Facebook Google+ Twitter

Skoki narciarskie: Diethart - człowiek znikąd. Podsumowanie TCS

To się nadaje na scenariusz filmowy. Chłopak, który dotychczas nie mógł pochwalić się absolutnie żadnym sukcesem na arenie międzynarodowej, jak gdyby nigdy nic wygrywa bardzo prestiżowy turniej. Przebojowy, genialny - Thomas Diethart.

 / Fot. EPA/BARBARA GINDLDominacji Austrii w Turnieju Czterech Skoczni nie ma końca. Po raz szósty z rzędu na najwyższym stopniu podium tej imprezy stanął reprezentant tego kraju. W sumie nic specjalnego. Tylko gdy spojrzy się na to, kto w 62. edycji TCS tego dokonał, można nie dowierzać. Ani Thomas Morgenstern, ani Gregor Schlierenzauer są na ustach wszystkich. Dziś bohaterem został człowiek znikąd – Thomas Diethart.

Diethart jak Jacobsen

Patrząc na tego chłopaka, można powiedzieć: „Ale Alexander Pointner ma nosa. Z grupy kilku Austriaków, nieźle skaczący w Pucharze Kontynentalnym wybrał jednego, który teoretycznie nie był z tej grupy najlepszy. Przed wyjazdem na przedświąteczne zawody Pucharu Świata do Engelbergu lepsi od niego byli Michael Hayboeck oraz Manuel Poppinger. Tyle że klasyfikacja generalna Pucharu Kontynetalnego rzadko (żeby nie powiedzieć – nigdy) nie miała odzwierciedlenia w Pucharze Świata. Tymczasem Diethart nie dość, że w Engelbergu zaprezentował się fantastycznie, to później, w 2 z 4 konkursów Turnieju Czterech Skoczni stanął na podium. I za każdym razem było to zwycięstwo.

O Dietharcie ostatnimi czasy napisano już sporo. O jego problemach zarówno w słynnym gimnazjum w Stams, jak również w kadrze, także o ogromnym poświęceniu jego rodziców. Wyniki również nie zachwycały, a na mistrzostwach świata juniorów w Otepää w 2011 roku był dopiero 41. Trochę lepsze wyniki niespełna 22-letni zawodnik prezentował w minionym sezonie w Pucharze Kontynentalnym. W klasyfikacji generalnej uplasował się wtedy na 14. miejscu. Ale nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się takiej eksplozji, jaka ma teraz miejsce. Austria, choć kraj który do sukcesów swoich zawodników już dawno zdążył się przyzwyczaić obecnie doświadcza takiego samego szaleństwa, jakie zapanowało w Polsce po zwycięstwach Krzysztofa Bieguna i Jana Ziobry w konkursach PŚ.

Tyle że Austriacy mogą wreszcie odetchnąć z ulgą. Po niepowodzeniach na początku sezonu, nierównej formie Gregora Schlierenzauera oraz nieprzyjemnym upadku w Neustadt Thomasa Morgensterna obecna sytuacja mistrzów świata jest bardzo dobra. „Morgi” nie stracił nic ze swojej fantastycznej formy sprzed wypadku, Loitzl powoli się odbudowuje, a Diethart jest objawieniem tego turnieju. Szukając w pamięci analogii do sytuacji nowego zwycięzcy TCS można sięgnąć do sezonu 2006/07 i niesamowitej wygranej Andersa Jacobsena. On również pojawił się z nikąd i w wielkim stylu wygrał Turniej Czterech Skoczni. Później był blisko zdobycia Kryształowej Kuli za ten sezon. Bliżej nawet niż Schlierenzauer, który wtedy również był uznawany za odkrycie tamtego sezonu.

Po takim sukcesie nie sposób nie zapytać – co dalej? Czy Diethart nadal będzie tak czarował, jak czarował podczas niemiecko-austriackiego turnieju? Czy to był absolutny szczyt jego formy, czy może ten chłopak posiada jakieś rezerwy? Wreszcie, czy jest w stanie utrzymać tak bombową dyspozycję aż do igrzysk olimpijskich? A może Diethart był takim jednorazowym piorunem, który na moment zamieszał wszystkim w głowie, jednak tylko na moment, a potem wszystko wróci „do normy”. Być może powinniśmy zejść na ziemię i nie sięgać tak daleko w przyszłość, ale Diethart bez wątpienia jest zjawiskiem, które, podobnie jak Jacobson w sezonie 2006/2007, może zawojować współczesne skoki.

