Facebook Google+ Twitter

Skoki narciarskie: Długo wyczekiwana zmiana warty. Nadchodzi nowe

Dziś zasmucamy się czwartym miejscem naszej drużyny w konkursie olimpijskim, ale nie zauważamy, że właśnie nastąpiła duża zmiana w rozkładzie sił światowych skoków. Wielka Austria już nie jest złota. Po 14 latach na tron wkraczają Niemcy.

 / Fot. EPA/Valdrin XhemajSmutne miny zawodników, smutne miny komentatorów, smutne miny dziennikarzy. W takich nastrojach kończy się przygoda polskich skoczków na igrzyskach olimpijskich. Zafrasowane miny, choć przez ten tydzień na skoczniach w Krasnej Polanie Polska zdobyła tyle samo złotych medali, co we wszystkich dotychczas rozegranych igrzyskach olimpijskich we wszystkich konkurencjach. Niezadowolenie, choć rodzime skoki za sprawą Kamila Stocha osiągnęły najlepszy w historii rezultat. Jest smutek, ponieważ nasza ekipa w konkursie drużynowym zajęła czwartą lokatę, choć przecież zajęła najlepszą lokatę w historii igrzysk.

To wciąż jednak czwarte miejsce.

Nie udało się polskim skoczkom powtórzyć sukcesu z Val di Fiemme. To nie podopieczni Łukasza Kruczka, a Japończycy jutro odbiorą na placu medalowym brązowy krążek. Nieobliczalna, ale również niesamowicie wyrównana ekipa Tomoharu Yokokawy stanie na najniższym stopniu podium. Choć nieliczni przed zawodami upatrywali w niej nawet zwycięzcę dzisiejszego konkursu.

Zawsze znajdzie się winny

Z perspektywy czasu można powiedzieć, że Polska przylgnęła do tego czwartego miejsca. W 2009 roku przegraliśmy medal z Japonią. Dwa lata później na czempionacie w Oslo na drodze do brązu stanęli nam Niemcy. Przełom nastąpił w Val di Fiemme, ale trzeba pamiętać o tym, że dopóki sędziowie nie zmienili ostatecznych wyników zawodów, byliśmy na czwartym miejscu. W tym sezonie podium również jakoś nam uciekało. W Klingenthal rozegrano tylko jedną serię, a słabiej skakał Dawid Kubacki. W Zakopanem też czegoś zabrakło, a za kozła ofiarnego zrobiono Klemensa Murańkę.

Teraz obiektem drwin i żartów stał się Piotr Żyła. Do niedawna zawodnik, bez którego żaden kibic nie wyobrażał sobie naszej ekipy. Człowiek, który w końcówce zeszłego sezonu bombowo wszedł do światowej czołówki, wygrywając w Oslo oraz zajmując trzecie miejsce w Planicy. Chłopak, o którym Piotr Fijas przed rozpoczęciem obecnej kampanii mówił, jako o „najlepszym obecnie skoczku na świecie”. Tyle tylko, że słowa te trener wypowiedział w listopadzie, a przez ten czas Piotrek z zawodnika światowego formatu dość szybko przeobraził się w starego, przeciętnego Żyłę. A mówimy o zawodniku, który był przecież członkiem brązowej drużyny z Val di Fiemme.

By dokonać analizy spadku formy, jaki zanotował Piotr w ostatnich trzech miesiącach, trzeba by napisać oddzielny tekst. Problem, z którym zmaga się Żyła jest bez wątpienia dwutorowy – dotyczy on nie tylko sfery fizycznej (lub bardziej motorycznej), ale i mentalnej. Jak wytłumaczyć to, że zawodnik, który na ostatnim zgrupowaniu przed igrzyskami spisuje się (tak wynika ze słów Łukasza Kruczka) lepiej niż Kamil Stoch, nie może się później na nich odnaleźć? Bo przecież gdyby było inaczej, wydaje mi się, że w Rosji działyby się tu większe cuda, niż podczas obu konkursów w Engelbergu.

