Facebook Google+ Twitter

SKUBAS POD TRAMWAJEM

Skubas zadebiutował w 2012 roku płytą "Wilczełyko". Jego muzyka to połączenie charakterystycznego, mocnego wokalu i gitarowych brzmień, co tworzy melancholijną całość. 6 marca miałam okazję się o tym przekonać na koncercie w Klubie Dekada.

 / Fot. Przemek SAINER BlejzykŚrodek pierwszego, marcowego tygodnia. Wieczór. Ciemna sala warszawskiego klubu Dekada. Tłum ludzi w dobrych humorach, z powodu słońca, które nie opuszczało ich przez cały dzień. W tle rockowe brzmienia. Piwo, drinki, papierosy. Chillout. Lekki chaos. Nagle na scenę wchodzi pięciu facetów znacząco różniących się wyglądem. Czy przystojni? Rzecz gustu;) Czapki, koszule, koszulki, piżamy [sic!], trampki, kratki, czernie, czerwienie... Wszyscy tak "po swojemu", na luzie, codziennie. Chociaż może właśnie scenicznie? Ale to nie jest ważne w porównaniu do późniejszych atrakcji.
No i zaczyna się koncert Skubasa w ramach 'Środowej sceny pod tramwajem". Skupienie, pierwsze dźwięki, słowa i... publiczność się rozpływa. Ze mną na czele. Dawno, będąc na jakimkolwiek koncercie, nie pchałam się pod scenę z taką ciekawością i chęcią dogłębnego poznania artysty i jego twórczości! A tu: na spokojnie, pełna koncentracja, głowa sama poruszała się w rytm muzyki, a wyobraźnia tworzyła w niej niesamowite obrazy. I ciary, ciary, ciary! Odczytanie i zrozumienie własnego stanu ducha podczas tego koncertu było dla mnie niełatwym zadaniem. Klimat trochę romantyczny, trochę nostalgiczny, smutny, momentami wręcz depresyjny, skłaniający do refleksji. Na pewno niesprzyjający weselnym tańcom czy pogo-szaleństwom pod sceną. Teksty piosenek Skubasa są bogate w różnorodne środki stylistyczne. Pełne metafor, przenośni, ale przede wszystkim uczuć, bardzo często ze sobą sprzecznych. Dużo w nich duszy piosenkarza. Tworzy on muzykę całym sobą! Może na płycie nie do końca słuchać ogrom emocji, jakie chce przekazać, ale właśnie na tym polega fenomen występów na żywo. Mimo znikomego kontaktu z publicznością podczas wykonów, byłam w stanie odczytać jego myśli i poczuć, zrozumieć tę muzykę. Spotkałam się jednak z takimi opiniami jak: "Kolejna zamuła. Co to za jęki? O co mu chodzi?" Muszę się przyznać, że jeszcze pół roku temu, kiedy po raz pierwszy usłyszałam kilka utworów Skubasa u zachwyconego nim kolegi, prawie takie same słowa wyszły z moich ust. Teraz tego żałuję. Być może po prostu nie miałam wtedy ochoty słuchać takiego rodzaju muzyki...Ale po głębszej analizie zarówno tekstów jak i kompozycji, zrozumiałam "o co mu chodzi";) Radek, jak każdy artysta, ma swój świat, ale wydaje się, że ciężko się do niego dostać. Uważam, że przekazuje piękne emocje, ale w zamian odbiera słuchaczom trochę energii, jakby mówił: "Koniec uśmiechu i beztroskiego życia! Czas na przemyślenia, nie zawsze jest kolorowo!". Oczywiście nie świadczy to o tym, że jest to facet użalający sie nad sobą czy z wieczną depresją. Właśnie podczas koncertu dał się poznać również z innej strony. Dzięki wtrąceniom prywaty, żartów, ironicznych zapowiedzi zdobywa sympatię. Ludzie odbierają go jako tzw. równego gościa, uczuciowego, szczerego, zdolnego muzyka. Reszta muzyków również wzbudza pozytywne emocje. Widać, że czerpią przyjemność ze współpracy z artystą. Być może to za sprawą przyjaźni między sobą? Nie mi to oceniać. Ważne, ze wszystko współgrało i nawet lekka improwizacja była wyważona, przemyślana i w pewnym sensie zaplanowana. To się po prostu czuło!
Przyjemnym zaskoczeniem warszawskiego koncertu byli goście, zaproszeni przez Skubasa na scenę, mianowicie Andrzej Smolik i Julia Iwańska. Smolik (dla mnie mistrz sam w sobie) dał popis gry na steel guitar w trzech utworach. Po zachwycie wcześniejszymi wykonami, wtedy juz po prostu zbierałam szczękę z podłogi! Gitary, "psychodelie" i improwizacje gościa współbrzmiały genialnie, a reakcje innych widzów nie różniły się od mojej. Natomiast duet Skubasa z Julią był przede wszystkim pokazem dobrej zabawy, jaką przeżywali na scenie. Mocny głos dziewczyny idealnie pasuje do całej kompozycji "Szarości". Mimo tego, dało sie tu zauważyć duży błąd akustyków, którzy zrobili z jej głosu coś co najmniej dziwnego, niekorzystnego i raczej niezaplanowanego. Niestety to nie była jedyna wpadka tego rodzaju. Nie wiem, czym było spowodowane zagubienie techniczne, ale kilka razy przykro raziło. Oprócz tych drobnych niedociągnięć, ze sceny bił profesjonalizm i nawet gdybym bardzo chciała, to nie mam się już do czego "przyczepić".
Na koniec gorąco polecam zapoznanie się z twórczością Skubasa, ponieważ to nie tylko przyjemne słuchanie, ale przede wszystkim przeżywanie. Dziś, na polskim rynku jest zdecydowanie za mało takiej wrażliwości muzycznej. Wyszłam z koncertu totalnie oczarowana i z poważnym mętlikiem w głowie. Po takiej dawce muzycznych emocji uważam, że nominacje do tegorocznych Fryderyków w kategorii "debiut roku" oraz "utwór roku" ("Linoskoczek") dla Skubasa są jak najbardziej zasłużone.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.