Facebook Google+ Twitter

Smocze jajo

Na samym skraju wszechświata była sobie mała planeta, Tarkuna. Zamieszkiwało ją wiele różnych stworzeń, pod dostatkiem było świeżej wody, roślinności i pożywienia. Dni płynęły spokojnie i wesoło.

 / Fot. www.isa.plZdarzyło się jednak, iż pewnego razu ognista kula spadła na planetę. Wszyscy się dziwili, cóż to takiego niespotykanego. Zebrali się tedy rycerze, mieszczanie i dziwować się zaczęli. Nikt nie wie, co się wydarzyło, nikt żyw nie powrócił. Od onego dnia rzeczy okropne dziać się poczęły. Ludzie znikali z całymi domostwami, grody spalone w proch się obracały, a i spokojności wszelaka roślinność i zwierzyna nie miały.
Zebrał tedy król wojska swe niezliczone, a przykaz też był, by niezbrojnych przysposabiać. Ruszyły zastępy niezliczone w stronę krain, gdzie straszna trwoga była. Nie dane jednak było królowi wojny popróbować, bo w chorobie złożon do zamku powrócił. Na czele wojsk jego pierworodny stanął i poprzysiągł, iż do zamku wróci dopiero wtedy, gdy wroga pokona. Rok cały młodego księcia nie było i król wraz królową martwić się zaczęli. Dnia pewnego posłaniec do zamku przybył, straszliwe wieści wszystkim oznajmiając.

- Tato, tato, co było dalej? Powiedz nam, prosimy.
- Dalej co było, sami przecież wiecie.
- Ale jak to?
- Od dwudziestu przeszło lat na naszej planecie panoszy się smok okrutny, który pożera wszystko, co na swej drodze spotka. Raz na pięć lat wystrzeliwuje w kosmos jedno jajo by znalazło miejsce dla własnego życia. Mędrcy nasi próbowali powstrzymać jedno jajo na naszej planecie, słusznie domniemując, iż smoki te dwa razem żyć nie mogą. Próżne ich były wysiłki, bo i oni, i ten młody smok zginęli.
- I nikt nie próbował zabić smoka?
- Oczywiście, że próbowano. Wojska, które wyruszyły pod dowództwem młodego księcia, nie raz w polu ze smokiem się potykały. Cóż z tego, skoro smok swe rany szybko leczyć umiał, a wojska z każdą bitwą coraz więcej ubywało. Na końcu zginął i książe, który zgodnie z przysięgą pokonać chciał smoka.
- A co zrobił król?
- Na początku sam chciał ruszyć na smoka, ale go królowa w końcu przekonała, że mają jeszcze jednego syna i jemu teraz opiekę zapewnić trzeba.
- I co było później?
- Ogłosił król i na tej, i na innych przyległych planetach, że kto smoka pokona dostanie całą zawartość skarbca królewskiego.
- Zgłosił się ktoś?
- A jakże, całe zastępy zbrojnych tu przylatywały, ale gdy z każdym dniem nadzieja ubywała, w końcu i chętnych zabrakło, by ze smokiem się mierzyć. Musimy tedy żyć głęboko w ziemi, by przed smoka ogniem się uchować. Król ponoć jeszcze żyje, ale dawno go nikt nie widział.
- To dlatego nie możemy stąd wychodzić?
- Tak, właśnie dlatego. Smok nadlatuje znienacka i niszczy wszystkich, których zauważy.
- A teraz już śpijcie, dosyć tego gadania, jutro musimy trochę tunelu wydrążyć.
- Tatulu, mogę jeszcze o coś spytać?
- No dobrze, ale szybko.
- A co będzie, jak ktoś smoka zabije?
- Jak to, co będzie? No, będzie...sam nie wiem? Jeżeli król żyje, powinien oddać zawartość królewskiego skarbca, choć nie sądzę, by coś w nim jeszcze było. Będzie można w końcu wyjść z podziemia. Nie trzeba będzie się ukrywać. Pokazałbym Wam wtedy miliardy gwiazd na niebie i nie patrzylibyśmy w nie za strachem, a z nadzieją i radością.
- Pokazałbyś nam gwiazdy?
- Tak, obiecuję Wam, że gdy smok ducha wyzionie spędzimy noc pod gwieździstym niebem. No spać już, urwisy!

