Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

181049 miejsce

Słowa, słowa, słowa...

Z pewnością nie jestem sprawiedliwy. Powiem nawet więcej. Bardzo boleję nad tym, że moja niechęć do partii kierowanej przez Jarosława Kaczyńskiego jest aż tak widoczna.

Nic na to nie poradzę. Zbyt długo żyłem w systemie, który mówiąc o podmiotowej wolności jednocześnie z niezwykłą konsekwencją ją odbierał. To wywołało silną psychiczną traumę.

Dwa tygodnie temu, po pierwszej turze wyborów samorządowych z zaskoczeniem przyjąłem słowa premiera i jednocześnie szefa Prawa i Sprawiedliwości (co jest chyba ważniejsze) o ręce wyciągniętej do zgody. W przemówieniu zostało to wyrażone inaczej, ale sens był mniej więcej taki. Jarosław Kaczyński spokojnie i z twarzą bladą (bez nadciśnieniowego rumieńca) deklarował, iż pragnie nie tylko uniknąć konfliktów, ale także współpracować z niedawnymi, wyjątkowo zajadłymi politycznymi przeciwnikami. Przyjąłem tę wypowiedź ze skrajnym niedowierzaniem, zastanawiając się nawet, co spowodowało taki niezwykły przełom w świadomości niezłomnego, politycznego wojownika.

Zaskoczenie trwało tylko dwa tygodnie. Ten bardzo krótki okres, biorąc pod uwagę, historię ludzkiej cywilizacji, wystarczył, by gołębie kwilenie przerodziło się w bojowy okrzyk jastrzębia, a drobne ptasie pazurki zmieniły się w szpony. Co się stało, że na białe, gładko wygolone, policzki premiera powrócił niebezpieczny dla zdrowia nadciśnieniowy rumieniec? Odpowiedź jest zaskakująco banalna. Kazimierz Marcinkiewicz przegrał walkę o prezydencki fotel w Warszawie z Hanną Gronkiewicz-Waltz.
Emocjonalna reakcja na wyniki wyborów świadczy o tym, że Jarosław Kaczyński bardzo serio potraktował tezę Jana Rokity, iż ta partia, która wygra wybory w Warszawie, wygra też w całej Polsce. Jego zastanawiająca skłonność do politycznej ugody wzięła się zapewne z przeświadczenia, że, jak na to wskazywały wyniki pierwszej tury wyborów w Warszawie, uznał zwycięstwo kandydata swojej partii za prawie pewne. Na dobre samopoczucie premiera miało także wpływ z pewnością także poparcie Jana Rokity i kilku posłów i senatorów Platformy Obywatelskiej udzielone profesorowi Ryszardowi Terleckiemu w jego walce z Jackiem Majchrowskim o władzę w Krakowie. Zadziwiające, ale kilkanaście dni temu wąskie usta premiera (prezydent ma, niestety jeszcze węższe) były wargami pełnymi miodu. Niedawny polityczny zbrodniarz znowu stał się człowiekiem godnym szacunku. Sielanka nie trwała jednak długo.
Prestiżowe zwycięstwo kandydatki PO zostało uznane za partyjne i, chyba także osobiste, upokorzenie. Gołąbki pokoju nie mają dokąd wracać, gdyż ich siedlisko zostało znowu na kilka lat zamknięte. A może już nigdy nie będzie musiało być otwarte, gdyż gospodarz straci władzę?

W jednym z komentarzy zasłyszanych w Radio Tok FM, które namiętnie, w celach psychoterapeutycznych, słucham, znany politolog postawił tezę, iż Jarosław Kaczyński, premier i wódz rządzącej partii, nie szanuje wypowiedzianych przez siebie słów. Z tego, co wiem polityk nie może mieć aż tak krótkiej pamięci. Alzheimer, wprawdzie tylko polityczny, jest również ciężką chorobą, szczególnie, jeśli obywatele i socjologowie pamiętają, parafrazując Czesława Miłosz.

Polityk odpowiedzialny za swoje działania nie może pleść bzdur. Musi pamiętać nie tylko to, co powiedział niedawno, ale nawet to, co mówił kilka, a nawet kilkanaście lat temu. Nasz świat bowiem jest zbudowany ze słów, a ludzie mają wyjątkową zdolność pamiętania. Szczególnie, kiedy kogoś bardzo nie lubią.
Nigdy nie twierdziłem, że Jarosław Kaczyński jest postacią z mojej bajki. Nie ukrywam, że jestem mu wyjątkowo niechętny. Mówiąc językiem kolokwialnym zawsze wydawał mi się wyjątkowo małostkowym człowiekiem, który przez pięćdziesiąt lat będzie pamiętał krzywdę, urojoną lub realną, doznaną kiedyś w ludzkich relacjach. A wiem, co piszę, gdyż wyjątkowo dokładnie przeczytałem książkę „O dwóch takich ...Alfabet braci Kaczyńskich” (Wydawnictwo M). O jego niezwykłym braku pamięci i wyjątkowej zawziętości świadczył nie tylko nadciśnieniowy rumieniec (przepraszam za powtarzanie się), ale także charakterystyczny skrzekliwy głos. Dowodził on niezwykłego zdenerwowania.
Wracam po raz kolejny do tematów, o których wielokrotnie już pisałem, gdyż dwaj bracia u władzy zniszczyli mi całkowicie komfort życia w systemie demokratycznym. A czekałem na niego bardzo, bardzo, bardzo długo. Zdecydowanie zbyt długo!


Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

  • Autor usunął profil
  • 25.12.2006 17:10

Nic ująć, a dodać chciałem jeszcze trzy przykłady pragmatycznej amnezji krótkoterminowej.
1. Jan Rokita, największy w III RP zbrodniarz przeciw demokracji zapraszany przez swą kluczową ofiarę do rządu.
2. Budżet:
2.1 Łódź – w kampanii Kropiwnickiego osobiście premier zapewniał w łódzkiej TVP3 o kasie (37 milionów) przeznaczonej w budżecie na rozwój lotniska im. Reymonta. Głosami również łódzkich posłów partii rządzącej pieniądze te zostały w projekcie budżetu przekazane na inny cel. Oczywiście po zwycięstwie wspieranego przez premiera kandydata.
2.2 Warszawa – kasa na metro, którą chwalił się kandydat Marcinkiewicz w kampanii przedwyborczej, odebrana stolicy po zwycięstwie konkurentki.
3. Wyjątkowo obrzydliwa hipokryzja wzmiankowanego kandydata. TVN24 przypomniał wypowiedzi wówczas posła Marcinkiewicza komentujące w ostrych i bezkompromisowych słowach lokowanie przez uprzednio rządzących swych partyjnych kolegów, bez doświadczenia w biznesie, w spółkach skarbu państwa. I to na posadach mniej newralgicznych i wymagających niż prezesura największego banku w tym kraju.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.