Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

116732 miejsce

Solidarnie z Białorusią

Na początek wizyta u miejscowego pierwszego sekretarza, rozmowy, ustalenia, zakrapiane tym, co przywiozłem. Borys Kozlowski (miał polskie korzenie) przyjął nas bardzo serdecznie, bez problemów dał wszelkie konieczne zezwolenia.

Ciepły lipiec 1982 roku. W kraju łagodnieją restrykcje stanu wojennego, nasi piłkarze dowodzeni przez Piechniczka walczą na mistrzostwach świata. W pracy nerwówka, za kilka dni otwieramy wielką wystawę dorobku braterskiej republiki białoruskiej. Z całości zamieszania do dziś pamiętam tylko wielkiego kaca. Z przybyłymi piliśmy równo i sprawiedliwie.

Równie ciepły lipiec tylko trzy lata później, wielki kac przeminął, o medalu piłkarzy powoli zapominamy. W pracy, jak kilka lat wcześniej, ponowna nerwówka. Teraz my z naszą wystawą jedziemy na gościnną ziemię białoruską. Zaopatrzony w kilka butelek eksportowego Żytka z kłosem (dla młodszych czytelników powiem, że kiedyś był to najlepszy polski alkohol), służbową Nyską ruszam do przyjaciół. Zanim przybędzie transport kolejowy z eksponatami mam wiele spraw do załatwienia tam, na miejscu.

Hotel (dla grzeczności tak go nazwę), krótki odpoczynek i czas działać. Na początek wizyta u miejscowego pierwszego sekretarza, rozmowy, ustalenia, zakrapiane tym, co przywiozłem. Borys Kozlowski (miał polskie korzenie) przyjął nas bardzo serdecznie, bez problemów dał wszelkie konieczne zezwolenia, czerwone do przesady od wielkich pieczęci. Kiedy dowiedział się gdzie mieszkamy, natychmiast dał nam do dyspozycji służbową willę z pełną obsługą.

Następne dni były bardzo ciężkie, ciągłe rewizyty Borysa poprzedzane kanistrami bimbru przywożonymi przez jego kierowcę. Wielkim przysmakiem na zakąskę był chleb ze słoniną. Chleb oczywiście wąchany w odpowiedni sposób.

Nasz pobyt zbliża się powoli do końca, wystawa następnego dnia ma być likwidowana. Wieczorem ponowna wizyta przyjaciół, tak silnie zakrapiana, że w chwili kiedy zegary wybijały północ, przebrani w polskie mundury z 1939 roku opuściliśmy gościnny dom. Pijani pojechaliśmy do pobliskiego Grodna. Z kabur zamiast pistoletów wystawały butelki wcześniej napełnione bimbrem. Maszerując ulicami miasta śpiewaliśmy (wrzeszczeliśmy) Rotę. Na jednym ze skwerów wkopaliśmy słup graniczny krzycząc, że przywracamy miasto do macierzy. Milicja nie wiedziała co z nami zrobić, raczej nas pilnowała, by ktoś nam nie przeszkodził. Już świtało kiedy pożegnaliśmy Borysa.

Piąta edycja konkursu Dziennikarz Obywatelski 2010 Roku trwa! Dołącz, wygraj 10 tysięcy



Obudziło nas pukanie do drzwi; to nasz gospodarz przybył z propozycją leczenia kaca. Załamałem się, jak długo można tak pić? Prośby, tłumaczenia nie skutkowały. Uratował nas mój szalony pomysł zapisania Borysa i jego ludzi do Solidarności. Kiedy to usłyszeli, uciekli jakby goniła ich wygłodniała wataha wilków. Było to ostanie nasze spotkanie. Podziękowania za gościnę złożyłem na ręce sekretarki, Borys podobno wyjechał do Moskwy, w co wątpię.

W dniu wyjazdu czekała mnie jeszcze jedna niespodzianka. Przed przybyciem celników poszedłem sprawdzić sprzęt. Omal nie dostałem zawału; w jednym z wagonów ukryło się pięć Białorusinek z zamiarem wyjazdu do Polski.

Na Białorusi nie byłem od tamtych pamiętnych dni, nie znam dalszych losów naszych pijackich kompanów. Solidarność zniszczyła naszą znajomość.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.