Kolejny udany powrót Morgensterna

Prasa austriacka przed ostatnim konkursem 62. Turnieju Czterech Skoczni pisała: „Turniej wygra Thomas”. Drugi z nich, Morgenstern, choć przed Bischofshofen miał ponad dziesięciopunktową stratę do Dietharta, wciąż miał szansę powtórzyć wyczyn z 2011 roku. To był znów wielki powrót Austriaka do skakania, choć przecież po feralnym upadku w Neustadt pauzował przez zaledwie dwa konkursy. Choć poobijany i korzystający na każdym kroku z pomocy fizjoterapeuty Morgenstern, w konkursach już niczyjej pomocy nie potrzebował. Morgenstern nic nie stracił ze swojej zwycięskiej dyspozycji przed kontuzją. Zresztą to zbyt doświadczony i zbyt mocny psychicznie facet, by z taką sytuacją sobie nie poradził. Nie po raz pierwszy musiał powracać po różnych zdarzeniach. Wrócił po koszmarnym upadku w Kuusamo w 2003 roku i zajął drugie miejsce w Oberstdorfie.

Podobnie i teraz. Choć na początku spięty, szybko odzyskał pewność w locie. W niczym nie przypominał sportowca, który wcześniej „czuł się tak, jakby otrzymał cios od Kliczki”. Forma dodaje animuszu, pewności, a on po prostu wiedział, że jeśli będzie robił dokładnie to, co robił przed wypadkiem, może być spokojny. Turnieju nie wygrał, ale i tak będzie mógł go zaliczyć do udanych. Walczył do końca, nie odpuszczał i kolejny raz udowodnił sobie, że jest niesamowicie silny psychicznie.

Sędziowie mu nie pomogli

Simon Ammann. W tym sezonie zapowiadał, że będzie chciał wygrać to, czego w jego bogatej kolekcji mu brakuje. Choć przeważnie początki Turnieju w wykonaniu Szwajcara były udane, brakowało konsekwencji w realizowaniu tego zamierzenia. Zawsze na jego drodze stała ta sama przeszkoda – Austriak. W 2009 roku przegrał z Wolfgangiem Loitzlem, dwa lata później uznał wyższość Morgensterna. Teraz sen z powiek spędziło mu aż dwóch podopiecznych Alexandra Pointnera. Choć trzeba przyznać, że Szwajcar skutecznie chciał wybić swoich rywali z uderzenia. Celowo odpuszczał kwalifikacje, a poza tym radził sobie w każdych warunkach i zawsze znajdował przychylność sędziów. Zresztą już nie pierwszy raz. Lądowanie „prawie na dwie nogi”? Głęboki przysiad? Kantowanie narty? Dla Ammanna nie stanowiło to żadnego problemu, bowiem zawsze na jego konto spływały noty 18-sto i 18,5 punktowe. Czy miałby szanse na triumf. Owszem, miałby, ale pod warunkiem, że sędziom przed każdym jego skokiem trzeba było założyć klapki na oczach, a każdą próbę Szwajcara oceniali na 19,5 punktu.

Solidny Słoweniec

Peter Prevc. Reprezentant Słowenii podczas Turnieju Czterech Skoczni dwukrotnie stanął na podium. Podczas wszystkich dotychczasowych występów w Pucharze Świata, nie licząc ostatnich czterech konkursów tylko raz plasował się w pierwszej trójce - w ostatnim konkursie w Planicy. W jego przypadku ciekawe było to, że szybciej zdobył medal mistrzostw świata w indywidualnym występie niż stanął na podium. To był świetny turniej w wykonaniu Słoweńca. Gdyby nie wpadka w Garmisch Partenkirchen, gdzie zajął dopiero 18. miejsce, z powodzeniem walczyłby o podium turnieju. Warto zwrócić uwagę na Słoweńca nie tylko przez pryzmat jego występów w niemiecko-austriackim turnieju, ale również wybiec odrobinę w przyszłość. Do ścisłej czołówki wkracza zawodnik, którego już nie traktuje się jako zdolnego młodzieniaszka, ale gościa, który może na poważnie włączyć się do walki o pierwszą trójkę Pucharu Świata. Oczywiście jeżeli zachowa regularność, jaką prezentował podczas minionego tygodnia.