Przez kilka kolejnych dni Losto wraz z synami Ałmichem i Wełpą drążyli tunel. Chcieli do skalistych gór się dostać w nadziei, iż góry ochronę lepszą dać mogą. Chłopcy pracowali ochoczo, co jakiś czas na ojca spoglądając. Po kolejnych kilku dniach pracę wstrzymano, gdyż pieczarę ludzką ręką kopaną odkryli. Nie była to jednak budowla całkiem nowa. Ściany niewzmocnione, żadnych trwałych znaków, które drążący nawzajem sobie zostawiali, nic. Po środku pieczary, na niewielkim stosie leżały poskładane stroje jakoweś, a obok leżały patyki stalowe. Zakazał Losto synom cokolwiek dotykać i sam zaczął bacznie wszystkiemu się przyglądać. Wieczorem, gdy wspólnie z żoną kładli spać synów, Nialilosto zapytała:
- Wiesz już, co tam dziś znaleźliście?
- Tak, wiem? - odrzekł sucho Losto
- To, dlaczego nic nam nie mówiłeś? - ożywił się Ałmich.
Losto popatrzył na nich smutno wziął głęboki oddech i odrzekł:
- Ta wydrążona pieczara jest grobowcem młodego księcia, który jako pierwszy z wojskiem na smoka wyruszał. To oznacza, że jesteśmy prawie na drugiej półkuli planety, w pobliżu miejsca, w którym przeszło dwadzieścia lat temu wylądowało smocze jajo – zakończył.
- To chyba dobra wiadomość, bo to znaczy, że smoka w pobliżu nie ma - próbowała przerwać ciszę Nialilosto.
Jak sama wiesz, co pięć lat smok piekielny wystrzeliwuje swoje jajo w kosmos. Problem w tym, że robi to za każdym razem z miejsca, w którym wylądował. Nie wiem czy smok już jest, czy dopiero przyleci. Nasze zapasy są na wyczerpaniu, przy tej skale zbyt dużo roślin nie rośnie, a ja nie mogę wyjść na powierzchnię by was nie narazić.

Zapadła cisza. Chłopcy ułożyli się na swych posłaniach. Losto wstał i wyszedł, a jego żona ucałowała synów i powiedziała:
- Śpijcie spokojnie, na pewno wszystko się dobrze ułoży.
Po czym zgasiła świecę i wyszła.

Chłopcy leżeli spokojnie jeszcze przez chwilę, aż głosy rodziców ucichły. Wełpa zaczął pierwszy:
- I co o tym myślisz?
- A co mam myśleć, trzeba będzie zacząć jeść własne buty, aby przeżyć.
- Ja nie o tym.
- A o czym?
- No jak to? O smoku!
- O smoku?
- No tak, musimy coś z tym zrobić.
- A co niby mamy zrobić? Może ci się wydaje, że pokonasz smoka - zadrwił Ałmich
- No jasne, że możemy go zabić - nie dawał się zbić z tropu Wełpa. - Widziałeś co dziś znaleźliśmy?
- Tak, ojciec mówił.
- Nie, nie to.
- A co?
- Tam była broń, rozumiesz? Najprawdziwsza rycerska broń. Możemy jej użyć.
- Przecież nie umiemy się nią posługiwać a i pewnie źródło zasilania się w nich wyczerpało.
- Nic trudnego, zrobimy to jak pradawni rycerze gdy ze smokami się potykali. Najtrudniejsze będzie podejść bestię niezauważenie. Musimy być bardzo blisko, by zaatakować. Ojciec mówił mi kiedyś, że smok ma jedno czułe miejsce, tuż za rogami.
- A skąd on to niby wie.
- Ależ ty jesteś jak giez marudny. Spałeś, jak mówił, że próbowano powstrzymać jajo na naszej planecie?
- No tak, pamiętam
- Nasz ojciec brał udział w tej wyprawie.
- Przecież powiedział, że wszyscy zginęli.
- Nie wszyscy, ktoś musiał zostać, by pilnować wyliczeń komputera, a ponieważ nasz tato był wtedy młodym asystentem, zostawiono jego właśnie.
- Skąd ty o tym wiesz?
- Słyszałem kiedyś, jak mama mówiła do ojca, że to jakiś znak czy coś takiego, by się nie martwił, no więcej nie wiem, bo zgasili świece i tylko wzdychali.

W oczach Ałmicha zabłysły iskierki nadziei i wiary w powodzenie przedsięwzięcia.
- Musimy dostać się do grobowca, ale jak później wrócimy, by wyjść na powierzchnię? – spytał.
- Z grobowca nie wracamy, musimy sami sobie wyjście wykopać.
- Zgoda.

Odczekali jeszcze chwilkę i wyruszyli. Bez trudu odnaleźli w ciemnościach drogę, a gdy znacznie się oddalili pozapalali uranowe lampy. W grobowcu poznajdowali resztki niegdyś świetnych zbroi i przywdzieli je na siebie. Każdy z nich miał topór i długą lancę, stalowym grotem zakończoną. Korzystając z mechanicznego robota, bez trudu wykopali wyjście na powierzchnię. Ich oczom ukazał się straszny widok. Na ziemi było pełno popiołu, wystające gdzieniegdzie z ziemi kikuty
mogły świadczyć, że kiedyś rosły tam drzewa . Dym gęsty dookoła się roznosił, w gardła drapiąc strasznie sprawiając, iż łzy do oczu same napływały. Wełpa pamiętał, jak ojciec im w książkach pokazywał zieleń traw, niebo niebieskie, bujne drzewa i krzaki, grody i wsie zamożne. Teraz wszystko spalone, wszystko zniszczone.

