Facebook Google+ Twitter

Śp. św. Wawrzyńca

Prof. Beiersdorf ostrzegał: Kraków będzie bogaty i brzydki, weźcie aparaty i fotografujcie, co się da. Byłoby pięknie, gdyby się mylił. Ale rzeczywistość dzień w dzień nieubłaganie potwierdza jego przepowiednię.

Będąc małą dziewczynką znałam okolice Błoń, Rynek, Salwator i wszystkie zakątki miasta, które znajdowały się nie dalej niż 10 minut piechotą od domu mojej babci na ul. Dunin -Wąsowicza. Bawiłam się wieczorami na opustoszałym Placu na Stawach, w Parku Jordana nie raz wyrżnęłam na sankach w latarnię. Goniłam się z siostrą po schodach kina Kijów. Perspektywa wycieczki na ulicę Mikołajską czy pod Bramę Floriańską napawała grozą nie mniej niż piesza podróż do Władywostoku. Kazimierz? Nie istniał, aż do czasu wycieczki na ul. Wawrzyńca.

Były ferie zimowe albo wielkanocne - któż pamiętałby po tylu latach... W każdym razie lekcji nie było, a w czasie ferii dzieci się nudzą. Babcia zabrała mnie na wycieczkę w nieznane. Tramwaj nr 6 powiózł nas gdzieś hen, hen, daleko, dalej niż kino Wanda! Wysiadłyśmy i nagle było cicho. I były puste ulice, i brudne ściany, i dziwne napisy na murach. I szłyśmy ulicą Wawrzyńca, babci obcasy stukały po bruku, pamiętam dokładnie. Myślałam: gdzie ja jestem? jak tu dziwnie... Dotarłyśmy do Muzeum Inżynierii Miejskiej, z którego nie pamiętam wiele oprócz tego, że cieszyło mnie bardzo. Tak poznałam Kazimierz.

Kilka lat później zamieszkałam niedaleko Muzeum, przy ulicy Dajwór. Autobusy parkujące pod kamienicą od szóstej rano ryczały silnikami i pluły dymem prosto w moje okno. Do tego hucząca, dudniąca Starowiślna i pokrzykująca Szeroka. Trzeba było uciekać. Gdzie? Rzecz jasna, na Wawrzyńca. Szło się wtedy do śp. piekarni na ul. Bartosza , najlepiej nocą. Kupowało się tam ciepłe kajzerki, tak świeże, że jeśli je lekko nacisnąć pośrodku, smakowicie chrupały. Następnie wędrowało się ulicą Wawrzyńca nad Wisłę w poszukiwaniu spokoju.

A wjeżdżając rowerem z Dajworu na Wawrzyńca przekraczało się taką granicę, jak dawna granica polsko-pruska, którą do dziś czuć wjeżdżając z asfaltu w Boguszach na bruk Prostek koło Ełku. A jeśli wcześniej spadł deszcz, bruk na Wawrzyńca lśnił jak włosy modelek z reklamy popularnych szamponów i odbijał światło wiszących latarni, zamieniając ulicę w scenografię jakiegoś filmu, a przechodniów w jego bohaterów. Brakowało tylko dźwięków akordeonu, ale rzeczywistość jest reżyserem sama dla siebie i nie przyjmuje uwag. Tak się zakochałam w Kazimierzu.

I nagle nastąpił koniec tego wszystkiego. Przyszło nowe, lepsze i nowocześniejsze. Urząd Miasta postanowił: "nawierzchnia jezdni ma być wykonana z granitu, a chodnik z kostki betonowej. Zostanie ustawione także stylizowane oświetlenie uliczne."

Granit. Kostka betonowa. S t y l i z o w a n e oświetlenie. Historię wyrzucono na śmietnik. Charakter miejsca rozjechano spychaczem, wymieniają go właśnie na nowy wraz z instalacją kanalizacyjną. Na pewno i jedno, i drugie będzie dostosowane do unijnych standardów. A kiedy już ten beton położą, kiedy wystylizują ulicę jak alejkę w Disneylandzie, kiedy ogłoszą, że magiczna i kultowa i ozdobią transparentem z napisem "kolejny udany przykład rewitalizacji", płakać będą tylko tacy wariaci jak ja, którzy widzą wartość w tym co stare i zużyte, w tym, co nawet niepytane opowiada swoją historię. Innego końca świata nie będzie.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.