Na to pytanie nie uzyskamy niestety odpowiedzi. Jak również nie odpowiemy na to, co by było, gdyby dziś w „drużynówce” zamiast Żyły, wystąpił Dawid Kubacki. Albo co by było, gdyby Kruczek do Soczi zabrał Klemensa Murańkę – trzeciego, a w pewnym momencie nawet drugiego zawodnika naszej ekipy. Drużynowy konkurs olimpijski pokazał jedno – jeśli nie masz czterech w miarę równo skaczących zawodników, nie licz na pierwszą trójkę. By zdobyć upragniony medal, trzeba mieć wyrównaną ekipę. Taką, jak w Val di Fiemme, gdzie każdy zawodnik nie tylko skakał na miarę swoich możliwości, ale i nie był zdolny do utraty w prosty sposób ciężko wywalczonego miejsca. A w sytuacji takiej jak dzisiejsza, trudno wyobrazić sobie drużynę, która zdobywa medal, a której najsłabsze ogniwo skacze o dziesięć metrów bliżej od pozostałej trójki. Miłym akcentem był drugi skok Piotra - z werwą, pazurem, właśnie taki, o jaki nam chodziło od początku. Przynajmniej w ładnym stylu zakończył i tak nienajlepsze dla niego igrzyska.

Złudne przewidywania

Dlatego wszelkie opinie ekspertów, którzy twierdzili, że biało-czerwoni mają dużą szansę na medal, przyjmowałem z ogromnym dystansem. Sam fakt, że jeszcze niedawno byliśmy trzecią drużyną świata, wcale nie upoważnia do formułowania takich przewidywań. Podawano ponadto prowizoryczne obliczenia na podstawie wyników z konkursu indywidualnego, treningów oraz rozegranej dziś serii próbnej, według których plasowaliśmy się w czołowej trójce. Raz pierwsi, raz drugi, raz trzeci. Wedle uznania. Trudno jednak ominąć bardzo istotną kwestię, jaka wynika z takich rozumowań. W konkursie indywidualnym (jak zresztą sama nazwa wskazuje) każdy zawodnik pracuje na swój rachunek. Jednemu uda się wskoczyć do czołowej dziesiątki, drugi również się w niej załapie, trzeci zakończy zawody w drugiej dziesiątce, a czwarty w ogóle nie zakwalifikuje się do drugiej serii. Ale w konkursie drużynowym jest inny rodzaj mobilizacji, zawodnik inaczej przygotowuje się do takich zawodów. Jesteśmy drużyną, każdy z nas pracuje na wspólny wynik i każdy musi ponieść odpowiedzialnością za niepowodzenie.

W takich zawodach indywidualności nie są najważniejsze. Owszem, mogą w znacznym stopniu przyczynić się do osiągnięcia danego wyniku, ale same na niego nie zapracują. To przecież oczywiste. Gdyby było inaczej, prawdopodobnie bylibyśmy dziś mistrzami olimpijskimi (wszak mamy podwójnego mistrza, Kamila) przed Słowenią (tam rządzi Peter Prevc) oraz Japonią (Noriaki Kasai) i Norwegią (Anders Bardal).

Tymczasem poza Japonią mamy na podium dwa teamy, w których nie ma żadnego medalisty z konkursów indywidualnych – Niemcy i Austrię.

Upadły monolit

Gdy ktoś mało obeznany w skokach narciarskich zobaczył dziś wyniki „drużynówki”, mocno przetarł oczy ze zdziwienia. Po raz pierwszy od 2005 roku reprezentacja Austrii na imprezie najwyższej rangi zeszła z najwyższego stopnia podium. Jak to możliwe, że nacja, która raz po raz kopała tyłki innych wielkich drużyn, na najważniejszych zawodach czterolecia ustępują pola Niemcom? W sumie przegrali dziś nieznacznie, ale nie można przecież ukryć, że Austria zeszła z piedestału. Zresztą już od dawna zanosiło się na taki obrót spraw. Austrii już nikt na świecie się nie boi. Od – uwaga – 17 marca 2012 roku (czyli jeszcze dwa sezony temu) ta ekipa nie zwyciężyła w żadnym drużynowym konkursie w Pucharze Świata. To musi działać na wyobraźnię. Wspaniałym wyczynem było oczywiście wywalczenie złotego medalu rok temu w Predazzo, jednak już wtedy Pointner i spółka poczuli na swych plecach oddech rywali. Austria już nie czaruje, Austria nie dominuje, Austria nie jest już tak „kosmiczna” jak jeszcze trzy, cztery lata temu.

Do niedawna wydawali się wręcz niezniszczalni. Ludzie, którym wygrywanie przychodziło tak łatwo, że inni mogli tylko patrzeć na nich z podziwem. Skakali w innej lidze, ich zawodnicy byli gwiazdami w Pucharze Świata, Mistrzostwach Świata, na Turnieju Czterech Skoczni są niepokonani od sześciu edycji, a złączeni w jedną drużynę stali się niezniszczalni. Aż do tego sezonu.

