Niby racja, chciało nam się równouprawnienia, to teraz po godzinach też pracujemy tak samo jak mężczyźni. Ale czy to rzeczywiście wina ruchów walczących o równe prawa kobiet i mężczyzn, czy po prostu znak czasu?
Feministka? A kto to taki?
Przepytałam znajomych. Mężczyznom feministki kojarzą się z „babochłopami”, modliszkami w spodniach, bez krzty kobiecości. Takimi, co obrażą się, jeśli przepuścisz je pierwsze w drzwiach. Kobiety generalnie popierają, choć niewiele przyznaje się do bycia feministką. Bo jakoś tak negatywnie się to kojarzy... Dlaczego? Nie wiedzą. Ale jednak negatywnie. Niezależnie od płci, to słowo wywołuje emocje. Zwykle jest przeżuwane jak twardy, niesmaczny kawałek kotleta, z którym nie wiadomo, co zrobić. Zdarza się jednak, że wypowiadane jest z dumą i pewnością siebie, choć pobrzmiewa samotnością. Chciałam tu przytoczyć jakąś najogólniejsza definicję pojęcia, ale zdecydowałam się tego nie robić. Niech każdy z czytających zastanowi się, jak mu feminizm smakuje.
Czy jestem feministką?
Przepytałam też samą siebie. Czy czuję się feministką? Co to słowo dla mnie znaczy? Pogrzebałam w sieci, poczytałam, podzieliłam się pytaniem z otoczeniem. Reakcje były różne.
Ty? Z tymi twoimi wysokimi obcasami i sernikami? Acha... czyli feministka nosić wysokich obcasów nie może, a tym bardziej piec serników. Inny znajomy odpowiedział, że on nie czuje się od kobiet ani lepszy, ani gorszy i nie widzi przeszkód by dzielić się z nimi zarówno obowiązkami, jak i przyjemnościami – więc też czuje się „feministką”.

Ja – feministka
Tak naprawdę rozmowy ze znajomymi wcale nie były mi potrzebne. Od dawna wiem, że feministką jestem. Tak samo jak jestem kobietą i w dodatku uwielbiam się nią czuć. Bo dla mnie feminizm jest prawem wyboru. Wyboru tego, co chcę robić w życiu i w jaki sposób. Czasem pracuje po 14 godzin na dobę – bo chcę, bo tak zdecydowałam. Czasem spędzam cały dzień w kuchni pichcąc coś pysznego dla najbliższych – jak klasyczna „kura domowa”. Ale nikt mi nie mówi, że mogę robić tylko jedną z tych rzeczy, bo tak skonstruowany jest świat, bo takie jest moje (kobiety) w nim miejsce. Niekiedy bywam twardym negocjatorem, kiedy indziej słodką kokietką. Nie czuję się dyskryminowana. Sięgam po to, czego chcę. Mój świat nie dzieli się na kobiety i mężczyzn. Dzieli się na przyjaciół, znajomych, partnerów biznesowych – ludzi spełniających określone funkcje w moim życiu bez względu na płeć. I to właśnie uważam za największy sukces (mojego) feminizmu.
Dziś, jutro...
Czy zatem wszystko zostało już zrobione? Myślę, że nie. Dawne sufrażystki musiały się wyzbyć swej kobiecości i jej atrybutów (spalone staniki, a może wysokie obcasy?). Dziś „świat mężczyzn” przyzwyczaił się już, że kobieta nie tylko ma mózg podobnej wielkości, ale i potrafi go używać. Dlatego warto czasem przypomnieć, że posiadamy również przymioty odróżniające nas od siebie – co jest wielką zaletą. W końcu musi istnieć jakiś powód dla którego natura, w swej nieskończonej mądrości, stworzyła mężczyzn i kobiety. Równych sobie choć tak odmiennych.