Facebook Google+ Twitter

"Skyfall" czyli bardzo, bardziej i naj... Bardem

Czym "Skyfall" jest bardziej: najnowszym Bondem czy najnowszym filmem Sama Mendesa? W serii o 007 jeszcze żadnemu reżyserowi nie udało się stworzyć dzieła we własnym, niepowtarzalnym stylu. Czy udało się to twórcy "American Beauty"?

 / Fot. Materiały promocyjneOd Mendesa, nagrodzonego Oscarem (za „American Beauty” właśnie), można by było oczekiwać czegoś specjalnego, gdyby nie to, że reżyser ten do tej pory kręcił filmy niepodobne do siebie, a wręcz o zupełnie różnej stylistyce. „American Beauty” dramat dokonujący dekonstrukcji mitu amerykańskiego snu trudno na przykład zestawić z (anty)wojennym „Jarheadem” o pierwszej wojnie w Zatoce, czy gangsterską „Drogą do zatracenia”.

Czytaj też: "Skyfall". Kiedy niebo spada na głowę Bonda


„Skyfall” na pewno nie jest filmem oryginalnym samym w sobie, ale na tle innych Bondów - owszem. Daniel Craig w trzecim filmie dalej zaskakuje. Jego 007 był ukazany od zupełnie innej strony niż Bondy wcześniejszych aktorów - Craig czyni z niego bardziej uczłowieczoną maszynę do zabijania niż inteligentnego cynika o dużym uroku osobistym, który mordercą jest jakby mimochodem, z musu. Tak jak można było przewidzieć po przesłankach z wcześniejszych filmów, Bond Craiga cały czas miał ewoluować. W „Casino Royal” dopiero się rodził - zabijał po raz pierwszy. W "Quantum of Solace" reagował dalej wybuchowo i emocjonalnie, ale jego charakter udało się częściowo przytępić. Tutaj 007 staje się już bardziej cyniczny - fani stałych bondowskich powiedzonek mogą być zadowoleni.

Czytaj też: Co oznacza tytuł "Skyfall"?


Bond w "Skyfall" bynajmniej nie jest łagodnym barankiem, ale ma zdecydowanie mniej okazji do przemocy niż w poprzednich częściach. To też novum - w zasadniczej scenie nie zabija lecz więzi.

Dość powiedzieć, że pierwszy pojedynek na dachu pociągu przegrywa i przez długi czas się kuruje, nie mogąc wrócić do formy. Akcja w „Skyfall” jest rozłożona asymetrycznie - film rozkręca się bardzo powoli, pod koniec natomiast napięcie jest już w normie. Sporą część dwóch i pół godzin seansu zajmują relacje Bonda z szefową czyli M (Judi Dench) i ich dywagacje na temat starzenia się i konieczności dokonywania wyborów co do własnej przyszłości. M grozi dymisja - na jej miejsce czeka już mianowany przez ministerstwo następca (Ralph Fiennes). Stara szkoła agentów-zabójców wypierana jest przez agentów-informatyków takich jak Q (znany z "Pachnidła" Ben Whishaw").

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.