Facebook Google+ Twitter

Skoki narciarskie. Fatalne warunki w Kuusamo, czyli w Finlandii jak zwykle

Jest takie powiedzenie: „w życiu pewne są tylko dwie rzeczy - śmierć i podatki”. Gdybym mógł go zmodyfikować, wstawiłbym jeszcze jeden człon: „fatalna aura w Kuusamo”. Bo przecież sezon bez odwołanych zawodów w tym miejscu to sezon stracony

 / Fot. PAP/Grzegorz MomotWiatr, śnieg, wiatr, śnieg, wiatr, śnieg. Inaczej rzeczywistości w Kuusamo opisać się nie da. „W sumie nic nowego” - rzekłby już nie tylko kibic, ale i widz, który ogląda skoki tylko wtedy, gdy na belce siedzą Polacy. Kuusamo to miejsce, w którym odbyło się tyle samo konkursów co zostało odwołanych. Tam trudno liczyć na to, że zawody odbędą się zgodnie z planem. Marek Rudziński podczas dzisiejszych zmagań przyznał, że nie pamięta ani jednego weekendu w tym fińskim miasteczku, w wszystko zostałoby rozegrane bez żadnych przeszkód. Choć w pełni się z tym nie zgadzam, bowiem w zeszłym roku odbył się zarówno konkurs drużynowy, jak i indywidualny i to w pełnym, dwuseryjnym wymiarze, to jestem w stanie zrozumieć rozgoryczenie komentatora TVP. Bo przecież śniegu o tej porze na północy Finlandii nie brakuje, a w dodatku jest bardzo mroźno. Prawdziwa zima jak z kalendarza.

A jednak w ten weekend plan organizatorów został wypełniony tylko w 50 procentach. Na początku zeszłego tygodnia Międzynarodowa Federacja Narciarska zagroziła Kuusamo i Lillehammer, że w przypadku niskiej frekwencji na trybunach w kalendarzu zawodów na przyszły sezon może zabraknąć obu miast. I choć publiczność w Finlandii dopisała (było znacznie więcej kibiców, niż w poprzednich latach) to organizatorzy znów nie mogą spać spokojnie, ponieważ FIS powoli chyba traci cierpliwość w kontekście notorycznie przekładanych lub odwoływanych zawodów Jak już zdążyliśmy się przyzwyczaić, każdy argument jest dobry, by karuzela Pucharu Świata ominęła Kuusamo szerokim łukiem, a problemy z warunkami mogą być przysłowiowym gwoździem do trumny. Choć jeśli działacze przyjęli by takie kryterium w kwestii Kuusamo, dlaczego nie zrobić tego samego z Klingenthal?

Stoch ma wreszcie punkty

Finowie drżą, a my kolejny raz mamy powody do radości. Wczoraj i dziś wiele polskich mediów zachwycało się tym, iż po raz pierwszy w historii rodzimego narciarstwa klasycznego mamy dwóch liderów Pucharu Świata, zarówno w skokach, jak i w biegach. Tak dobrze nie było nawet za Adama Małysza, kiedy zdobywał cztery kryształowe kule, choć już wtedy Justyna Kowalczyk była w trójce najlepszych biegaczek świata. Jednak obie drogi nie chciały się zbytnio skrzyżować. Teraz można się cieszyć i w przypływie nieuzasadnionej euforii twierdzić, że jesteśmy narciarską potęgą. Jesteśmy... przez tydzień.

Krzysztof Biegun, zdobywając trzynaście punktów za 18. miejsce w sobotnim konkursie pozostał na czele klasyfikacji generalnej, choć po zawodach tym liderem według organizatorów był Marinus Kraus, który na podium został odziany w żółty plastron lidera cyklu. Biegun spokojnie podszedł do kolejnych zawodów, choć w kraju jego popularność wzrosła równie wysoko, co w przypadku Jerzego Janowicza po sukcesie w ubiegłorocznym turnieju Masters w Paryżu. Biegun się tym nie przejął, ponownie zapunktował i jest z siebie zadowolony. Choć w statystykach „osiemnastka” (czyli miejsce w konkursie) z Kuusamo obok „jedynki” z Klingenthal nie wygląda za dobrze i część kibiców uzna sukces Bieguna za jednorazowy wyskok, trzeba powiedzieć sobie jedno - kubeł zimnej wody na głowę nigdy nie zaszkodzi. Nie oczekujmy od tego zawodnika, by stale plasował się w pierwszej dziesiątce zawodów Pucharu Świata. Sam przyznaje, że dla niego najważniejszym zadaniem jest oddanie dobrych skoków. Nie na 135 czy 140 metrów, ale dobrych. Takich, z których Łukasz Kruczek i Maciej Maciusiak będą zadowoleni. Nie ma żadnego rozczarowania. On sam podchodzi do rzeczywistości ze spokojem. A że przy okazji nadal żółty plastron należy do niego – to przecież wielkie osiągnięcie.

