Facebook Google+ Twitter

Spacer z psem w czterech aktach

Świtało. Park pogrążony był w ciszy. Przerywały ją tylko od czasu do czasu popiskiwania sprzętów niewielkiej siłowni na świeżym, śląskim powietrzu.

AKT I



Świtało. Park pogrążony był w ciszy. Przerywały ją tylko od czasu do czasu popiskiwania sprzętów niewielkiej siłowni na świeżym, śląskim powietrzu. Ćwiczyłem mięśnie grzbietu, co dwie sekundy wisząc głową w dół. Nieopodal dwóch panów wyciskało ile wlezie. Nikt nic nie mówił, bo właściwie nie było co. Mój pies, przywiązany do ławki, wtulił mordkę w trawę. Ziewał z nudów. Nasze wygibasy pewnie wydawały mu się zbędne.
 / Fot. J. Lepiorz
I nagle zjawił się ten facet, cały odziany na biało, łącznie z czapeczką. Na smyczy trzymał psa, młodego rudego teriera. Najpierw usłyszałem uprzejmą prośbę:
- Panie, no bez przesady... - to jeden z ćwiczących kulturalnie zwrócił się do pana z pieskiem.
- Co, kurwa? - tu już kultura odeszła na bok, ustępując zdenerwowaniu. Pan z pieskiem przyjął postawę defensywną.
- Jak to co? Tu ludzie chodzą, ćwiczą, nie można gdzie indziej? - pan ćwiczący lubił suspens. Ciągle nie zdradzał zaciekawionym słuchaczom o co chodzi. A właściwie słuchaczowi, wiszącemu głową w dół, któremu szum w uszach zagłuszał dużą część rozmowy.
- Ale co, k...a? Co nie można? - pan z pieskiem wszedł w wysokie tony, zdenerwowanie powoli przekształcając w furię.
- No przecież pies się załatwił tam! - pan ćwiczący budził podziw. Swoje nerwy trzymał na wodzy, mocnej niby splot mięśni i ścięgien, otaczających jego imponujący tors.
- Ale gdzie się załatwił? Przyjdź se pan! Pokaż mi pan, gdzie on się załatwił? - grzmiał pan z pieskiem, chyba wymachując rękami. Nie wiem, bo widziałem tylko ziemię pod sobą na zmianę z drzewem przed sobą. Ale tak to sobie wyobrażałem.
- No jak to gdzie! Przecież widziałem. - pan ćwiczący zniecierpliwił się kwestionowaniem rzeczy oczywistych. Wtedy to pan z pieskiem zarzucił wiązanką tak soczystą, że jej tutaj nie przytoczę, bo nie wiem, czy mam w zanadrzu tyle kropek. W każdym razie pan ćwiczący został nazwany tyloma epitetami, że aż zamilknął, kręcąc głową. Najwyraźniej odpuścił. Jego ćwiczący towarzysz zszedł z gimnastycznego przyrządu i podszedł, zagadując:
- Jakby trafił na kogoś nerwowego, to by mógł w pysk dostać. Szajbus jeden. - powiedział równie spokojnie, po czym oboje zaśmiali się śmiechem ludzi spokojnych, utylizujących swoje frustracje higienicznie, na siłowni. Pan z pieskiem oddalił się, aczkolwiek niespiesznie, pokazując wszystkim, że nikt go stąd wyrzucać nie będzie. A ja? Skończyłem w końcu z mięśniami grzbietu, otarłem spocone czoło i powiedziałem tylko:
- Dawno nie słyszałem takiej płynnej wiązanki. - bo faktycznie seria epitetów pana z pieskiem zaskakiwała. Potem wróciłem do ćwiczeń myśląc o tym, czy aby mojemu czworonogowi nie zachce się zaraz czegoś więcej niż siku. Bo to byłaby niezła pointa.