Najpierw spadek formy, niemłodych już, Koflera i Loitzla, potem dwa poważne upadki Thomasa Morgensterna. W międzyczasie Schlierenzauer przestał już błyszczeć tak, jak za najlepszych lat, a już w Soczi wyrażał niezadowolenie z niemożności zabrania ze sobą osobistego trenera (większość austriackich skoczków trenuje w klubach pod okiem tamtejszych szkoleniowców), co zaburzyło hierarchię w drużynie i podważyło autorytet Pointnera. Zaczęto szukać wśród młodych, i znaleziono niesamowitego Dietharta, zwycięzcę TCS oraz Michaela Hayboecka, dotychczasowego specjalistę od Pucharu Kontynentalnego. Szybko zaadoptowali się do nowego środowiska, jednak z perspektywy czasu wyglądało to tak, jakby dziurę w marynarce zaszyć na szybko łatą. Może i na początku wygląda to nieźle, ale z czasem zaczyna się to ze sobą gryźć. Podobnie i Austria – daleka od monolitu z poprzednich lat.

Juniorzy w modzie

Tymczasem Niemcy, którzy wreszcie doczekali się złotego medalu w konkursie drużynowym, poszli inną drogą. Po katastrofalnym dla nich sezonie 2006/2007 oraz 2007/2008 zatrudniono Wernera Schustera, który do tej pory trenował kadrę Szwajcarii. Razem z Schusterem ekipa wzbogaciła się o Stefana Horngachera, odpowiedzialnego do dziś za kadrę juniorów. Choć na początku nie było cudownie, to bez wątpienia przełomowy dla nich był właśnie rok 2008, w którym juniorzy zdominowali mistrzostwa świata w swojej kategorii wiekowej w Zakopanem. Niemców reprezentowali tam: Andreas Wank, Severin Freund, Pascar Bodmer i Felix Schoft. Wywalczyli oni złoto w konkursie drużynowym, a Wank został mistrzem w konkursie indywidualnym.

Jak sytuacja przedstawia się dziś? Zarówno Wank, jak i Freund do dziś są pewnymi punktami swojej drużyny, mają już na swoim koncie kilka zwycięstw w PŚ oraz nie mniej medali, a dziś wraz z 23-letnim Marinusem Krausem oraz zaledwie 18-letnim Andreasem Wellingerem cieszą się z mistrzostwa olimpijskiego. Praca, jaką wykonał Schuster oraz Horngacher procentuje do dziś. Praktycznie co roku pojawia się nowa twarz, która już na stałe wkracza do elity światowych skoków. Ich kluczowi zawodnicy mają już na koncie zwycięstwo lub przynajmniej podium w konkursach Pucharu Świata. Dla porównania, przez ten czas do reprezentacji Austrii zdążyło wkroczyć zaledwie dwóch – wspomniani Diethart oraz Hayboeck (celowo pominąłem Markusa Egenhofera czy Davida Zaunera – oni dziś w światowych skokach już się nie liczą). Mało, jak na kraj, w którym do niedawna nie brakowało wielkich talentów.

Odmładzanie drużyn staje się „modne”, „na czasie”, ale – co ważne – przynosi rezultaty. Przykład Niemiec nie jest tu odosobniony. Bardzo dobrze z juniorami pracują Słoweńcy, którzy w zeszłym roku wychowali mistrza świata juniorów – Jakę Hvalę, a cztery lata wcześniej zaczęli szlifować Petera Prevca. Efekt? Cztery medale 22-latka na dwóch imprezach. A w Polsce? Również nie możemy narzekać. Jan Ziobro i Krzysztof Biegun to postacie, które wciąż elektryzują fanów skoków. Obaj mający na swoim koncie po jednej wygranej w PŚ. Mamy mistrza świata juniorów – 17-letniego Jakuba Wolnego. Rozwija nam się również Klemens Murańka. Na naszych oczach następuje wyraźna zmiana pokoleniowa w skokach, która niesie przy okazji ze sobą inny rozkład sił. Tak stało się w Soczi, a niewykluczone, że będzie to miało swoją kontynuację w przyszłym roku w Falun. Austria, żeby dalej liczyć się w światowych skokach, musi pomyśleć o przyszłości. Nie może wiecznie polegać na starej, sprawdzonej gwardii, której z każdym rokiem przybywa lat i z każdym rokiem traci swoje argumenty.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.