Facebook Google+ Twitter

Słoneczne Sigur Rós

Sympatyczni Islandczycy wreszcie postawili na rozwój. Wychodzi im to różnie, czasem celnie, czasem mętnie, ale co najważniejsze, nie jest to zwykła kosmetyka, ale prawdziwy postęp. A efekt? Zadowalający.

 / Fot. Materiały prasowe: EMI Music PolandNie łudźmy się, drugiego tak dobrego jak „Ágætis byrjun” albumu Sigur Rós już pewnie nie nagrają, ale szczerze mówiąc - czego my wymagamy! Jeden muzyczny absolut, to i tak nieźle jak na grupę, która do szerszego obiegu pewnie by nie trafiła gdyby nie wsparcie Radiohead. Oczywiście wszystkie drogi ze szczyty prowadzą w dół, Sigur Rós też się staczali. Najbardziej ostatnimi wydawnictwami – pompatycznym i pretensjonalnym „Takk...” oraz dwupłytowym „Hvarf/Heim”, po które opłacało się sięgnąć jedynie dla filmu (notabene później udostępnionego przez zespół za darmo w internecie). Tym bardziej więc cieszy, że nie-wybitne „Med Sud I Eyrum Vid Spilum Endalaust”, to pierwszy od dawna krążek, który rzeczywiście wnosi do dorobku zespołu coś nowego.

Otwierającego album, a zarazem singlowego „Gobbledigook” nie ma, a przynajmniej być nie powinno. Tak oczywiste inspiracje na granicy pospolitego złodziejstwa są zakazane. Zespół broni tylko to, że zrzynają poprawnie i jakieś minimum wkładu własnego do piosenki wprowadzili. Więcej niż minimum słuchać natomiast w utworze kolejnym, „Inní Mér Syngur Vitleysingur” podobnie jak poprzednik, muzycznie mocno podpiera się twórczością freak folkowców z Animal Collective. Plemienne bębny, nuta szaleństwa w wokalu, akustyczna gitara i zero smutku. Po prostu celebracja życia, obie piosenki wraz z „Við Spilum Endalaust”, w którym świetnie wykorzystano dęciaki, to najbardziej melodyjne i energetyczne kawałki w twórczości Islandczyków, co w pewien sposób wreszcie daje odpór idiotycznej hipotezie, że Islandia to kraj smutasów i samobójców.

To tyle wielkich rewolucji.  / Fot. Materiały prasowe: EMI Music Poland/Yoshika HoritaReszta utworów, trzeba sprawiedliwie oddać, również nosi znamiona postępu, choć są to raczej zmiany ewolucyjne niż rewolucyjne. Islandzki kwartet w końcu odszedł od nie zawsze koniecznej epiki. Dawniej nasze uszy wypełniała ściana dźwięku złożona z najróżniejszych instrumentów, dzisiaj choć w nagraniach udział wzięły między innymi Londyńska Orkiestra Symfoniczna i chór chłopięcy, to jednak album niemal w żadnym momencie nie jest przeładowany. Wszystko jest tu po coś i w rozsądnych proporcjach przez co udało się uniknąć nadmiernej pretensji i ckliwości.

„Með Suð Í Eyrum” zaczyna się od partii pianina i powoli przechodzi w pełnoprawny utwór, ale już takie „Fljótavík” to kompozycja oparta niemal w całości na klawiszach i pomocy chóru. „Illgresi”, jest najprostszą balladą jaką grupa kiedykolwiek nagrała, zwyczajna akustyczna gitara doprawiona subtelnymi smyczkami, a „Festival” i „Ára bátur” to piosenki których motywem przewodnim jest wokal i tylko w końcówce nieszczęśliwie zagłuszony. Gro zmian dopełnia pierwsza angielskojęzyczno piosenka w dorobku grupy – „All rights” z linijką: „Let's sing into the night now”, która w kontekście całej płyty nie jest zbyt aktualna, bo samotne słuchanie „Med Sud I Eyrum Vid Spilum Endalaust” w księżycową noc jest zdecydowanie passé.

 / Fot. Materiały prasowe: EMI Music Poland/Helen WoodsJuż sam tytuł płyty („Z brzęczeniem w uszach gramy bez końca”), okładka i teledysk z golasami, prorokowały, że nowa płyta Islandczyków będzie bardziej radosna i tak też jest. Nie wiem czy miał na to wpływ bardziej producent Flood kojarzony do tej pory ze współpracy z Depeche Mode, czy też to, że „Med Sud...” to pierwsza płyta muzyków nie nagrana w całości jedynie w ojczystej Islandii, bo także w Anglii, USA i na Kubie. Osobiście wolę wierzyć, że cały postęp to wynik słusznie wyciągniętych wniosków i chęci rozwoju, ale w życiu różnie bywa. A więc zmiany, zmiany, zmiany, chciało by się powiedzieć: „wreszcie”, gdyby tylko zostały poparte przekonującymi kompozycjami byłoby jeszcze piękniej i jaśniej. Niestety, takich jest tu tylko kilka.

Rozmyślnie pomijam dwie pierwsze piosenki i numer cztery, bo patent ściągnięty od innych się nie liczy. W takim wypadku zostaje nam siedem piosenek. Z tych lepszych należy wyróżnić przede wszystkim: „Með suð í eyrum”, „Góðan daginn” oraz najciekawszą na płycie „Illgresi”, reszta to utwory raczej przeciętne niczym szczególnym nie przyciągające uwagi słuchacza. Trudno, dostaliśmy płytę wnoszącą coś nowego do stylu zespołu, ale obawiam się że zapamiętamy ją raczej ze względu na charakterystyczną okładkę, a nie kompozycje. A to niezbyt dobrze świadczy o tak wyrazistym zespole. Pozostaje jedynie wiara w to, że w przyszłości lepszy materiał się ukaże. Pierwsza płyta Islandczyków nazywała się "Von" ("Nadzieja"), a przecież nadzieja zawsze umiera ostatnia, i na tym zakończę.

PS: Acha, panowie, i nigdy więcej nie zaglądajcie do "Purple Bottle”.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Fajnie napisane, płyta świetna:)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Nie obyło się bez echa ;)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.