Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

4159 miejsce

"Ślepy Maks" Remigiusza Piotrowskiego - recenzja książki

Menachem Bornsztajn, szlachetny herszt czy megaloman łódzkiego półświatka przestępczego, "Unterweltu", okresu dwudziestolecia międzywojennego? Niewątpliwie postać bardzo kontrowersyjna, aczkolwiek w swym środowisku niemal gloryfikowana.

Okładka książki wg projektu Pawła Panczakiewicza / Fot. Panczakiewicz Art. Desing"Wielki mistyfikator, błazen i prostak, którego łódzki Unterwelt, prasa i ulica wykreowały na władcę północnej części miasta i mianowały lokalnym Robin Hoodem", czytamy we wstępie książki.

"Ślepy Maks. Historia łódzkiego Ala Capone" Remigiusza Piotrowskiego, to zbiór opowieści, przypisów, narosłych legend, lecz także najoczywistszych faktów, jakie autor postanowił zgromadzić w jednej publikacji. Mimo, iż książka nie jest opasłym tomiskiem - tekst zawiera się na 270 stronicach - to należy podkreślić rzetelność pracy Piotrowskiego. Przedstawione relacje dokumentuje szeroką bibliografią, m.in. autorów współczesnych Ślepemu Maksowi, ale też młodego pokolenia pisarzy.

Menachem Bornsztajn urodził się 3. lub 15. stycznia 1890 roku w Łęczycy w rodzinie handlarza Benjamina Bornsztajna (Bernsteina) i Maszy z domu Nagórskiej. Za sprawą głowy rodziny znaleźli się w łódzkich Bałutach, dzielnicy która rychło stała się dzielnicą żydowską.
Autor książki cytując Arnolda Mostowicza "Łódź, moja zakazana miłość" sugeruje, że na charakter młodego Menachema mogły mieć wpływ dwa czynniki. Pierwszym była nagła śmierć ojca, drugim natomiast spotkanie na swoje drodze życia księdza Natana, który jednak młokosa z Bałut, bynajmniej nie starał się nakierować na drogę bogobojności. Gdy zmarła matka przez pewien okres czasu wychowywała go siostra, łożąc także na naukę w chederze. Później upomniała się o chłopca ulica, gdzie pod fachowym okiem eks-duchownego, Menachem pobierał nauki na jedynym łódzkim uniwersytecie, ale uczelni przygotowującej do złodziejskiej profesji. To z tej "wszechnicy" wychodzili najlepsi doliniarze i potokarze, szpringerowcy i klawisznicy, koperciarze i kasiarze, a najlepsi w swoim fachu zyskiwali miano fortera.

A skąd ksywka Ślepy Maks u Bornsztajna? Koloryzujący i zmyślający Mostowicz, co sam przyznaje w autobiografii "Żółta gwiazda i czerwony krzyż" o okaleczonym oku Bornsztajna tak pisze: "Kiedy i jak je stracił - nie wiadomo. Sam Maks wielokrotnie zmieniał wersję tego wydarzenia. Ostatnia głosiła, że oko to wybił mu żandarm carski, ale (...) Maks był blagierem, i to takim, że pozazdrościłby mu niejeden marsylczyk..." Czy jest w tym odrobina prawdy, albo też Bornsztajn miał zeza lub bielmo na oku, starał się dociec tego pisarz, dziennikarz Jacek Indelak badający życiorys łódzkiego rzezimieszka.
Zresztą cóż to miało za znaczenie dla będącego analfabetą Ślepego Maksa, skoro prowadził najpierw filantropijne Stowarzyszenie Ezras Achim - Bratnia Pomoc, zajmującego się zbiórką pieniędzy na posagi dla biednych Żydówek, następnie zaś - Biuro Próśb i Podań. I, jak zwykł mawiać: "Po co mi wykształcenie, jak ja mogę mieć sekretarz!"

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Wspominając Alfonso należałoby się zastanowić, kto z kogo brał wzorce, a tak poważnie, to polecam lekturę Piotrowskiego wszystkim wybierającym się na spektakl "Hallo Szpicbródka, czyli zakochany złodziej" - link

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ciekawa postać. Kto by pomyślał, że Łódź miała swojego Al Capone :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.