Facebook Google+ Twitter

Słupsk. Dwa fortepianowe romantyzmy

Przedostatni dzień 44. Festiwalu Pianistyki Polskiej upłynął pod znakiem warszawskiego XVI Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina. Na estradzie słupskiej Filharmonii wystąpiło kolejnych dwoje reprezentantów Polski.

Jan Popis / Fot. Ryszard K. HetnarowiczTym razem Jan Popis, wprowadzając publiczność w koncertowy nastrój, wrócił pamięcią do tych festiwali słupskich, które wieściły wielkie kariery pianistyczne ich uczestników. - W roku 1975, a dokładnie 4 września, w sali Zamku Książąt Pomorskich w Słupsku swój półrecital z programem konkursowym grał Krystian Zimerman - wspominał wybitny krytyk i muzykolog, dyrektor artystyczny Festiwalu Pianistyki Polskiej w Słupsku. - Później, w rozmowie prowadzonej już po konkursie warszawskim, wrócił do tego wydarzenia. Utkwił mu w pamięci Jerzy Waldorff, siedzący niemal za jego plecami i trema artysty tym spowodowana. Kiedy po koncercie usłyszał kilka stuknięć srebrnej laski Waldorffa w podłogę, pomyślał: jest dobrze! Pojechał do Warszawy i bezapelacyjnie wygrał! Festiwal słupski utkwił też w pamięci Rafałowi Blechaczowi, bo przecież właśnie tutaj zapowiedzią jego późniejszego sukcesu była przyznana mu nadzwyczajna nagroda, czyli koncert z orkiestrą. Teraz w swoje biografie artystyczne wpisują Festiwal Pianistyki Polskiej kolejni nasi kandydaci do chopinowskich laurów. I niech ich obecność w Słupsku będzie dla nich dobrą wróżbą!

Marek Bracha / Fot. Ryszard K. HetnarowiczJako pierwszy na estradzie pojawił się Marek Bracha, student roku dyplomowego Uniwersytetu Muzycznego w Warszawie, a od roku 2008 również Royal College of Music w Londynie, gdzie pozostaje pod opieka Kevina Kennera. Młody pianista ma już na swoim koncie liczne nagrody i koncerty w wielu krajach świata. Swoją prezentację programu konkursowego otworzył Nokturnem Des-dur. Począwszy od introdukcyjnej kantyleny konsekwentnie budował nastrój dramatycznej, bardzo zindywidualizowanej, osobistej wypowiedzi. Niekiedy - zdawało się - niedokończonej, niepełnej, częściowo przemilczanej, a może wciąż poszukującej właściwego wyrazu... Ten ładunek dramatyzmu miał już stać się charakterystyczny dla całego występu M. Brachy, a zagrana przez niego Ballada g-moll była starannie przemyślana, z miejscem - by użyć tutaj literackiego odniesienia - na norwidowskie pauzy, w niczym jednak nie zakłócające rytmu kompozycji. Można zaryzykować twierdzenie, że duch norwidowskiego romantyzmu, wynikającego z wiary we wrażliwość odbiorcy, jego inteligencję i pragnienie wypełnienia niedopowiedzeń własnymi treściami najpełniej objawił się w Sonacie b-moll. Talent pianisty i jego umiejętności zostały nagrodzone rzęsistymi brawami.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.