AKT II



Po siłowni postanowiłem pobiegać. Pies przywiązany do paska, biegł obok. I kogóż zobaczyłem, gdy zdyszany wybiegłem już prawie z parku? Pana z pieskiem, stojącego na środku ścieżki. Tak jakby na mnie czekał. Psy zwąchały się błyskawicznie, musiałem się więc zatrzymać, żeby się mogły kulturalnie przywitać. Obwąchując sobie tyłki. Nie musiałem nic mówić, rozmowa sama się zaczęła.
- Widział pan idiotę? Przecież ona tam tylko sikała! A ja po niej kupy zbieram. Zawsze! - terier okazał się byś suczką a właściciel faktycznie w dłoni trzymał czarny worek z wiadomą zawartością. Gdy nim wymachiwał, uniósł się nieprzyjemny swąd.
- Ja nic nie widziałem. - rzekłem nieco zbity z tropu, bo to faktycznie była prawda. Widziałem tylko ziemię i drzewo.
- Ja mu mówiłem, chodź se i zobacz, czy tu coś jest narobione! Widział? Nie widział! To co się wydziera, debil! - słuchałem i się dziwiłem. Skoro faktycznie kupy nie było, po co były te nerwy? Nie lepiej było sprawdzić, własnym okiem sytuację rozpoznać?
- No jak nie widział, to pewnie. - przyznałem. Nasze psy już się kumplowały na całego. Aczkolwiek nadal wątpiłem, by jego wiązanka epitetów była potrzebna. Można było przecież wszystko wyjaśnić na spokojnie.
Po chwili pogrążyliśmy się w miłej pogawędce o psach, szkoleniach i o tym, że koszy na psie odchody w parku mogłoby być więcej. Jest tylko jeden, często zapchany przez plastikowe butelki i puszki po piwie.
- Bo Polacy, panie, to się nigdy nie zmienią. - podsumował pan z pieskiem, na odchodnym machając mi workiem z odchodami.
A ja sobie pomyślałem, że już się zmieniają. Jedni przykładnie sprzątają po swoich psach, drudzy kulturalnie ćwicząc, dbając o czystość wokół siłowni. Szkoda tylko, że oboje walcząc o dobrą sprawę, jakoś się nie mogą ze sobą dogadać.

AKT III



W końcu wyszedłem z parku i wlokę się do domu. Jestem zmęczony, ciężko kroczę, noga za nogą. Przede mną ulica, na której ruch jest prawie zerowy. Do pasów daleko, poza tym trzeba by nadrabiać drogi. Patrzę szybko w lewo i w prawo, przebiegam na drugą stronę. Znów lenistwo zwyciężyło ze zdrowym rozsądkiem.
Wskakuję na chodnik i widzę pana i panią ze straży miejskiej. Na szczęście widzę ich plecy, bo idą jakieś 15 metrów przede mną. Obiecując sobie w duchu, że już zawsze będę korzystał z pasów, idę za nimi. Przechodzą przez ulicę (na pasach oczywiście) a tam po drugiej stronie stoi sobie pan na rowerze. Wielki, muskularny, opalony i cały w tatuażach. I już ma przejechać po pasach na drugą stronę, kiedy pani strażniczka dyskretnie puka go w ramię. Coś tam mówi, z daleka nie słyszę co. On kiwa głową, schodzi z roweru i przykładnie przeprowadza go przez pasy. Po czym, nie oglądając się za siebie, wskakuje na niego i żwawo jedzie chodnikiem. Kiedy przejeżdża obok mnie, śmieje się z satysfakcją. Pokonał system. I prawie rozjechał mi psa.

AKT IV



Gdy już zostawiłem za sobą miejski gwar, z ulgą wyszedłem na dawno już zamkniętą drogę. Jest porośnięta trawą, krzakami i prawie nikt tędy nie chodzi. Jako że pies już długo męczy się na smyczy, odpinam go i patrzę jak radosny goni we wszystkie strony. Potem przypominam sobie, że psa pod żadnym pozorem ze smyczy spuszczać w mieście nie można. W lesie zresztą też. Kiedyś w parku było takie specjalne, ogrodzone miejsce, gdzie psy mogły sobie biegać. Nikt tam jednak nie chodził bo pełno było szkła z porozbijanych butelek i psy kaleczyły sobie łapy.
A więc czując, że dałem psu trochę radości i wolności, popełniam właśnie wykroczenie. Mimo to czuję się z tym świetnie. A żeby było bardziej śmiesznie, w kieszeni mam worki na odchody i nie zawaham się ich użyć...

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (6):

Sortuj komentarze:

Właściwie powinienem dopisać akt V. Kilka dni później zaobserwowałem kolejną wariację na temat zasad "obchodzenia się" z psem w mieście. Starsza pani prowadziła za sobą dwa psy. Obydwa były zapięte na smycz, tyle, że smycz łączyła je ze sobą a właścicielka szła za nimi, mając obie ręce wolne. Przepisu nie złamała, bo przecież "psa prowadzimy na smyczy". Nikt nie doprecyzował, że za drugi koniec smyczy powinien trzymać człowiek :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

To by z kolei oznaczało, że najpierw wpuszczamy psa, na smyczy oczywiście. Potem wycofujemy psa, sami wchodzimy i sprzątamy. Hmm :)))

Komentarz został ukrytyrozwiń

A nie. Teraz dopiero skojarzyłem, że przecież "wejście z psem" to nie to samo, co wejście psa. :))

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dobre :)

"Wejście z psem wzbronione". Takie tabliczki stoją u mnie na okolicznych skwerach.
Zgodnie z przepisami - pozostaje chodnik :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękuję :) Życie pisze najlepsze scenariusze ;)

Komentarz został ukrytyrozwiń

:) Świetne :) , klikam piąteczkę.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.