Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

3082 miejsce

Śmierć wyskrobana z pamięci ...

Są daty, które w dzisiejszej Polsce hołubi się na wszelkie sposoby. Są ofiary stawiane na pomnikach i ofiary, o ktorych pamięć jest szczególnie wyskrobywana ze świadomości społecznej, by z ofiary uczynić sprawcę, tak jak por. Turbakiewicza.

31 sierpnia 1988 roku odbyło się spotkanie, które zadecydowało o dalszym losie milionów Polaków i przyszłym kształcie Polski. W spotkaniu udział brali: gen. Czesław Kiszczak i Stanisław Ciosek, jako przedstawiciele strony rządowej i Lech Wałęsa oraz biskup Jerzy Dąbrowski, jako przedstawiciele strony (przepraszam za wyrażenie) solidarnościowej. Przedmiotem spotkania było przyjęcie pierwszych wspólnych ustaleń w sprawie dalszych rozmów, określonych przez gen. W. Jaruzelskiego, rozmowami przy okrągłym stole.

I tę datę pamięta wielu Polaków, zwłaszcza tych, którzy w tamtym czasie byli na tyle świadomi, że zdawali sobie sprawę z doniosłości tego zdarzenia. Szkoda, że na zanik pamięci zapadło wielu członków tamtejszej „Solidarności”, a już prawie całkowita amnezja ogarnęła tych, którzy dziś skrzyknęli się w hufcach Jarosława Kaczyńskiego, pośredniego – ale jednak - uczestnika tych historycznych wydarzeń.

Jeszcze większa szkoda, że praktycznie nikt – nawet ci, którzy uważają się za ludzi lewicy – nie pamiętają, nie kojarzą sobie, co się jeszcze W DNIU TYM wydarzyło.

A wydarzyła się straszna tragedia, która do dnia dzisiejszego jest przemilczana, albo traktowana, jak niewielki i bez żadnego znaczenia epizod tamtych czasów.

31 sierpnia 1988 roku na terenie Huty „Stalowa Wola” w Stalowej Woli został zamordowany strzałem w głowę porucznik MO Mieczysław Turbakiewicz.

Do zabójstwa doszło w następujących okolicznościach:

HSW objęta była szczególnym nadzorem z uwagi na produkcję wojskową, przez co znajdowała się pod stałą obserwacją Wydziału V Służby Bezpieczeństwa (tak samo, jak i dziś ABW i SKW ochraniają najbardziej newralgiczne dla państwa sektory jego działalności) i z racji tej produkcji zbrojeniowej, ówczesne przepisy zabraniały pracownikom Huty udziału w akcjach strajkowych.

W tamtym czasie funkcjonowało pojęcie strajku solidarnościowego, który polegał na tym, że inne zakłady pracy strajkowały w „zastępstwie” tych, objętych ustawowymi zakazami. Strajki takie prowadzone były m.in. w imieniu np. środowisk lekarzy i pielęgniarek, którym również strajkować nie było wolno.

Mimo prawnego zakazu i prowadzonych w sierpniu 1988 roku rozmów Cz. Kiszczaka i innych przedstawicieli gen. W. Jaruzelskiego z L. Wałęsą, T. Mazowieckim i Piotrem Nowiną – Konopka (doradcy L. Wałęsy), w sprawie przygotowań i warunków rozmów „przy okrągłym stole”, w HSW strajk wybuchł. Wybuchł min. za sprawą ówczesnego proboszcza Edwarda Frankowskiego (dziś biskup sandomierski), który nawoływał do niego z kościelnej ambony. I chociaż wszyscy o spotkaniach przedstawicieli Wałęsy i Episkopatu Polski z ludźmi W. Jaruzelskiego wiedzieli, chociaż wszyscy oczekiwali z nadzieją, że wrogie sobie strony nareszcie się dogadają, to strajk wybuchł.

Komuś na tym bardzo zależało.

W dniu 31 sierpnia do służby patrolowej (o charakterze operacyjnym) wyznaczony został m.in. por. M. Turbakiewicz, który służył w pionie PG, a następnie dochodzeniowo-śledczym i ze Służbą Bezpieczeństwa nie miał nic wspólnego. Przed wstąpieniem do MO służył w Marynarce Wojennej. Operacyjna służba patrolowa polegała jedynie na obserwacji tego, co się w tzw. terenie dzieje i składania meldunków do oficera dyżurnego w miejscowej komendzie. Nie miała żadnego związku z inwigilacją jakiejkolwiek opozycji i dotyczyła jedynie spraw bezpieczeństwa publicznego. Ot, normalna policyjna robota, jaką funkcjonariusze wykonywali (i wykonują nadal) każdego dnia na terenie całej Polski.

