Facebook Google+ Twitter

Służba zdrowia: Terminarzyk nasz święty powszechny

Kondycja i jakość działania publicznej służby zdrowia jest coraz gorsza. za to biurokracja rozkwita. Ostatnim cudownym wynalazkiem stał się ”terminarzyk”. Termin i terminarzyk to medyczne świętości.

 / Fot. Novic84Pewnie w celu promowania tego genialnego płodu polskiej medycyny premier zabrał w afrykańską podróż ministra Arłukowicza. Zaiste mamy czym zaimponować czarnym pobratymcom.

Niedawno słyszałem gorącą rozmowę, toczoną przez lekarkę z pacjentem, przy otwartych drzwiach gabinetu. – Jak Pan śmiał zlekceważyć termin! - krzyczała na grzesznika. - Jak Pan śmiał?!

Swoje oburzenie wyrażała jeszcze przez dłuższy czas, zapewne w celu udzielenia nauczki także czekającym w kolejce.. Przez ten czas mogłaby z powodzeniem przyjąć człowieka, który być może zapomniał o terminie, ale porady i pomocy lekarza potrzebował.

To się nazywa wiernością przykazaniu Hipokratesa. Dobro pacjenta ponad wszystko. Boże, po co ja opowiadam takie dyrdymały? Pani doktor oraz tysiące lekarzy, od góry, od ministra począwszy, do dołu, mają gdzieś pacjentów, Hipokratesa i jakieś bzdurne przysięgi, przyrzeczenia lekarskie, całą etykę lekarską. Kto by się przejmował bzdurami! Trzeba latać z przychodni do przechodni, z dyżuru na dyżur, skracając jeden, spóźniając się na drugi, byle tylko kręciła się maszyna dobrze płatnej chałtury.

Termin jest święty. Panie w rejestracjach nie ustają w wyznaczaniu terminów. Tworzone są listy oczekujących na wizyty i listy oczekujących... na wpisanie na listy oczekujących. Oczekiwania trwają od kilku do kilkunastu miesięcy, a nawet kilka lat. Ponadto nie wystarczy się zapisać. Trzeba sprawdzać, czy termin jest aktualny, a w wyznaczonym dniu zarejestrować się osobiście. Bo jaśniepanu lekarzowi (jaśniepani lekarce) wolno nie dotrzymać terminu. Pacjentowi nie wolno!

Zlikwidowano książeczki lekarskie, dzięki którym pacjent i lekarz miał w jednej ręce, cała historię schorzeń, wizyt, leków. teraz tego nie ma. Za to są terminarzyki. Świstki papieru, do każdego lekarza osobny. Ich wydanie jest notowane w komputerze. – Trzy razy panu wydawałam! - beształa mnie pani przyjmująca zapisy do kardiologa. Z tą stertą makulatury trzeba chodzić do przychodni. Bez terminarzyka nikt człowieka nie zarejestruje, nie wyznaczy terminu.
Jeśli zaś chodzi o terminy, to ostatnio przyszedłem „na termin”. Okazało się, że na ten "termin", czyli na godzinę 15. wezwano kilkunastu pacjentów. Spytałem, czy nie można było wyznaczyć każdemu określonej godziny, usłyszałem: Tak się nie da. Przy okazji dowiedziałem się, że pani doktor przyjmuje do 16: 30. Na drzwiach gabinetu tabliczka informowała, że do 18.

Kiedy indziej miałem wyznaczony termin do okulisty, na godzinę 8:15. Przyszedłem juz o 8:00, bo tak było wypisane na tabliczce na drzwiach. O 8: 30 lekarza nie było, więc machnąłem ręką i sobie poszedłem. Gdybym ja się spóźnił o 30 minut przypuszczalnie wysłuchałbym kazania o „terminach”. O ile w ogóle i łaskawie zostałbym przyjęty.

Lekarzom wszystko wolno. Ciekawi mnie, czy istnieje jakiś system kontroli czasu pracy i punktualności lekarzy. Podejrzewam, że nie. Ze wszyscy wiedzą i widzą jak na prawdę jest, a jest, jak być nie powinno, ale nikomu ni che się zadbać o to, by było jak należy.

Rzecznicy praw pacjentów, to kwiatek do kożucha. Nic dobrego z ich funkcjonowania w zasadzie nie wynika.

Cały system jest chory, ale nikt nie chce go uzdrowić.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.