Ałmich pociągnął go za kaftan.
- Schowaj się, bo nas zobaczy.
- Kto? - zdziwił się Wełpa. Ałmich nie odpowiedział, jeno palec wyciągnął. Wełpa odwrócił się i zamarł. Jakieś 10 wiorst od nich, u podnóża góry leżał smok ogromny niczym królewski zamek. Grzebał coś w ziemi, straszliwie powarkując, a dym smoliście czarny z pyska mu uchodził. Chłopcy przyczaili się za skałami. Smok grzebiąc, koła na ziemi zataczał, a gdy tylko się odwracał, chłopcy skradali się ku niemu. Gdy byli już tak blisko, że od bicia jego serca ziemia drżała, wyciągnęli topory. Wełpa szeptem zakomenderował bratu do ucha:
- Nie stawaj mu na ogon, bo bardzo jest wrażliwy. Musisz dobiec do tylniej łapy i po niej wspiąć się pod skrzydło na grzbiet. Tam chwyć się jakiejś łuski i czekaj na moje przybycie.
- Skąd to wiesz? - spytał brat, ale zrobił to zbyt głośno, bo smok znieruchomiał. Zasłonili sobie nawzajem usta i oddychać przestali. Smok stał chwilę w milczeniu, a później jęknął i znów dołek kopać począł. Chłopcy odetchnęli, a Wełpa ciągnął: - Jak już będziemy na górze, przejdziemy aż na jego głowę. Nie stawaj wtedy na zielone łuski...
Ałmich już chciał go zapytać, "skąd... ", ale Wełpa zasłonił mu usta.
- Ogon, ogon jest najczulszy, a pokrywają go tylko zielone łuski. Brat skinął potakująco głową.
- Ruszaj - rzucił Wełpa, a Ałmich jak młody jeleń w trzech susach do smoka doskoczył. Dopadł tylniej łapy i wdrapał się na nią szybko. Po chwili Wełpa siedział obok niego. Dopiero siedząc na smoku chłopcy zrozumieli, czemu ciężko smoka pokonać. Łuski wielkie całe jego ciało kryją, a grube takie, że ni działka jonowe ni najtwardsze ostrza sprostać im nie mogą. Smoczysko się uspokoiło i przybrało pozycję, w której jajko wystrzeliwać miało. Chłopcy ostrożnie ruszyli ku głowie, bacznie zielone łuski omijając. Dotarli do łba, a na jego szczycie, pomiędzy rogami, ujrzeli miejsce drobniusieńką zieloną łuską pokryte. Cielskiem smoka wstrząsnęło ogromnie, tak że Wełpa równowagę straciwszy, na zieloną łuskę stanął. Zorientował się smok, że podstęp mu szykują i zaczął szarpać się straszliwie, a pluł przy tym ogniem i warczał bardzo groźnie. Ałmichowi oszczep z ręki się wysunął i rogu się schwycił by nie spaść na ziemię. Wełpa krzyknął:
- Chwyć mój – i oszczep do brata swój rzucił.
- Szybciej, szybciej! – wrzeszczał Wełpa – Zanim smok zdąży swoje jajo złożyć.
Oparł się tedy Ałmich o róg smoczy i z całym impetem lance wbił w łeb smoka. Chwycili się rogów najmocniej jak umieli. Smok walczył jeszcze chwilę, gdy nagle znieruchomiał.. Potężnym cielskiem jakby coś targnęło. Ogień potworny z pyska smoka buchnął, a cielskiem ogromne targnęły konwulsje. Próbował się podnieść w odruchu ostatnim, ale zwalił się na ziemię. Chłopcy z łba smoka pozeskakiwali a
już na ziemi będąc, usłyszeli jak wydał swe ostatnie tchnienie.

Jak się potem okazało, królewski skarbiec od dawien dawna był już pusty. Pamiątkowa tablica bohaterskich wojów. / Fot. Sławomir Żylak/Witold Vargas

***

- Tato, a co to?
- To są planety.
- A tam, takie duże?
- To jest jeden z czterech księżyców naszej planety.
- A tam?! Co tam leci? To jajo?!
- Nie, synku, to nie jajo, to kometa. Nie obawiajcie się, żadne jajo już nigdy do nas nie przyleci, bo założona została sieć dział potężnych, które każde jajo jeszcze w kosmosie zniszczą.
- Jak wam się chłopcy podoba niebo?
- Jest fantastyczne, warto było smoka zgładzić, by gwieździste niebo zobaczyć. Ty zawsze dotrzymujesz słowa tato.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Fajna opowieść dobrego taty o mądrych synkach. :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ciekawe.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ale jaja! Smocze...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.