przecież pamiętałem o poprzednich doświadczeniach i tym razem postanowiłem być ostrożniejszy. Nie było mowy, żebym tym razem popełniał te same błędy. Nauka nie miała iść w las. Postanowiłem to kontrolować, by nie przekroczyć pewnej granicy tak, jak to miało miejsce kilka lat temu...

Znalazłem pracę, były pieniądze, zacząłem też uczyć rodziców, że warto używać proszku do prania, że naczynia lepiej się myje używając płynu, a nie samej wody, że można czasem przewietrzyć mieszkanie od fajek. Postępy były, pieniądze też, ale przede wszystkim był kontakt z ludźmi. Rozmowa, wymiana poglądów, żarty, dyskusje... To nic, że większość przy alkoholu, nieważne, widocznie takie reguły są na tym świecie. Lepiej być pijanym w grupie niż samemu w święta... Nawet z ojcem zacząłem się dogadywać, gdy tylko mieliśmy choć litra na dwóch. Zresztą czasem człowiek napić się musi, ważne by była praca...

Półtora roku później przełożeni mieli już dość moich ciągłych nieobecności spowodowanych alkoholem. Wyleciałem z pracy. Zresztą od kilku miesięcy współpraca nam się nie układała, więc nawet nie żałowałem. W dodatku był to czas wakacji, a tu jeszcze ostatnia wypłata, więc hulaj dusza... Gdy przyszła jesień, ja nadal obchodziłem wakacje. Z początkiem zimy, spostrzegłem się, że coś jest nie tak... Moje życie cofnęło się o kilka lat wstecz. Nie miałem pracy, pieniędzy, miałem za to wokół siebie grupę ludzi, którzy wiedzieli co dla mnie dobre. Sam ponownie pozwoliłem im decydować za siebie. Znów stałem się wrakiem budzącym odrazę nie tylko wśród innych. Sam również straciłem do siebie resztki, odbudowanego wcześniej, szacunku.

Powiedziałem dość. Pewnego dnia w kalendarzu postawiłem małą, czarną kropkę. Oznaczała ona ostatniego kaca. Żadnych deklaracji, planów, zamierzeń, przysiąg, tylko ślad po czarnym flamastrze odznaczony w terminarzu. Poskutkowało. Minął tydzień, drugi, mijały kolejne. Nagle tuż po miesiącu zorientowałem się, że to najdłuższy okres abstynencji od kiedy skończyłem 15 lat...

Gdy minął kwartał, znów zacząłem wierzyć, że mogę odbudować swoje życie. Mimo, że zbliżam się do trzeciej dekady swojego żywota, znów czułem się młody pełen zapału, energii i wiary w to, że moja nietuzinkowość i upór doprowadzą mnie kiedyś do życiowych sukcesów. Od podstaw...

Nie miało dla mnie większego znaczenia, że jestem osobą niewykształconą, że w CV widnieje zaledwie kilka lat stażu pracy i że trochę zdziadziałem przez te kilka lat upadlania się... Wierzyłem, że jest milion sposobów, by zacząć wszystko od nowa, a że pierwszy krok (abstynencja) już postawiłem, z każdym kolejnym będzie łatwiej, milej przyjemniej...

Nie jest. Minął prawie rok. Kropka w kalendarzu nadal przypomina o nie tak dalekiej przeszłości, jednak teraźniejszość wcale nie okazała się lepsza. Po kilku miesiącach poszukiwania pracy bez jakiegokolwiek efektu, nagle trafiła się oferta jak ślepej kurze ziarno. Wyjazd za granicę. Jest! Zarobię więcej niż w Polsce, bo przecież muszę zarabiać więcej, by spłacać komorników, zaciągnięte i niespłacone pożyczki, mandaty za spożywanie, ale przede wszystkim muszę zarabiać więcej, by wyrwać się z tego domu! Tak więc wyjadę, zarobię, wrócę i zainwestuję w siebie! Oto chodziło. Warto było przez to wszystko przejść, widocznie taka szkoła życia; ważne, że zacznę wszystko od nowa, ważne, że będzie kolejna szansa...

Nie pojechałem. Pracodawca nawet nie poinformował mnie, że nie ma wyjazdu. Dowiedziałem się przypadkiem od kolegi, którego zaciągnąłem na szkolenie, by jechał ze mną. Do niego zadzwonili, do mnie już nawet nie raczyli, mimo że oboje podpisaliśmy umowy... Mniejsza o ten wyjazd. Mniejsza o traktowanie ludzi przez niektóre firmy. Mniejsza o to, że zacząłem bać się poszukiwania pracy...

