Facebook Google+ Twitter

Smak, którego już nie ma

Tłusty czwartek kojarzy mi się z pączkami, jakich dzisiaj nie można było dostać w żadnej cukierni. Ich smak, który zapamiętałam jako dzieciak, pomimo upływu lat rozpoznałabym od razu.

Puszyste ciasto kryjące aksamitne nadzienie z lekką, ostra nutą ajerkoniaku, który pudrował zadowoloną twarz na biało. I choć dziś na każdym kroku można kupić pączki z wybranym nadzieniem, w każdym kształcie i wielkości, to pączków mojego dzieciństwa po prostu już nie ma.

Moja siostrzenica zapytała mnie, dlaczego dziś jemy pączki, których normalnie nie kupujemy i czy skoro to święta to czy będzie Mikołaj.


Nic dziwnego, że małej świętowanie jednoznacznie kojarzy się z obżarstwem i prezentami. Na Święto Niepodległości również domagała się upominku. Coś pewnie zatem jest w naszej ludzkiej naturze, że specjalne okazje czcimy sutym jadłem, a gdyby tej dobroci ciągle było mało, to w przypływie emocji fundujemy sobie coś „ekstra” i z kokardą, by podkreślić wyjątkowość chwili. Jak balować, to na całego. I stąd te całe pączki, miało być po prostu tłusto.
źródło własne / Fot. ewa kozłowska
Pytanie czterolatki wzruszyło mnie dogłębnie i sprawiło, że nagle cofnęłam się o dwadzieścia lat wstecz i znalazłam w kuchni mojej babci. To była taka prawdziwa babcia, która potrafiła ugotować wszystko, a każdą, nawet najprostszą kanapkę z masłem i solonym pomidorem, zamieniała w kulinarne cudo. Ciasna kuchnia zawsze wypełniona była tysiącem zapachów. Czosnku unoszącego się ze słoików z kiszonymi ogórkami, suszonych grzybów nad gazówką wrozametu „ewa” (pamiętam jak dumna byłam, że moim imieniem nazywają sprzęty), smażonych naleśników, które za chwilę miały wypełnić się gęstą śmietaną.

Ale nic nie mogło być lepsze niż zapach świeżych pączków w tłusty czwartek. Misternie, równiusieńko dzielonego ciasta delikatnymi, choć pomarszczonymi dłońmi, formowanego w kształtne bułeczki. Smażonych w wielkim garze, którego osmolone brzegi kryły niejedną kucharską tajemnicę, na skwierczącym smalcu. Wystawionych na obtłuczonym talerzu i sypanych skruszonym cukrem. Najpierw obserwowałam każdy ruch krzątającej się po izdebce babci, a kiedy ciastka były gotowe, wiedziona ich zapachem podążałam za nimi, a kobiety je niosącej na stół w jadali prawie nie zauważałam. Siadałam na przydużym mi krześle i mając wyrytą w podświadomości świętą zasadę, iż z jedzeniem czeka się, aż wszyscy zasiądą przy stole, cierpliwie gapiłam się w talerz z pięknie zarumienionymi, małymi pączusiami. Moment, kiedy tak leżały na przeciwko mnie, czując ich zapach, ale jeszcze nie smak, wydawał się wiecznością. Ale gdy już można było rzucić się na puszyste oponki, jeść je w pośpiechu i sięgać po następny nie do końca przełknąwszy jeszcze ten w ustach z obawy, że zabraknie, wtedy czuło się najszczęśliwszą osobą na świecie.

Kto by dziś pomyślał, że zwykły pączek może człowieka wznieść na takie wyżyny euforii. To jest możliwe tylko w dzieciństwie.


Znalazłam starą książkę kucharską mojej mamy, a w niej zapiski, które z kolei ona zbierała podpatrując mistrzowski taniec swojej mamy na kuchennym parkiecie. Był tam wpis: „mąka, drożdże, żółtka, mleko, cukier, masło...”itd. Zrobiłyśmy dziś z siostrzenicą wszystko dokładnie tak, jak to zostało spisane. Sekretny przepis na smak, którego już nie ma.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Mój wychowanek wczoraj tak do mnie rzekł: "wiesz, dlaczego wszystko, co robimy, jest smaczniejsze, niż w restauracjach? Bo my się przy tym bawimy i śmiejemy". :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.