Historyczny moment w fińskich skokach

Turniej Czterech Skoczni był wyjątkowy nie tylko z tytułu zwycięstwa odniesionego przez Dietharta. Kolejny powód jest o tyle szczególny, że nazywa się Anssi Koivuranta. Pierwszą rzeczą, którą zrobiłem po zakończeniu konkursu w Innsbrucku, było sięgnięcie pamięcią do czasu, kiedy ostatni reprezentant Finlandii zwyciężył w konkursie PŚ. Było to – uwaga – ponad trzy lata temu. 1 grudnia 2010 roku w Kuopio na podium stanęło wtedy dwóch reprezentantów gospodarzy: Ville Larinto i Matti Hautamaeki. Cudowne czasy fińskich skoków i jednocześnie początek końca wielkiej niegdyś potęgi narciarskiej w tej dyscyplinie. W poprzednim sezonie Estończyk Karel Nurmsalu, a więc narciarski średniak był w klasyfikacji łącznej PŚ wyżej niż jakikolwiek Fin. W tym sezonie taka sytuacja nie miałaby miejsca, bowiem do reprezentacji wrócił Janne Ahonen, a Nurmsalu targany jest różnymi problemami natury fizycznej. Jednak takiego popołudnia, jaki wydarzył się 4 stycznia 2014 roku nawet najwięksi fińscy optymiści nie mogli przewidzieć. Szalony konkurs, problemy z wiatrem, loteria, która jednym sprzyjała, a drugich spychała dosłownie na bulę. I Anssi Koivuranta, którego wiatr poniósł tak daleko, że nie dość, że stanął po raz pierwszy w karierze na podium to jeszcze na jego najwyższym stopniu.

Żeby jednak nie klasyfikować tego wyczynu w kategoriach cudu, trzeba powiedzieć sobie jedno. Koivuranta od początku TCS spisywał się bardzo dobrze. W Oberstdorfie o mały włos nie wyrzucił w pojedynku KO Kamila Stocha, a w Ga-Pa zamknął pierwszą dziesiątkę (po pierwszej serii był czwarty). Nie wiadomo, co by się wydarzyło, gdyby druga seria została rozegrana do końca. W takim przypadku doświadczenie podpowiada, że Koivuranta by sobie nie poradził. Jednak gdybanie zostawmy innym, a Koivurancie oddajmy to, że potrafił wykorzystać nadarzającą się okazję. Bo druga może się nie powtórzyć.

Miejmy nadzieję, że Koivuranta już na dobre wraca do kadry Finlandii i że będzie jej mocnym elementem. Bo to, że nieźle się prezentuje na skoczni, pokazał nie tylko wtedy, kiedy był zawodnikiem kombinacji norweskiej, ale także kiedy postanowił zmienić dyscyplinę. Poprzedni sezon miał koszmarny – wystąpił tylko w dwóch konkursach i ani razu się do nich nie zakwalifikował. Powodem takiego stanu rzeczy a głównym powodem były problemy z kolanem (o czym pisałem już tutaj). W tym sezonie dopiero dobre wyniki w przedświątecznych konkursach Pucharu Kontynentalnego rozgrywanych u siebie w Lahti skłoniły trenera Niemelä do postawienia na Koivurantę oraz młodego Jarkko Määttä. Oni zaś odwdzięczyli mu się w dwójnasób, bowiem nie tylko plasowali się na wysokich miejscach, ale również dość skutecznie przyćmili wyczyny Janne Ahonena, który absolutnie w niczym nie przypominał pięciokrotnego triumfatora Turnieju Czterech Skoczni. Ogromny kryzys Finów sprawił, że kibicuje im już chyba cały świat. I niemało pewnie cieszyło się z werdyktu jury, które zadecydowało o tym, iż druga seria w Innsbrucku nie będzie kontynuowana, a wyniki z pierwszej rundy zostają uznane za wiążące.

