Facebook Google+ Twitter

Skoki: Co wiemy przed Falun? O medal drużyny będzie trudno

W porównaniu z igrzyskami w Soczi oczy wszystkich kibiców skoków przed mistrzostwami świata w Falun zwrócone są wyłącznie na Kamila Stocha, który będzie bronił mistrzowskiego tytułu z Predazzo. Na krążek polskiej drużyny trudno dziś liczyć.

 / Fot. Marek Dybaś/AIPTo już ostatnie przygotowania przed najważniejszą imprezą sezonu. Polscy skoczkowie wczoraj trenowali w Wiśle, a jeszcze w tym tygodniu w poszukiwaniu formy pojadą do Szczyrku. Czasu jest coraz mniej – mistrzostwa rozpoczną się w przyszłą środę, a pierwszy konkurs odbędzie się za dziewięć dni. – Powoli wszystkie elementy układanki zaczynają wskakiwać na swoje miejsce – uważa w rozmowie z Przeglądem Sportowym prezes Polskiego Związku Narciarskiego Apoloniusz Tajner.

Były trener polskiej kadry nie od dziś jest znany ze swoich odważnych stwierdzeń. Mówi wprost, że naszą ekipę stać na medal w konkursie drużynowym. Dziś niestety trudno w to uwierzyć. Biało-czerwoni właśnie rozgrywają swój najsłabszy od trzech lat sezon – poza Kamilem Stochem oraz Piotrem Żyłą w pierwszej trzydziestce klasyfikacji generalnej Pucharu Świata (PŚ) na próżno szukać kolejnych reprezentantów Polski. Dopiero na czterdziestej drugiej pozycji jest sklasyfikowany Aleksander Zniszczoł. Jeśli porównać ten wynik z zeszłym sezonem, gdzie wśród trzydziestu najlepszych skoczków świata przed igrzyskami w Soczi znajdowało się aż czterech Polaków, różnica jest duża.

Nic więc dziwnego, że wśród wielu opinii na temat medalowych szans polskich skoczków podczas mistrzostw świata przeważają te pesymistyczne. Owszem, na krążek Kamila Stocha liczą dziś wszyscy. Obrońca mistrzowskiego tytułu na dużej skoczni jest w coraz wyższej formie, w klasyfikacji łącznej PŚ już jest ósmy, choć wskutek kontuzji kostki rywalizację rozpoczął dopiero podczas Turnieju Czterech Skoczni. W jego przypadku nie ma powodów do zmartwień.

Gorzej sprawa wygląda z naszą drużyną, która w Falun będzie bronić brązowego medalu z Val di Fiemme. W tym momencie szanse na powodzenie tej obrony są niestety niewielkie. Biało-czerwoni w tym sezonie są wyraźnie zagubieni, poza Stochem i Żyłą żaden z podopiecznych Kruczka nie może choćby trochę zbliżyć się do swoich dobrych skoków sprzed roku. – Nie ma podstaw, by obiecywać kibicom, że drużyna powtórzy sukces z Val di Fiemme – twierdzi na łamach Sport.pl Maciej Kot.

Na pierwszy rzut oka słowa jednego z najbardziej obiecujących polskich skoczków nie są niczym nadzwyczajnym – wszyscy widzimy w jakiej formie są poszczególni zawodnicy i jak blado wyglądają ich tegoroczne rezultaty w porównaniu z zeszłorocznymi. Sam Kot jest tego smutnym przykładem – jeszcze rok temu był siódmym zawodnikiem igrzysk olimpijskich w Soczi na średniej skoczni (Puchar Świata zakończył na siedemnastym miejscu). Tegoroczne mistrzostwa świata obejrzy co najwyżej w telewizji. Z drugiej strony wypowiedź, bądź co bądź, członka polskiej kadry jest szokująca – świadczy ona o tym, że na tydzień przed rozpoczęciem głównej imprezy ekipa jest już pogodzona z losem i nie liczy na to, że obrona krążka sprzed dwóch lat może zakończyć się sukcesem.

Kiedy Kamil wrócił na skocznię, skupił na sobie uwagę wszystkich. Skacze doskonale, co zrozumiałe, bo to zawodnik z absolutnego topu. Ale jego forma zakłamuje trochę sytuację w drużynie, bo reszta skacze właściwie tak samo jak na początku sezonu. Wtedy, kiedy mówiło się o kryzysie polskich skoczków – podkreśla Kot, który dodaje jednak, że mistrzostwa to taka impreza, na której wszystko może się zdarzyć. Zwłaszcza że inne nacje też mają swoje problemy.

A tym głównym problemem jest skompletowanie składu. Ostatnie zmagania drużynowe pokazały, że we wszystkich ekipach można wskazać palcem najsłabsze ogniwo, które w najważniejszym momencie jest w stanie zniweczyć wysiłek drużyny. Wiedzą o tym i Niemcy, i Słoweńcy, a także Norwegowie i Austriacy, czyli główni kandydaci do medali.

W Polsce jest to tym bardziej istotna kwestia, bo poza Stochem, Żyłą i Zniszczołem, nikt nie kwapi się zgłosić swoich aspiracji do bycia tym czwartym. Kruczek ma wybór spośród trzech zawodników – Klemensa Murańki, Jana Ziobry oraz Dawida Kubackiego. W Neustadt najlepiej zaprezentował się ten pierwszy, natomiast dwa tygodnie wcześniej przyzwoicie skakał Ziobro. Na dziś najmniej mówi się o Kubackim, choć to on dwa lata temu był członkiem brązowej drużyny z Predazzo. Niestety cała trójka skacze w tym sezonie w kratkę.

Problemem nie jest jednak to jedno nazwisko, nad którym mocno zastanawia się szkoleniowiec Biało-czerwonych. Sytuacja nie wygląda również najlepiej wśród pewniaków na konkurs drużynowy. Titisee-Neustadt nie najlepiej wspomina Aleksander Zniszczoł, który dwukrotnie uplasował się w trzeciej dziesiątce zawodów. Od początku kampanii znana jest przypadłość Piotra Żyły do dwóch tak bardzo różnych od siebie konkursowych skoków. Co prawda obaj w rozegranych dotychczas drużynówkach nie byli hamulcowymi reprezentacji, ale wcale nie można wykluczyć, że na mistrzostwach będzie inaczej.

Obecnie szanse na medal polskiej ekipy traktuje się w kategoriach cudu. Biorąc pod uwagę ostatnie tygodnie lepsi od nas są Niemcy, Słoweńcy, Norwegowie oraz Austriacy. W niektórych konkursach do tej grupy włączali się również Japończycy. Aktualny potencjał reprezentacji Polski i tak plasuje ją wyżej niż w Pucharze Narodów, w którym zajmuje siódme miejsce (wyprzedzają nas jeszcze Czesi). Mimo to nikt nie będzie rozczarowany, jeżeli Biało-czerwoni zapomną o niepowodzeniach sezonu i właśnie w Falun będą oddawać najlepsze skoki tej zimy. Nawet jeśli nie zdobędą krążka, którego zresztą i tak mało kto dziś oczekuje.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.