Z pewnością nie jestem sprawiedliwy. Powiem nawet więcej. Bardzo boleję nad tym, że moja niechęć do partii kierowanej przez Jarosława Kaczyńskiego jest aż tak widoczna.
Nic na to nie poradzę. Zbyt długo żyłem w systemie, który mówiąc o
podmiotowej wolności jednocześnie z niezwykłą konsekwencją ją odbierał.
To wywołało silną psychiczną traumę.
Dwa tygodnie temu, po pierwszej
turze wyborów samorządowych z zaskoczeniem przyjąłem słowa premiera i
jednocześnie szefa Prawa i Sprawiedliwości (co jest chyba ważniejsze) o
ręce wyciągniętej do zgody. W przemówieniu zostało to wyrażone inaczej,
ale sens był mniej więcej taki. Jarosław Kaczyński spokojnie i
z
twarzą bladą (bez nadciśnieniowego rumieńca) deklarował, iż pragnie nie
tylko uniknąć konfliktów, ale także współpracować z niedawnymi,
wyjątkowo zajadłymi politycznymi przeciwnikami. Przyjąłem tę wypowiedź
ze skrajnym niedowierzaniem, zastanawiając się nawet, co spowodowało
taki niezwykły przełom w świadomości niezłomnego, politycznego
wojownika.
Zaskoczenie trwało tylko dwa tygodnie. Ten bardzo
krótki okres, biorąc pod uwagę, historię ludzkiej cywilizacji,
wystarczył, by gołębie kwilenie przerodziło się w bojowy okrzyk
jastrzębia, a drobne ptasie pazurki zmieniły się w szpony. Co się
stało, że na białe, gładko wygolone, policzki premiera powrócił
niebezpieczny dla zdrowia nadciśnieniowy rumieniec? Odpowiedź jest
zaskakująco banalna. Kazimierz Marcinkiewicz przegrał walkę o
prezydencki fotel w Warszawie z Hanną Gronkiewicz-Waltz.
Emocjonalna
reakcja na wyniki wyborów świadczy o tym, że Jarosław Kaczyński bardzo
serio potraktował tezę Jana Rokity, iż ta partia, która wygra wybory w
Warszawie, wygra też w całej Polsce. Jego zastanawiająca skłonność do
politycznej ugody wzięła się zapewne z przeświadczenia, że, jak na to
wskazywały wyniki pierwszej tury wyborów w Warszawie, uznał zwycięstwo
kandydata swojej partii za prawie pewne. Na dobre samopoczucie premiera
miało także wpływ z pewnością także poparcie Jana Rokity i kilku posłów
i senatorów Platformy Obywatelskiej udzielone profesorowi Ryszardowi
Terleckiemu w jego walce z Jackiem Majchrowskim o władzę w Krakowie.
Zadziwiające, ale kilkanaście dni temu wąskie usta premiera (prezydent
ma, niestety jeszcze węższe) były wargami pełnymi miodu. Niedawny
polityczny zbrodniarz znowu stał się człowiekiem godnym szacunku.
Sielanka nie trwała jednak długo.
Prestiżowe zwycięstwo kandydatki
PO zostało uznane za partyjne i, chyba także osobiste, upokorzenie.
Gołąbki pokoju nie mają dokąd wracać, gdyż ich siedlisko zostało znowu
na kilka lat zamknięte. A może już nigdy nie będzie musiało być
otwarte, gdyż gospodarz straci władzę?
W jednym z komentarzy
zasłyszanych w Radio Tok FM, które namiętnie, w celach
psychoterapeutycznych, słucham, znany politolog postawił tezę, iż
Jarosław Kaczyński, premier i wódz rządzącej partii, nie szanuje
wypowiedzianych przez siebie słów. Z tego, co wiem polityk nie może
mieć aż tak krótkiej pamięci. Alzheimer, wprawdzie tylko polityczny,
jest również ciężką chorobą, szczególnie, jeśli obywatele i
socjologowie pamiętają, parafrazując Czesława Miłosz.
Polityk
odpowiedzialny za swoje działania nie może pleść bzdur. Musi pamiętać
nie tylko to, co powiedział niedawno, ale nawet to, co mówił kilka, a
nawet kilkanaście lat temu. Nasz świat bowiem jest zbudowany ze słów, a
ludzie mają wyjątkową zdolność pamiętania. Szczególnie, kiedy kogoś
bardzo nie lubią.
Nigdy nie twierdziłem, że Jarosław Kaczyński
jest postacią z mojej bajki. Nie ukrywam, że jestem mu wyjątkowo
niechętny.
Mówiąc językiem kolokwialnym zawsze wydawał mi się
wyjątkowo małostkowym człowiekiem, który przez pięćdziesiąt lat będzie
pamiętał krzywdę, urojoną lub realną, doznaną kiedyś w ludzkich
relacjach. A wiem, co piszę, gdyż wyjątkowo dokładnie przeczytałem
książkę „O dwóch takich ...Alfabet braci Kaczyńskich” (Wydawnictwo M).
O jego niezwykłym braku pamięci i wyjątkowej zawziętości świadczył nie
tylko nadciśnieniowy rumieniec (przepraszam za powtarzanie się), ale
także charakterystyczny skrzekliwy głos. Dowodził on niezwykłego
zdenerwowania.
Wracam po raz kolejny do tematów, o których
wielokrotnie już pisałem, gdyż dwaj bracia u władzy zniszczyli mi
całkowicie komfort życia w systemie demokratycznym. A czekałem na niego
bardzo, bardzo, bardzo długo. Zdecydowanie
zbyt długo!