Niemcy mają nowego Wellingera

Spokojnie jest również u pozostałych naszych zawodników. Trzeba przyznać, że dawno w Kuusamo nie było tak dobrze pod względem wyników osiąganych przez biało-czerwonych, choć w pierwszej dziesiątce jedynego rozegranego konkursu na Ruka znalazł się tylko Kamil Stoch. „Wreszcie mam jakieś punkty” - cieszył się mistrz świata, który zdążył się już przyzwyczaić do niemrawych początków sezonu. Maciej Kot, który już od pięciu sezonów skacze w elicie, wczoraj po raz pierwszy w karierze zapunktował w Kuusamo. Oprócz nich punkty do klasyfikacji dopisało sobie jeszcze trzech Polaków (Żyła, Biegun i Kubacki), a w pierwszej dziesiątce PŚ mamy trio. Nic tylko w dobrych nastrojach jechać do Lillehammer.

Pojawiło się już nazwisko Marinusa Krausa. To postać, która w Kuusamo zelektryzowała opinię publiczną. Kolejny wielki talent z grupy Stefana Horngachera (byłego austriackiego skoczka, prowadzącego niemiecką młodzieżówkę) zaskoczył większość obserwatorów i już w swoim szóstym występie w PŚ stanął na podium (do zwycięstwa zabrakło mu tylko pół punktu). Jego młodszy kolega, Andreas Wellinger dokonał tego samego w swoim czwartym pucharowym występie. Co łączy obu zawodników? Ano to, że po raz drugi z rzędu początek rywalizacji w skokach może przebiegać pod dyktando niemieckich młokosów. Kraus poprzedniej zimy w Pucharze Świata nie skakał zbyt wiele (na cztery występy tylko raz punktował), za to był piątym skoczkiem ostatniego Pucharu Kontynentalnego. Rozwija się w bardzo szybkim tempie, a wspomniany już wyżej Horngacher widzi już w nim przyszłego mistrza świata. Odważne stwierdzenie, choć biorąc pod uwagę to, ilu młodych niemieckich skoczków w ostatnich latach grało pierwsze skrzypce w kadrze (Freund, Freitag, Wellinger) można przyjąć, że podobny los spotka także Krausa.

Wielki pościg Schlierenzauera

Gdyby można było wybrać jedno wydarzenie, które najgłębiej wryło się w pamięć podczas weekendu w Kuusamo, bezsprzecznie będzie to awans Schlierenzauera z 15. pozycji na 1. miejsce. Austriak pobił przy tym kolejny rekord - nikomu w historii Pucharu Świata nie zdarzyło się wygrać zawodów, zajmując po pierwszej serii tak odległe miejsce. Pamiętam jeden z konkursów, a było to dziewięć lat temu w Sapporo, w którym zwycięzcą okazał się Roar Lyokelsoey. Norweg zanotował dublet, bo dzień wcześniej również zwyciężył, jednak ta druga wygrana przyszła mu z ogromnym trudem, bowiem na półmetku był dopiero jedenasty.

Czy Schlierenzauer miał trudniejsze zadanie? Pomijając zawodników, którzy teoretycznie Schlierenzauerowi nie dorastają umiejętnościami do pięt, Austriak miał na swojej drodze Kranjca, Morgensterna, Prevca, i Freunda. Niezła grupa. Jednak biorąc pod uwagę to, że Gregor w drugiej serii trafił na świetne warunki i odleciał na 143 metry, było pewne, że będziemy mieli do czynienia ze sporym awansem. Zwłaszcza że po jego skoku już tak różowo, jeśli chodzi o wiatr, nie było. Trochę szczęścia, trochę umiejętności i sto punktów powędrowało do „Schlieriego”. O kontrowersyjnej decyzji z Klingenthal już nikt nie pamięta. Jeśli już ktoś stracił rachubę, przypominam - to było 51. pucharowe zwycięstwo Austriaka.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.