Nie wiadomo dlaczego i w jaki sposób pot. Turbakiewicz znalazł się na terenie HSW i dlaczego został rozpoznany, co miało miejsce w odległości 3 km od bramy nr 3, przy której został zastrzelony. Przez te 3 km był prowadzony przez otumanianych kościelną propagandą i rozszalałych z nienawiści strajkujących, którzy ciągnąc go do bramy nr 3 katowali go bez żadnej litości (na pewno później się z tego wyspowiadali i otrzymali odpuszczenie grzechu) i umiaru.

Na to, że był katowany, wskazują ślady ujawnione podczas sekcji zwłok: podbite oko, siniaki na policzku, szyi, pod łopatką, na lewym pośladku, na czole, otarcie naskórka na dłoni. Ślady te mają jednoznaczną wymowę.

Pod bramą nr 3 padł strzał, por. Turbakiewicz osunął się na ziemię i leżał w kałuży krwi. Prowadzący go ludzie natychmiast rozbiegli się i do dnia dzisiejszego nie można ustalić, kto go prowadził, kto go poniżał i katował. W tej sprawie panuje zmowa milczenia, jak mafijna omerta. Śledztwo zostało umorzone, a tak kochający prawdę i sprawiedliwość ludzie „Solidarności” do dziś opowiadają bzdury, że por. Turbakiewicz popełnił samobójstwo, bo był prawdopodobnie w strasznym stresie.

Tak samo jak opowiadają o tragicznej śmierci Barbary Blidy, która nie miała żadnego powodu, aby do siebie strzelać, a ślady wskazują, że musiałaby wykonywać jakieś dziwne ruchy i przyjmować ekwilibrystyczne pozy.

Por. Turbakiewicz był prowadzony przez prawie 3 km i przez ten czas mógł dawno broń wyjąć i użyć jej strzelając na postrach, ale tego nie robił. Mógł być tylko jeden powód dla którego tak nie postąpił. Broń ta została mu odebrana.

Dla każdego kto przeżył (jako funkcjonariusz) podobne historie jest oczywiste, że broń została mu odebrana, bo w innym przypadku, mając do czynienia z rozszalałym tłumem, każdy by jej użył już w momencie pierwszych razów i innych aktów przemocy. To instynkt, ale również obowiązek nakazujący czynić wszystko, aby nie dać się rozbroić. Nie sądzę, aby ktokolwiek widząc zdesperowanego funkcjonariusza z bronią w ręku, chciał ryzykować życie i rzucać się na niego. Dlatego jest absolutnie pewnym to, że broń została mu odebrana już w momencie rozpoznania go jako funkcjonariusza. W tym właśnie momencie musiał zostać powalony i następnie rozbrojony.

To nie tylko domysły, bo fakty są jednoznaczne.

Por. M. Turbakiewicz zginał od strzału w głowę z tzw. przyłożenia, czyli lufa pistoletu znajdowała się tuz przy niej. Na rękach ofiary nie było śladów prochu, co jednoznacznie wskazuje, że w chwili strzału broń nie znajdowała się w jego dłoni. Kula weszła w czaszkę 4 cm nad małżowiną prawego ucha w kierunku jej tylnej części i wyleciała na tej samej wysokości z tyłu. Ktoś mu tę broń do głowy przyłożył, a na jego ręce osadziły się drobiny prochu.

Jednakże solidarnościowa omerta, nawet w przypadku śmierci człowieka, była i jest silniejsza, dzięki której organa ścigania nie były w stanie ustalić personaliów osób prowadzących por. Turbakiewicza i przeprowadzić badań na obecność prochu. Nikt nie zdobył się na odwagę, nikt nie doznał poczucia winy, aby ujawnić organom ścigania prawdę. I nikt do dziś nie jest zainteresowany, aby tę prawdę wreszcie odkryć. IPN woli wykopywać truchło polskiego generała, aby wykazać, że był on rasy białej typu subnordyckiego, w Polsce powszechnego, bo ipeenowskich tropicieli prawdy i zbrodni, ta zbrodnia nie niepokoi i spać mogą snem sprawiedliwych.

Również i inni sprawiedliwi i prawi, wolą zaszczyty czynić zmarłym i żywym bandytom, np. spod znaku „Ognia”, których honorują orderami i rentami specjalnymi, uznając ich za żołnierzy wyklętych. Na wyjaśnienie zabójstwa por. Turbakiewicza przyjdzie jeszcze poczekać. Trudno.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.