Mogło być lepiej

Jak ocenić występ biało-czerwonych? To był, jak zwykle, trudny turniej dla reprezentantów Polski. Kłamstwem jest stwierdzenie, że była to katastrofa, ale też nie należy przesadzać, uznając TCS za udany w wykonaniu Polaków. I choć również przesadzone byłoby powiedzieć, że patrząc na to, co wyczyniali nasi w Engelbegu, łączny ich wynik w tym turnieju był rozczarowaniem, to prawdą jest, że podopieczni Łukasza Kruczka nie błyszczeli.

Dobrym kompanem dla Kamila Stocha był Klemens Murańka, który po trzech konkursach turnieju zajmował 10. miejsce. Choć w żadnym z konkursów nie łapał się do czołowej „10” żadnego z konkursów (co, z wyjątkiem Stocha, nie udało się to nikomu z Polaków), trzeba jednak powiedzieć, że jego występy były efektowne. Maciej Kot powoli łapie odpowiednią dyspozycję, choć przez moment wydawało się, że to właśnie jego Łukasz Kruczek odeśle na przymusowy trening po niemieckiej części turnieju. „Uratował” go Piotr Żyła, który nie zakwalifikował się do zawodów w Ga-Pa i za karę pojechał szlifować swoją formę do Planicy. Kot dzięki temu, że w każdym konkursie wychodził zwycięsko z pojedynków KO i dzięki temu oddał osiem konkursowych prób, zajął na koniec TCS 12. miejsce, co jest jego najlepszym wynikiem w karierze.

Więcej można było się spodziewać po Janie Ziobrze i nie chodzi tu o wzgląd na jego występy w Engelbergu, ale dlatego, że wydaje się być zawodnikiem, którego stać na regularne występy w drugiej serii. Podobnie można powiedzieć o Krzysztofie Biegunie. Co smuci, swojej szansy nie wykorzystał w ogóle Dawid Kubacki – najpierw w Innsbrucku przegrał swój pojedynek z totalnym przeciętniakiem (żeby nie powiedzieć - słabeuszem) – Włochem Diego Dellasegą, zaś w Bischofshofen uległ Janowi Maturze, choć w tym przypadku nie chodzi tu bardziej o wynik, ale o fakt nie znalezienia się w gronie pięciu szczęśliwych przegranych. U Kubackiego problem jest o tyle poważny, że na tę chwilę nie mieści się absolutnie w kadrze na igrzyska, a przecież potencjalny brak w tej reprezentacji brązowego medalisty MŚ w konkursie drużynowym w Val di Fiemme będzie przykrą sprawą. Tylko czy sentymenty mają być ważniejsze niż wyniki?

No i w końcu Kamil Stoch. Wciąż lider klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Siódme miejsce w Turnieju można uznać za dobry wynik, choć porównując to z zeszłym sezonem – gorszy o 3. pozycje. Jeśli ponadto dodamy do tego fakt, iż przed niemiecko-austriackimi zawodami Polak był uznawany za głównego faworyta do triumfu w tej imprezie, można powiedzieć o lekkim rozczarowaniu. Kluczowe dla układu sił okazały się zawody w Oberstdorfie, gdzie zajął 13. miejsce. Później było już znacznie lepiej, ale podium wywalczone w Innsbrucku, a później wyprzedzenie poprzedniego zwycięzcy TCS, Gregora Schlierenzauera to tylko miłe dodatki. Jakieś obawy na przyszłość? Absolutnie żadnych. Stoch w dalszym ciągu prezentuje równą formę, choć jeszcze nie taką, jaka pozwalałaby mu seryjnie stawać na podium konkursów. Rzeczywistą dyspozycję jego, jak i pozostałych biało-czerwonych powinny pokazać następne zawody. Ale nie te najbliższe – na mamucie w Bad Mittendorf – nie od dziś przecież wiadomo, że skocznie K-185 (czy K-195) nie są miarodajnym wyznacznikiem formy. Ważne będą konkursy w Wiśle i Zakopanem i to one najprawdopodobniej dadzą odpowiedź, w jakim miejscu znajdują się polscy skoczkowie. Zwłaszcza że niedługo po tych zawodach Łukasz Kruczek podejmie decyzję, kto pojedzie na igrzyska olimpijskie. Ten fakt dodatkowo podkręci rywalizację.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.