Ważne są pytania, które zrodziły się w mojej głowie przy tym wydarzeniu. Czy aby nie jest dla mnie za późno? Czy ja nie przegrałem już swojego życia? Czy aby nie miałem już swej jedynej szansy i jej nie wykorzystałem? Czy w dzisiejszym świecie, w którym wciąż jednak czuć skutki kryzysu, w którym tak trudno o pracę dającą jakieś szanse na godne życie, ludzie tacy jak ja, napiętnowani przez błędy przeszłości, mają jeszcze szansę na dom, rodzinę, przyjemności?

Nie wiem, wciąż wierzę i chcę wierzyć dalej, że tak.... Spoglądam na kropkę w kalendarzu... Widzę, że liczba miesięcy w czasie których staram się wyjść z dna, jest wciąż mniejsza niż liczba lat spędzonych na upadlaniu się. Przestaję pytać, zaczynam rozumieć. Chyba za szybko chcę wejść na szczyt...

Materiał napisany pod pseudonimem, przez jednego z naszych użytkowników.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (12):

Sortuj komentarze:

Rodzina, środowisko odbija piętno na naszy życiu. Trudno odciąć się od przeszłości i zmienić wszystko na lepsze. Jednak jest to możliwe. Sam fakt napisania niniejszego artykułu świadczy, że jesteś na dobrej drodze. Powinieneś w dalszym ciągu pracowac nad sobą - to trudne, ale daje efekty. Przy tym dobrze byłoby zarabiać. W Polsce też można znaleźć pracę, nawet bez wykształcenia. Jeśli jesteś zdrowy to do pracy fizycznej zawsze potrzeba rąk. Poza tym ucz się, zawsze lepiej wiedzieć więcej.
To takie moje przemyślenia, zrobisz jak uważasz, to Twoje życie.

Komentarz został ukrytyrozwiń
Ktoś Ci Życzliwy
  • Ktoś Ci Życzliwy
  • 08.10.2010 22:30

Piszesz: "Czy w dzisiejszym świecie, w którym wciąż jednak czuć skutki kryzysu, w którym tak trudno o pracę dającą jakieś szanse na godne życie, ludzie tacy jak ja, napiętnowani przez błędy przeszłości, mają jeszcze szansę na dom, rodzinę, przyjemności?"

Stawiasz dobre pytania zatem i odpowiedź znajdziesz. Faktycznie pracy nie mogą znalesć i młodzi i wykształceni a staże z UP to chyba 700-800zł zatem ani chaty ani "normalnego" życia za to nie ma.
Moja rada? Przestan biadolic. Odetnij sie od przeszlosci. Nikogo nie obwiniaj. Wybacz rodzicom, ze są jacy są. Jestes dorosly i jestes za siebie ODPOWIEDZIALNY!

Nie licz na innych, licz na siebie. Cokolwiek zrobisz dla siebie i sam będziesz z tego dumny - to cie nakreci do jeszcze większych wyzwań.

Wyjedź za robotą, nawet tymczasową, na wieś, przy zbiorach, żniwach, przy pracach budowlanych. Na targowiskach dorabia cała masa młodych i starych. Kupują u hurtowników, sprzedają z zyskiem. W maju Niemcy otwierają rynek pracy. To blisko. Dojedziesz nawet stopem. Ogłaszaj się na stronach internetowych (skoro już zacząłeś) . Pisz co potrafisz, w jakim charakterze szukasz pracy. Jesteś młody więc wszystko przed Tobą i wszystko jest możliwe.

Skoro udało się, ot, tak z siebie przerwać ciąg, jest nadzieja, że nie jesteś alkoholikiem. Bo alkoholizm ma źródło w jakimś uszkodzonym genie i to niestety jest choroba śmiertelna, na którą nie ma lekarstwa. Utrzymanie abstynencji zależy tylko od Ciebie, od Twojej woli i determinacji. Owszem w grupach AA jak trafisz na dobrą paczkę będziesz czuł pewne wsparcie, ale co zrobisz między spotkaniami?

Naucz się mówić, NIE, NIE PIJĘ. Bądź panem samego siebie! Kumple od wódki, to nie są kumple. Kumplem jest ten, co Ci powie NIE PIJ, przecież masz lepsze plany na życie.


Jeżeli poważnie chcesz coś zmienić w swoim życiu a czujesz, że na te chwile sam nie dasz rady, napisz, nawet powyższy tekst skopiuj i wyslij mailem na adres

barka@barka.org.pl

to adres pocztowy mam nadzieję że jeszcze aktualny


Fundacja Pomocy Wzajemnej "Barka"
ul. Św. Wincentego 6/9
61-003 Poznań

Telefon: +48 61 6682300
Telefon: +48 61 8720286
Fax: +48 61 8729050
Email: barka@barka.org.pl

Może to będzie miejsce (o ile mają wolne miejsca, o to już musisz sam zapytać) w którym na nowo nauczysz się byc i pracowac z ludzmi a potem wyfruniesz w świat na własnych skrzydłach. Trzymam kciuki za Ciebie. Nie daj się!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Indywidualne losy ludzie sa niezykle skomplikawane. Osiem lat temu zalożylem Rudzkie Stowarzyszenie Pomocy Ofiarom Przestępstw ( www.rspop.cba.pl ) aby pomagać ludziom. Dziś zrobiłem podsymowanie za minione 9 miesięcy. 1197 spraw, a do końca roku ile jeszcze czau. Wydaje sie,śe powinienem zobojętnieć. Ale kiedy przychodzi czlowiek i zaczyna nam sie zwierzać ze swoich zmartwien i problemow, zalewa mnie zlośc, że tak dużo zła jest wciąz na świecie. Tym małym swiecie, wokól nas.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Tadeuszu... na tematy związane z życiem, ludzmi mogłabym długo opowiadać.
Przeżyłam już tyle lat.
Ale nie teraz i nie tutaj.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dorotko! Jesteś chyba najmądrzejszą kobietą, jaką tu spotkałem. Tzn. pod tym artykułem. Takie wsparcie na pewno by się bohaterowi przydało. Gorąco pozdrawiam wszystkich tu obecnych.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Prawdopodobieństwo opowiedzianego życiorysu jest duże. Tyle tylko, że to nie jest życiorys autora tego życiorysu.
Jeśli chodzi o dalsze poczynania hipotetycznego bohatera opowiadania, pozwolę sobie zauważyć, że w Polsce są różnego rodzaju organizacje, towarzystwa pomagające uzależnionym. Uwierz! Nie jesteś sam na świecie. Co jeszcze mógłbym Ci doradzić, abyś się nauczył prosić. Otwarcie przyznać się do przeszłości i poprosić o pomoc w znalezieniu pracy. Wielu jest ludzi, którzy wesprą w potrzebie. Napisz skąd jesteś. Życzę Boskiego wsparcia. Wierzcie mi! Jest w takich przypadkach potrzebne. Sam tego doświadczyłem. Do dużego miasta przyjechałem z wioski i ocierałem się o różne sytuacje. Jestem przekonany, mogę nawet powiedzieć, że gdyby nie Opatrzność Boska, nie byłoby mnie wśród żywych.

Komentarz został ukrytyrozwiń

hmm, często spotykamy się z trudami dzieciństwa. Wiem coś o tym jednak najważniejsze jest to że zdajemy sobie z tego sprawe czym jest dobro a czym zło. Jesteś bardzo wrażliwym człowiekiem a tego co świadczy o Twojej inteligencji, życie nauczyło Cię być dobrym człowiekiem.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Najważniejsze jest to że zrozumiałeś swoje błędy, chcesz z tego wyjść. Czy się uda?. Uda!.

"Kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat działa potajemnie by udało Ci się to osiągnąć".

Trzeba też dużo rozmawiać z ludźmi, z ludźmi, którzy zechcą pomóc. Za późno nigdy nie jest, zawsze jest pora.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Polecam Anonimowych Alkoholików. To wspólnota gdzie można znaleźć wsparcie, nie tylko w problemie alkoholowym. Można tam nauczyć radzić sobie w życiu.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Twoje słowa świadczą o tym, że jesteś inteligentnym i wrażliwym człowiekiem, choć ta wrażliwość w trudnych chwilach wcale nie wydaję mi się sprzymierzeńcem, szczególnie w tych wypranych z wrażliwości czasach. Coraz częściej zauważam, że w życiu lepiej się powodzi tym, co to na takich, jak Ty spojrzeli by z odrazą, bo to nie ich problem, że ktoś gdzieś kiedyś zbłądził i nieważne w jakich okolicznościach. Ci mniej skomplikowani duchowo ludzie, myślący tylko o własnym jestestwie wykluczają ludzi takich, jak Ty ze społeczeństwa. Jest ich zdecydowanie więcej. Mimo to trzeba wierzyć, że spotka się jeszcze jakiegoś anioła na swojej drodze.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.